Film o bohaterze

Tadeusza Kościuszkę wielbi się po obu stronach oceanu. Czas na wielki fresk filmowy o jego życiu.

Reklama

Jak powszechnie wiadomo, dobre kino jest w stanie zrobić więcej dla promocji historii niż dyplomacja i polityka razem wzięte. Nic dziwnego, że od lat trwa gorączkowe poszukiwanie polskich bohaterów, których życie mogłoby służyć za kanwę filmowego przeboju. A przecież nie trzeba szukać daleko, o czym warto przypomnieć z uwagi na obchodzony właśnie Rok Kościuszki.

Jak mógłby się zaczynać film o bohaterze Polski i Stanów Zjednoczonych? Biorąc pod uwagę wymogi dobrej fabuły, niekoniecznie przysięgą Naczelnika na krakowskim Rynku czy nawet racławicką wiktorią. – Potrzebny byłby jakiś moment przełomowy, ważny dla osobistych losów bohatera – podpowiada Michał Niezabitowski, dyrektor Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. I podsuwa dwa wydarzenia z życia Kościuszki, o charakterze… niekoniecznie pomnikowym, za to znakomicie nadające się do kina.

Synogarlica nie dla wróbla

Latem 1775 r. młody absolwent Szkoły Rycerskiej powrócił z Paryża. Przebywając w rodzinnym majątku Siechnowicze, zapłonął afektem do Ludwiki, córki hetmana polnego litewskiego Józefa Sylwestra Sosnowskiego. Uczucie zostało odwzajemnione, bo też Kościuszko miał zawsze ogromne powodzenie u dam. Potrafił dla nich zagrać, napisać wiersz, był też zdolnym portrecistą. Niestety, oświadczyny młodego szlachcica bez majątku zostały odrzucone przez hetmana, który ponoć miał je skomentować słowami: „synogarlice nie dla wróbla, a córki magnackie nie dla drobnych szlachetków”.

Młodzi, nie chcąc pogodzić się z losem, planowali ucieczkę. Historycy nie są zgodni, czy do „ustawionego” porwania w końcu doszło, ale tu właśnie otwiera się przestrzeń dla scenarzysty. – Zakochani pod osłoną nocy uciekli, ale zostali dogonieni. Gdy Ludwika była odciągana przez hajduków, rzuciła jeszcze ukochanemu białą chusteczkę. Kościuszko miał ją przy sobie do końca życia, nawet w godzinie śmierci – snuje opowieść dyr. Niezabitowski, zapewniając, że rekwizyt w niej występujący jest autentyczny, a miłość do Ludwiki faktycznie nigdy nie wygasła. W listach do króla nazywał ją „najważniejszą z osób”, a ona, będąc już mężatką, dyskretnie, acz skutecznie wspierała jego karierę.

Dlaczego to nieudane porwanie można uznać za moment zwrotny w życiu Kościuszki? Zapewne gdyby rękę Ludwiki dostał, nie popłynąłby do Ameryki. Nie zdobyłby tam sławy. Może także zapał do ideałów republikańskich nie byłby u Kościuszki tak mocny, gdyby nie został upokorzony przez magnata? A tak życie dało mu szansę, by stał się bohaterem romantycznym: nieszczęśliwie zakochanym straceńcem, zamieniającym służbę damie na służbę ojczyźnie.

Taka piękna katastrofa

Ameryka kocha i ceni Kościuszkę, bo też ma za co. Nie brak historyków, którzy wprost przyznają, że bez jego talentu nie udałoby się wygrać wojny o niepodległość Stanów. Armia Kontynentalna przegrywała w niej praktycznie wszystkie bitwy. Chwałę za sukces w tej najważniejszej, pod Saratogą, odbierał gen. Horatio Gates, ale zawsze podkreślał, że wiktorię zawdzięcza strategicznemu geniuszowi Kościuszki. Z solidną inżynierską podbudową, którą docenił sam Jerzy Waszyngton, powierzając później Polakowi ufortyfikowanie West Point. I tu – jak to w filmach bywa – retrospekcja.

Wracamy do lata 1776 r., gdy nikomu jeszcze nieznany ochotnik płynie do Ameryki. To drugi z przywołanych przez Michała Niezabitowskiego momentów zwrotnych w życiu Kościuszki. Bo oto miotany sztormami szkuner rozbija się o rafę koralową i idzie na dno. Kościuszko i garstka towarzyszy chwytają się masztu i po dramatycznej walce z falami (cóż za scena!) resztką sił dopływają do wybrzeża Martyniki. – To bardzo ciekawe pytanie: czy gdyby z tamtej katastrofy nikt nie ocalał, Amerykanom, bez wsparcia młodego wówczas polskiego inżyniera, a na koniec wojny generała brygady, udałoby się wygrać tę wojnę? – pyta dyr. Niezabitowski. Wkład Polaka został zresztą wyceniony bardzo konkretnie: Kościuszko dostał 250 ha ziemi oraz wysoką rentę wojskową.

I tu kolejny zwrot akcji. Generał gnany tęsknotą i powinnością wraca do kraju, a swój majątek zapisuje… niewolnikom. – To był bardzo sprytny testament, bo jego wykonanie Kościuszko powierzył Thomasowi Jeffersonowi, późniejszemu prezydentowi i współautorowi deklaracji niepodległości – zwraca uwagę prof. Tomasz Gąsowski. – Jefferson miał za te pieniądze nie tylko wykupić tylu niewolników, ilu zdoła, ale jeszcze wyposażyć ich w ziemię oraz zbudować szkołę – wylicza historyk z UJ. Kościuszko może być więc uważany za jednego z ojców abolicjonizmu. Ten wątek mógłby mieć dla amerykańskiego widza szczególną wagę, gdyby nie drobny szczegół. Otóż Jefferson nie wykonał powierzonej mu misji…

Kosa i buty

Film ma więc już co najmniej dwa punkty zwrotne. Oba jednak odnoszą się wprost do emigracyjnych losów Kościuszki. Bo też scenarzysta może mieć poważny problem z właściwym zrównoważeniem zasług głównego bohatera. W Ameryce odniósł wielki sukces. W Polsce taki sukces już nie stał się jego udziałem. Zasługi dla ojczyzny ma mimo to ogromne, tyle że już mniej widowiskowe. Za oceanem było mu w pewnym sensie łatwiej zostać bohaterem; w kraju wyzwanie, przed jakim stanął, wymagało podejmowania częściej decyzji politycznych niż wojskowych.

Dopóki chodziło o te pierwsze, jak choćby podczas wojny polsko-rosyjskiej w 1792 r., Kościuszko stawał na wysokości zadania. Został w końcu pod Zieleńcami jednym z pierwszych kawalerów ustanowionego wówczas orderu Virtuti Militari, z kolei pod Dubienką, walcząc z pięciokrotnie liczniejszym wrogiem, mógł wykorzystać doświadczenie zdobyte przy fortyfikowaniu West Point. Sytuacja skomplikowała się po zdradzie króla. Na emigracji Kościuszko musiał wejść w buty dyplomaty i walczyć o polską sprawę na salonach Lipska czy Paryża. Bez sukcesu. Różnie oceniana jest też jego decyzja z września 1793 r., by odroczyć wybuch insurekcji (której plan sam przygotował). Powstanie mogło mieć wówczas większe szanse, bo Polska wciąż posiadała wojsko, które w kolejnych miesiącach uległo szybkiej redukcji. Obejmując stanowisko Najwyższego Naczelnika Siły Zbrojnej Narodowej, Kościuszko zaczynał insurekcję w jeszcze trudniejszych warunkach.

Z filmowej perspektywy jest ona niewątpliwie atrakcyjna, choćby ze względu na udział kosynierów. Nieprzypadkowo jedyny polski film historyczny o naszym bohaterze (Józefa Lejtesa z 1938 r.) nosi tytuł „Kościuszko pod Racławicami”. – Naczelnik stawiał na armię ludową, chciał ją zorganizować na wzór amerykańskiej. Stąd zaangażowanie w insurekcję chłopów. Chciał, by każdy z nich miał kosę i buty. O kosach wiedzą wszyscy, mało kto pamięta o butach, a dla Kościuszki były one równie ważne, bo oznaczały godne traktowanie ludzi – podkreśla prof. Gąsowski.

Diabelska alternatywa

„Ja, Tadeusz Kościuszko, przysięgam w obliczu Boga całemu Narodowi Polskiemu, iż powierzonej mi władzy na niczyj prywatny ucisk nie użyję, lecz jedynie jej dla obrony całości granic, odzyskania samowładności Narodu i ugruntowania powszechnej wolności używać będę. Tak mi Panie Boże dopomóż i niewinna męka Syna Jego”. Rota przysięgi, wygłoszonej 24 marca 1794 r. na krakowskim Rynku, dokładnie oddaje horyzont działań Tadeusza Kościuszki. I choć główny cel insurekcji nie został zrealizowany, warto pokazać, czym była Rzeczpospolita Kościuszkowska. Naczelnikowi chodziło bowiem nie tylko o prowadzenie działań wojennych, lecz także o przebudowę państwa. Był republikaninem, w swym programie szedł jeszcze dalej, niż to zakładała Konstytucja 3 maja. Nie poprzestawał na ogłaszaniu wolnościowych uniwersałów, ale zadbał o wprowadzenie w obieg pierwszych polskich banknotów, zwanych wówczas biletami skarbowymi.

To też ciekawy wątek, ale film musi mieć zwartą konstrukcję i zmierzać do finału. Ten mógłby się rozgrywać w Twierdzy Pietropawłowskiej, gdzie Kościuszko został osadzony po bitwie pod Maciejowicami. Paradoks polegał na tym, że car Paweł I, w odróżnieniu od swej matki Katarzyny II, darzył Kościuszkę wielkim szacunkiem… a przynajmniej takowy otwarcie manifestował. Przeniósł więźnia do Pałacu Marmurowego w Petersburgu i, podobnie jak Amerykanie, chciał obdarować dobrami ziemskimi oraz wysoką rentą. Ale jednocześnie postawił przed naszym bohaterem iście diabelską alternatywę: podpisanie listu wiernopoddańczego w zamian za wolność. Nie tylko Naczelnika, ale i jego 12 tys. żołnierzy. Dramatyzm decyzji, którą podjął w listopadzie 1796 r. Kościuszko, godzien jest wielkiej fabuły. Nie było z tej sytuacji dobrego wyjścia, bo choć za ten jeden podpis wolność odzyskali (oprócz żołnierzy) także Julian Ursyn Niemcewicz, gen. Ignacy Potocki i inni przywódcy powstania, to sumienie Kościuszki nie było w stanie unieść tego ciężaru. 4 sierpnia 1798 r. napisał do cara list, w którym zrywał złożoną przysięgę. Do listu dołączone było 12 tys. rubli.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    25 26 27 28 29 30 1
    2 3 4 5 6 7 8
    9 10 11 12 13 14 15
    16 17 18 19 20 21 22
    23 24 25 26 27 28 29
    30 31 1 2 3 4 5
    19°C Czwartek
    noc
    15°C Czwartek
    rano
    20°C Czwartek
    dzień
    20°C Czwartek
    wieczór
    wiecej »

    Reklama