Po pierwsze – musimy chcieć

O wyzwaniach stojących przed Polską w związku z napływem migrantów i uchodźców do Europy opowiada prof. Andrzej Zybertowicz.

Reklama

Andrzej Grajewski: Kolejne zamachy terrorystyczne w Wielkiej Brytanii skłaniają do pytania: jaki jest cel Państwa Islamskiego wzywającego swych zwolenników do coraz brutalniejszych ataków w Europie?

Prof. Andrzej Zybertowicz: Nikt nie mówił o Państwie Islamskim jako okrzepłym organizmie, kiedy w Izraelu podczas odbywającego się tam w 2008 r. seminarium na temat terroryzmu usłyszałem, że celem skrajnych islamistów jest utworzenie kalifatu. Czyli instytucji państwowej, która najpierw podbije region Bliskiego Wschodu, a później będzie próbowała zostać potężnym bytem cywilizacyjnym na wzór imperium otomańskiego. Wtedy wydawało się to oderwane od rzeczywistości. Dzisiaj już nie. Państwo Islamskie to przedziwny splot czynników religijnych, kulturowych, biznesowych i psychologiczno-psychiatrycznych.

Psychiatrycznych?

Wydaje się, że z punktu widzenia standardów naszej zachodniej cywilizacji subkultura uprawomocniająca zabijanie niewinnych ludzi zasługuje na badanie i troskę psychiatryczną.

To kwestia religii, islamu?

Jako socjolog mogę jedynie postawić tezę, że jest coś takiego w islamie, co pozwala, by w jego łonie powstał taki zbrodniczy odłam. W ramach chrześcijaństwa też są różne nurty, ale nie uformował się w nim odłam zakładający, że sposobem realizacji misji religijnej jest samobójcze zabijanie niewinnych ludzi.

A działanie terrorystów irlandzkich czy baskijskich?

W przypadku IRA czy ETA mieliśmy do czynienia z używaniem terroru w ściśle określonych, dość wąskich celach politycznych. W przypadku terrorystów islamskich samobójcze męczeństwo bojowników zostaje wpisane w określony projekt cywilizacyjny. W wizję cywilizacji, dla zbudowania której można, być może nawet należy, zabijać niewinnych ludzi.

Sądzę, że w mniemaniu terrorystów ich ofiary nie są niewinne.

W ich mniemaniu ofiary zamachów należą do grzesznej cywilizacji i przez to stają się winne. To przedefiniowanie pojęcia winy jest kluczowe, abyśmy mogli zrozumieć, dlaczego islamscy terroryści zabijają przypadkowe osoby. Wśród terrorystów pewną grupę stanowią ludzie dobrze przygotowani, przeszkoleni oraz odpowiednio wyposażeni do przeprowadzenia ataków. Ale coraz większa jest liczba takich, którzy nie mają osobistych kontaktów z przedstawicielami Państwa Islamskiego. Podzielają za to jego diagnozę polityczną, a przede wszystkim cywilizacyjną sytuacji w Europie. Na tej podstawie samodzielnie podejmują decyzję o przeprowadzeniu ataków. Nie walczą w Syrii czy Iraku, ale dobrowolnie dołączają się do tego projektu cywilizacyjnego, bo przecież nie tylko politycznego.

W jaki sposób ataki mają wspierać ten projekt?

Niektórzy analitycy stawiają następującą tezę: jeśli ataki będą kontynuowane, mogą nasilić wśród mieszkańców Europy strach i niepewność. Europejczycy mogą utracić wiarę w to, że państwo może ich skutecznie obronić. Wtedy mogą znaleźć się środowiska, które uznają, że przyszedł czas, aby samemu zatroszczyć się o własne bezpieczeństwo, podejmując na przykład oddolne działania odwetowe wobec społeczności muzułmańskiej. Znana jest historia żydowskiego osadnika Barucha Goldsteina, który w 1994 r. otworzył ogień do modlących się w meczecie Palestyńczyków i zabił 29 z nich.

Chodzi o rozkręcenie napędzającej się spirali zamachów i odwetu?

Tak. Być może obecnie ta taktyka zostanie wzbogacona o nowe elementy. Wydarzenia w Turynie, gdzie doszło do ogromnej paniki i było wiele ofiar, pokazują, że nie trzeba już organizować zamachów. Wystarczy, aby ludzie uznali, że grozi im niebezpieczeństwo. Już nie trzeba przeprowadzać zamachów, wystarczy stworzyć potencjalne zagrożenie, aby otrzymać podobny efekt – uczucie lęku. W jakimś czarnym scenariuszu to wszystko może doprowadzić do akcji odwetowych wobec społeczności muzułmańskiej żyjącej w Europie. Syndromu Barucha Goldsteina europejskie elity bardzo się obawiają.

Co mogłoby się wydarzyć, gdyby doszło do odwetu?

Skrajni islamiści chcieliby przekonać wszystkich muzułmanów, że wizja Europy opartej na prawach jednostki, prawach człowieka, na równych prawach kobiet i mężczyzn jest nieporozumieniem. Że to jakiś błąd ewolucji kulturowej, coś chorego w samej swej istocie. Europa w ogniu walk religijnych byłaby potwierdzeniem ich diagnozy. Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby w odpowiedzi na ekscesy wyrostków z Maghrebu podpalających samochody we Francji dochodziło do akcji odwetowych i pogromów w dzielnicach muzułmańskich. Mielibyśmy pogłębiający się chaos i spiralę przemocy, co spełniłoby cele ideologów Państwa Islamskiego.

Stąd poprawność polityczna, czy wręcz cenzura we wszystkich informacjach na temat zamachów i osób, które je przeprowadziły.

Z punktu widzenia doktryny wolności słowa ta poprawność wydaje nam się niespójna i zaciemniająca rzeczywistość. Proszę jednak sobie wyobrazić sytuację, że mamy w Polsce ponad dwa miliony muzułmanów, z których większość byłaby lojalnymi obywatelami naszego kraju, i nagle dochodzi do zamachów. Nikt odpowiedzialny nie chciałby, aby jacyś radykałowie zaczęli z nimi samodzielnie walczyć, biorąc wymierzanie sprawiedliwości we własne ręce. Dlatego poprawność polityczna mediów na Zachodzie, choć często irytująca, jest poniekąd zrozumiała. Nie ma natomiast usprawiedliwienia, kiedy ta poprawność zaczyna zaciemniać obraz naukowcom, ekspertom stawiającym diagnozy i podobnie jak media starającym się, by nie nazywać rzeczy po imieniu. Jeśli w gronie badaczy, analityków, ludzi ze służb specjalnych oraz polityków poprawność polityczna zaczyna zastępować kontakt z rzeczywistością, jeśli staje się nie tylko osłoną przed złymi emocjami, ale osłoną przed racjonalną oceną sytuacji, to wówczas jest bardzo niedobrze.

Muzułmanie w Europie Zachodniej mieszkają od pokoleń. Mają więc prawo czuć się Europejczykami, ale wielu z nich uważa się za ludzi drugiej kategorii. To rodzi frustrację i gniew, które wykorzystują islamiści.

Problem w tym, że demokracja liberalna nie jest w stanie spełnić swych obietnic. Jedną z nich były równe szanse dla wszystkich. W istocie jednak demokracja liberalna ma podłoże oligarchiczne i mobilność społeczna, pionowa, ekonomiczna wcale nie jest tak swobodna, jak to się deklaruje w podręcznikach doktryny demokratycznej. Nadal funkcjonuje wiele szklanych sufitów, które licznym obywatelom bardzo trudno przebić. Dotyczy to zwłaszcza drugiego i trzeciego pokolenia emigrantów. Do tego dochodzi bariera kulturowa. Oni chcieliby osiągnąć awans zawodowy, ale nie integrują się kulturowo, w dodatku nierzadko wychowani są w pogardzie wobec cywilizacji „niewiernych”. Tak powstaje gleba podatna na narodziny subkultury uprawomocniającej oddanie swego życia w połączeniu z zabijaniem niewinnych ludzi. Głębszy problem polega na tym, że budując Europę wielokulturową, wieloetniczną, nie dostrzeżono, iż odmienne kultury istotnie różnią się między sobą także pod kątem zdolności do pokojowego współżycia (czyli wzajemnego dopasowywania się) z innymi kulturami. Istnieją także granice odporności jednostek ludzkich i struktur społecznych na tempo zmian.

Zmiany w Europie były zbyt szybkie, zbyt gwałtowne?

Mieliśmy stały napływ przedstawicieli kultur i religii, które okazały się nieprzystawalne do zlaicyzowanej Europy. Jednocześnie odbywa się to w kontekście tak szybkich zmian technologicznych, że spora część społeczeństwa się gubi. Niekiedy po prostu wycofuje się z obszarów zajmowanych przez nowych przybyszy.

Na to nakłada się problem uchodźców oraz ogromna rzesza migrantów, głównie z Afryki. Można ich zatrzymać?

Można, ale do tego musi być wola polityczna, a jej w Unii Europejskiej nadal nie ma.

A gdyby była wola, oznaczałoby to na przykład zawracanie łodzi i pontonów płynących do Europy z migrantami z Afryki?

Przede wszystkim należałoby wysłać im czytelny sygnał, że nielegalni imigranci nie zostaną przyjęci. Tak postąpiła Australia. Ogłoszono tam, że każdy, kto próbuje przybyć na ten kontynent nielegalnie, nie tylko zostanie deportowany, ale też w przyszłości nigdy nie będzie mógł liczyć na legalizację swego pobytu. Musi więc być jasno określona zasada: nie ma premii za to, że przybywasz do nas nielegalnie, zwłaszcza w ramach biznesu przemytniczego. Kolejnym elementem powinno być karanie w państwach unijnych tych podmiotów, które współpracują z przemytnikami, a nawet rozważenie przeprowadzania ataków na bazy przemytnicze.

Nikt w Unii takiej decyzji nie podejmie. Nie tylko ze względu na konsekwencje polityczne, ale także sformatowanie myślenia przez poprawność polityczną.

O tym właśnie rozmawiamy. Najpierw trzeba czegoś chcieć. Najpierw trzeba wierzyć we własną kulturę. Problem jest do rozwiązania, jeśli będzie wola polityczna. Oficerowie NATO mówią jasno: możemy zatrzymać potok ludzi płynących przez Morze Śródziemne, tylko musimy mieć decyzję i rozkaz.

Inaczej jednak powinni być traktowani uchodźcy, którzy ratują swoje życie.

Oczywiście. Ale według szacunków służb unijnych w obozach w Grecji i we Włoszech liczba osób, które kwalifikowałyby się, by otrzymać status uchodźców, wynosi zaledwie kilka procent. Mamy prawo oczekiwać od starych członków Unii zrozumienia tego, że nasze społeczeństwo ma znacznie mniejsze doświadczenie ze zjawiskiem wielokulturowości i dlatego nie jest przygotowane na przyjmowanie dużej liczby migrantów z odległych kultur. Z drugiej strony powinniśmy lepiej zrozumieć specyfikę takich krajów jak Niemcy, Francja, Włochy czy Wielka Brytania, które mają ogromne mniejszości religijne i kulturowe. Wspólnie powinniśmy znaleźć rozwiązanie kryzysu migracyjnego, które będzie te różne elementy i doświadczenia łączyło. Nie jest dzisiaj możliwe istnienie Europy, w której nie będzie muzułmanów. Natomiast trzeba będzie jasno wytyczyć granice, których nikomu przekraczać nie będzie można. To powinno oznaczać m.in. zakaz głoszenia ekstremistycznych poglądów przez radykalnych imamów.

Jak Pan sobie to wyobraża – ma być prowadzona inwigilacja meczetów? Wątpię, aby było to możliwe.

Gdy kolejni przywódcy Europy uświadomią sobie, że syndrom Barucha Goldsteina może zacząć ciążyć nad życiem ich narodów, podejmą działania, które dzisiaj wydają się niemożliwe.

Między starzejącą się Europą a młodym światem islamskim istnieje rosnąca próżnia demograficzna. Migracja jest sposobem wyrównywania tych potencjałów?

W pewnym stopniu tak. Dlatego przyszłość Europy zależeć będzie od tego, czy w skali całego kontynentu potrafimy zmienić obecne trendy demograficzne. Przykład Francji, ale także innych krajów zachodnich pokazuje, że jest to możliwe.

Polska w dłuższej perspektywie, moim zdaniem, nie zdoła odgrodzić się od zjawiska migracji. Jaka powinna być racjonalna polityka migracyjna?

Liczba przyjmowanych migrantów – nieważne, czy są to uchodźcy, czy nie – musi być dopasowana do ekonomicznie uwarunkowanych zdolności integracyjnych danego społeczeństwa, a także do akulturacyjnych możliwości obu stron – czyli zdolności do wzajemnego przystosowania się. Z tego wypływa wniosek, aby dobierać migrantów, którzy są najmniej odlegli od naszej kultury. W tej perspektywie należy przyjmować przede wszystkim chrześcijan. Nie sądzę także, aby np. buddyści stanowili jakieś zagrożenie. Natomiast w przypadku przyjmowania muzułmanów należy być bardzo ostrożnym. Europa jest kontynentem dostatku i ma chrześcijański obowiązek dzielić się nim z innymi, ale musi to czynić w taki sposób, aby wolność i rozwój gospodarczy nie zostały naruszone. By użyć metafory: żaden statek ratowniczy nie może przyjąć na swój pokład więcej potrzebujących, niż jest w stanie pomieścić, zachowując przy tym żeglowność. Otwartość musi więc być regulowana w zależności od poziomu zagrożeń i możliwości społeczeństwa przyjmującego migrantów. To dotyczy także nas. 

prof. Andrzej Zybertowicz

socjolog, doradca szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego oraz Prezydenta RP.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

  • Gość
    17.07.2017 18:27
    Zadnych imigrantów ani uchodzców! Ani jednego! To zagłada Polski i chrześcijaństwa.
  • 60+
    17.07.2017 22:28
    Panie Profesorze, widzę, że znów zaczynacie dyskusję o "migrantach"!!! Proszę pamiętać, że wielu Polaków będzie wyrażało poparcie dla PIS-u i Pana Prezydenta tak długo, jak długo będziecie spełniać obietnicę wyborczą dotyczącą kwestii "migrantów"!!! Chyba pamięć rządzący mają dość dobrą? Zgoda partii rządzącej na sprowadzenie "migrantów" niezależnie od ich religii czy narodowości spowoduje, że w następnych wyborach mój głos oddam na kogoś innego! Proszę mi wyjaśnić, dlaczego Polacy (podatnicy: np. emeryci, czy osoby o niskich dochodach) mają brać na "swoje barki" utrzymanie młodych, zdrowych ludzi (przede wszystkim mężczyzn), którzy postanowili "żyć na cudzy rachunek"? Wśród "migrantów" prawdziwi "uchodźcy" stanowią niewielki odsetek! Większość "migrantów" płaci tysiące dolarów za przemyt do Europy; posiadają telefony komórkowe, internet, konta bankowe (nie są więc tak biedni jak się ich przedstawia)! Panie Profesorze, proponuję powtórkę z historii Polski (zaproszenie Zakonu Krzyżackiego)! NIECH chociaż RAZ POLAK będzie MĄDRY przed SZKODĄ!
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    25 26 27 28 29 30 1
    2 3 4 5 6 7 8
    9 10 11 12 13 14 15
    16 17 18 19 20 21 22
    23 24 25 26 27 28 29
    30 31 1 2 3 4 5
    19°C Czwartek
    noc
    15°C Czwartek
    rano
    20°C Czwartek
    dzień
    20°C Czwartek
    wieczór
    wiecej »

    Reklama