Korona emeryta

O tym, jak emeryt górami i patriotyzmem depresję zwalczył.

Reklama

W górach widać więcej i inna jest perspektywa. A człowiek czuje się bliżej Boga, więc i ludzi zauważa częściej. Gdy się przebywa w górach, wszystko się prostuje i o wielu rzeczach można pomyśleć. Poukładać w życiu tak, by skupić się na najważniejszych sprawach. Również tych wygrzebanych własnymi rękami z dołów...

Kryzys górnika

Krzysztof Wieczorek na stałe mieszka w Nowej Rudzie, między Wałbrzychem a Kłodzkiem. Przez całe zawodowe życie pracował jako mechanik górnik w kopalniach KW Nowa Ruda, Zagłębiu Miedziowym, a także w Niemczech. – Różne prace się wykonywało, żadnej się nie bałem, pracowałem ciężko na chleb dla rodziny. Łącznie w kopalniach przepracowałem ćwierć wieku. Przyznam, że gdy wyjeżdżałem na kontrakty zagraniczne, to moich ukochanych córek nie widziałem często. I tego żałuję, bo czasu spędzonego z dziećmi nigdy za wiele – mówi pan Krzysztof. Dziś jego obie córki są już dorosłe. I chociaż czasu się nie cofnie, to od nadrabiania czasu z dziećmi zaczęła się jego obecna pasja.

Ale najpierw, niespodziewanie-spodziewanie, przyszła emerytura. Spodziewanie, bo przecież wiadomo, ile się ma lat. I spodziewanie, że teraz to będzie spokój, odpoczynek i czas na wszystko. Zasłużony relaks. Niespodziewanie – bo sprawdziły się prognozy kolegów: dla mężczyzny jeszcze silnego i zawsze aktywnego przymusowa bezczynność, po chwili relaksu, jest bardzo trudna. Bardziej, niż może sobie wyobrazić.

W lipcu 2009 r. pan Krzysztof przeszedł na (jak mu się przez wiele wcześniejszych lat wydawało) upragnioną emeryturę. – Po krótkim czasie autentycznego odpoczynku dopadła mnie... depresja. Nie wierzyłem, że to w ogóle możliwe, ale dość szybko podupadłem na duchu i było tak, że nie wiedziałem, co ze sobą robić. Jakieś dziwne załamanie, taka pustka, której się nijak nie dało wypełnić. Wcześniej miałem po co wstawać, ubrać się, zasuwać. A teraz? Kompletny marazm i jakiś smutek – wspomina pan Krzysztof. – Nadszedł kryzys, który najpierw przerósł mnie samego. Wydaje mi się jednak, że to stan, który dotyka wielu emerytów. Pytanie tylko, co można z tym zrobić. Jedni nie robią nic, inni jakieś głupoty. U mnie, Bogu dziękować, powstało coś dobrego – mówi.

Jeszcze przed emeryturą, gdy czas pozwalał, a więc sporadycznie, pan Krzysztof jeździł z rodziną w góry. Ale nie były to ani wycieczki dalekie, ani niebezpieczne. Taka zwykła, prosta turystyka, żeby chwilę odsapnąć. – Po jakimś czasie od przejścia na emeryturę postanowiłem zabrać córkę na górską wyprawę. Głównie po to, by nadrobić stracony czas, by pobyć z nią razem, mimo że nie była już mała. Wcześniej ciągle mnie z dziećmi nie było, to chociaż jako tata emeryt chciałem jej coś z siebie dać. Pojechaliśmy. Zobaczyliśmy wtedy dużo, przeszliśmy przepiękne, niepowtarzalne polskie góry. Wtedy tak naprawdę sam zakochałem się w szczytach, wchodzeniu wyżej i wyżej. I widokach zapierających dech w piersiach – opowiada pan Krzysztof. – Narodziła się silna miłość do gór i poczucie, że to moja pasja, powołanie. Bo góry to inny świat. To świat, w którym wszystko widać inaczej i pełniej, w którym bliżej do Pana Boga.

Czemu nie osiem tysięcy?

Krzysztof wrócił z wyprawy i... zaczął marzyć o kolejnych. – Usłyszałem od znajomego o wejściu na Mont Blanc i pomyślałem: czemu nie? W końcu czas, by zrobić coś ważnego, wyjątkowego dla siebie. No i zacząłem się przygotowywać do wyprawy. Dopiero emerytura dała mi więc drugi oddech i odwagę, by robić coś wyjątkowego – śmieje się Krzysztof.

Na Mont Blanc wybrał się wraz z klubem wysokogórskim, z którym nawiązał kontakt. Dla Krzysztofa była to pierwsza tak poważna wyprawa. – I nie ukrywam, że było bardzo, bardzo ciężko. Nie wiedziałem, na co się porywam. Oczywiście starałem się przygotować teoretycznie, fizycznie. Ale jednak moja wyobraźnie była zbyt płytka i, mówiąc szczerze, nie byłem na taką wyprawę gotowy ani psychicznie, ani fizycznie – wyznaje Krzysztof. – Wyprawa była na tyle ciężka, że doświadczyłem załamania. Nie zdobyłbym góry, gdyby nie przyjaciele, koledzy, którzy mnie wsparli. Dzięki nim udało się.

A gdy Krzysztof zdobył Mont Blanc, 4810 m n.p.m., spojrzał w górę i w dół, bezkresny dół, i pomyślał: „Co ja tutaj w ogóle robię? Zdobyłem najwyższą górę Europy i koniec z tym. To nie dla mnie, nigdy więcej”.

Stało się jednak inaczej, bo górski bakcyl nie dał o sobie zapomnieć. I Krzysztof zaczął zdobywać... Koronę Ziemi, czyli najwyższe szczyty poszczególnych kontynentów. – Zamarzyłem o Mont Blanc i (mimo wszystko) dałem radę. Dlaczego nie realizować kolejnych marzeń? – zastanawiałem się. Owszem, to wszystko jest jedną wielką wyprawą z motyką na księżyc, ale... czemu tam się nie wybrać? – śmieje się Krzysztof. – Dlaczego więc nie mogę aż tak mocno marzyć, by realizować kolejne wyprawy? Takie z... motyką na słońce? Oczywiście znacznie lepiej przeze mnie przygotowane od strony psychicznej i fizycznej.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    30 31 1 2 3 4 5
    6 7 8 9 10 11 12
    13 14 15 16 17 18 19
    20 21 22 23 24 25 26
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    28°C Czwartek
    wieczór
    25°C Piątek
    noc
    21°C Piątek
    rano
    30°C Piątek
    dzień
    wiecej »

    Reklama