Do trzech razy sztuka

O wewnętrznej potrzebie zdobywania najwyższych szczytów i cenie miłości do gór opowiada Krzysztof Wielicki – kierownik tegorocznej zimowej wyprawy na K2.

Reklama

Wojciech Teister: Przychodzi facet z plecakiem do opuszczonej bazy pod ośmiotysięcznikiem Nanga Parbat i mówi: „A co, wejdę sobie”. Tak zakończyłeś kompletowanie Korony Himalajów i Karakorum. Co Cię motywuje do tak szaleńczych wyzwań?

Krzysztof Wielicki: Wydaje mi się, że takim podstawowym elementem jest potrzeba pisania historii. Jak ktoś ma wewnętrzną potrzebę, żeby pisać historię w jakiejś dziedzinie, to robi i takie rzeczy. Byliśmy wtedy przekonani, że powinniśmy nadrobić polskie zaległości w eksploracji gór najwyższych. Z różnych – przede wszystkim politycznych – względów było to niemożliwe w latach 50., więc kiedy tylko nadarzyła się okazja, ruszyliśmy na zimowy podbój, po to, żeby Polska też była zapisana w kronikach. I to było dla mojego pokolenia charakterystyczne, że mieliśmy w sobie zakodowany patriotyzm. A z osobistego punktu widzenia – to chyba naturalny proces, że człowiek stopniowo podnosi sobie poprzeczkę, sprawdza swoje limity, chce poznać siebie, dowiedzieć się, na ile go stać.

Niebawem rusza Narodowa Zimowa Wyprawa na K2 – ostatni niezdobyty zimą ośmiotysięcznik. To już trzecia polska wyprawa zimowa na ten szczyt. Nie macie dosyć?

(śmiech) Powiem tak: nieważne, czy wejdziemy, ale powinniśmy spróbować. Skoro zaczęliśmy w 1980 r. Everestem i jako pierwsi weszliśmy zimą na dziesięć innych ośmiotysięczników, to byłoby fajnie, gdybyśmy to my, Polacy, zakończyli ten etap w himalaizmie. Nasi przyjaciele z innych krajów już nie chcą tego tematu podejmować i wprost mówią, że to jest kwestia zarezerwowana dla nas. Ale trzeba też przyznać, że tylko my jesteśmy w stanie obecnie zorganizować zimową wyprawę narodową.

Program Polski Himalaizm Zimowy powstał w nawiązaniu do złotych lat 80. polskiego wspinania, a Ty jesteś postrzegany jako spadkobierca Andrzeja Zawady.

Bo Zawada miał w sobie bardzo silny rys patriotyczny, który mocno podkreślał. W tamtym czasie, na przełomie lat 70. i 80., w Polskim Związku Alpinizmu było takie pojęcie jak „wyprawa narodowa”, na którą raz na cztery lata ministerstwo sportu wykładało pieniądze. Po przemianach ustrojowych temat finansowania wypraw narodowych upadł, ale my ciągle, na ile się dało, realizowaliśmy idee Zawady. Andrzej włączał się w to do 2000 roku, aż do swojej śmierci.

Jak oceniasz szanse na to, że w tym sezonie usłyszymy: „Zawiadamiam, że Biało-Czerwona znalazła się dzisiaj na drugim co do wysokości szczycie świata”?

Ostrożnie oceniam szanse realizacji celu – pół na pół. Zespół jest mocny, natomiast bardzo dużo będzie zależało od tego, jakie trafią się warunki. Czy będzie śnieg, czy tylko lód. Czy trafią nam się ze dwa, trzy okna pogodowe, które umożliwią zaaklimatyzowanemu zespołowi przypuścić atak szczytowy. Bo sądzę, że do wysokości 7800 m n.p.m. doprowadzimy logistykę, ale później będzie problem ostatniego dnia, kiedy trzeba będzie szybko wejść na szczyt i wrócić. A to będzie ok. 800 m w pionie, w trudnym technicznie terenie. Na tej wysokości to bardzo duży odcinek. Do zrealizowania tego celu nawet najlepszy zespół świata potrzebuje korzystnych warunków.

Co to znaczy: korzystne warunki pogodowe w przypadku Karakorum? Jak wygląda zima w tych górach?

Przede wszystkim jest nieustanny, silny, a czasem huraganowy wiatr, tzw. jet stream, który niesie ze sobą mnóstwo drobinek lodu. Taki pył, uderzający w twarz człowieka znajdującego się w ścianie, zdecydowanie nie pomaga we wspinaczce. Wiatr obniża odczuwalną temperaturę, która i tak spada tam czasem do –30, –40 st. Jeśli mocno wieje, to po prostu nie da się wspinać. Przy słabszym wietrze można próbować. Bardzo trudne są noce – wiatr tak uderza w ściany namiotu, że przez huk nie słychać, co mówi partner. Przy siarczystych mrozach para wodna powstała w namiocie na skutek oddychania i gotowania osiada na ściankach, zamarza, a potem spada na twarz i na śpiwory. W efekcie śpiwory są przez większość czasu mokre.

A warunki terenowe? Czym różni się K2 od położonego po sąsiedzku Broad Peak – ostatniego zdobytego przez Polaków zimą ośmiotysięcznika?

Broad Peak jest trochę przykryty, osłonięty przez K2 od najsilniejszych podmuchów wiatru. K2 jest pierwszą z wysokich gór od zachodu, przez co tutaj wieje najmocniej. Również technicznie K2 jest trudniejsza od Broad Peak, szczególnie w partiach szczytowych, gdzie tlenu jest najmniej.

W wyprawie weźmie udział ok. jedenastu osób. To dwa razy większa ekipa niż na Broad Peak. Co podyktowało taką decyzję?

Na K2 trzeba jednak popracować zdecydowanie więcej, tam się nie da tak po prostu wejść. (śmiech) Trzeba założyć cztery obozy, sama góra jest dużo wyższa, spodziewamy się gorszej pogody, a to wszystko wpływa na zmęczenie uczestników. W związku z tym bierzemy więcej osób, żeby ten jeden czy dwa zespoły szczytowe były choć trochę odciążone. Bo jeśli całą wyprawę, tak jak na Broad Peak, tworzą tylko dwa zespoły, to one muszą cały czas intensywnie pracować i potem może zabraknąć sił na atak szczytowy. Przy 10, 11 wspinaczach praca logistyczna jest rozłożona na więcej osób. Na koniec wyprawy najlepiej zaaklimatyzowani i wypoczęci zaatakują wierzchołek.

Największa siła tego zespołu to…

...znajomość góry. Pięciu uczestników było latem na szczycie K2, a większość wspinała się w tym masywie. To ogromny atut.

Nie boisz się nadmiernych ambicji osobistych, niezdrowej rywalizacji o to, kto będzie miał szansę zapisać się w historii?

To może stanowić problem, ale czasem jest tak, że trudy wyprawy same weryfikują ambicje i decydują o tym, kto będzie atakował szczyt. Na wielu wyprawach, w których uczestniczyłem, było tak, że na koniec już wcale nie było wielu chętnych do próby wejścia. To nie jest też tak, że ja kogoś wyznaczam. Najczęściej decyzję podejmuje cały zespół po analizie wielu czynników. Ale zgadzam się, że ten personalny element może być silny, szczególnie że to jest K2 – najtrudniejszy i ostatni z niezdobytych zimą ośmiotysięczników, a tę wyprawę będą śledzić media na całym świecie. Musimy bardzo uważać, żeby nie doprowadziło to do sytuacji niebezpiecznych. W latach 80. bardziej niż dziś pracowaliśmy na zespół. Współcześnie element osobistego sukcesu jest dużo mocniej obecny w mentalności wspinacza. Taką atmosferę dodatkowo podkręcają media. Dziś już nie wystarczy informacja, że polska wyprawa weszła na szczyt. Trzeba podać cały biogram zdobywcy, ile ma lat, którą żonę i jak na imię mają dzieci, czym się zajmuje etc., etc. To też wpływa na podejście do sprawy wielu himalaistów, którym już nie wystarczy sukces wyprawy, w której uczestniczyli, ale jest jeszcze myśl: „ja muszę wejść”. Trzeba jakoś działać w tych realiach, presja na osobisty sukces jest też przecież w innych zawodach.

Jak mocno cień tragedii na Broad Peak będzie wpływał na tegoroczną wyprawę na K2?

Nie wiem, jak wygląda to u kolegów. Ja po tych wydarzeniach bardziej osiwiałem; to była moja najtrudniejsza wyprawa w życiu, mimo że sam nie brałem udziału w ataku szczytowym i w czasie tych tragicznych wydarzeń byłem w bazie. Myślę, że z trójki, która przeżyła, te chwile najbardziej wpłynęły na mnie. Ci młodzi chłopcy jakoś się z tego otrzepali, ale to na pewno zostawia ślad. Człowiek później, po fakcie, myśli, co można było zmienić, co zrobić inaczej, czy tym śmierciom dało się jakoś zapobiec, choć w tamtej chwili nie miałem do tego żadnych narzędzi. A podstawowym problemem był brak łączności. Dlatego wyciągnęliśmy taki wniosek, że noszenie włączonych radiotelefonów cały czas będzie obowiązkowe. Nie, że sobie ktoś włączy i wyłączy. Bo w sytuacjach trudnych pierwszą sprawą jest łączność. Na Broad Peak tego zabrakło.

Co czuje człowiek balansujący na granicy życia i śmierci?

Ależ my tak nie myślimy. Wychodząc w góry, musisz mieć głębokie przekonanie, że sobie poradzisz. Chociaż bywa różnie, jak widać. Statystyka mówi, że są wypadki i czasem ludzie giną. Idąc w góry, nie można czuć lęku, bo to paraliżuje.

Jaka jest cena miłości do gór najwyższych?

To przede wszystkim koszty rodzinne. Dla mnie to największa cena, jaką zapłaciłem. Trzeba te straty rodzinne minimalizować, na ile się da, koniecznie mieć też akceptację drugiej strony – ja miałem taką akceptację – ale to jest poważny problem. Nie tylko ze strony rodziny w domu, również z naszej strony, musimy zostawić żonę i dzieci na wiele tygodni. To bardzo trudne. Inne koszty, np. zawodowe, można jakoś wyeliminować.

  Józef Wolny /Foto Gość

Krzysztof Wielicki

rocznik 1950. Światowej sławy polski himalaista, piąty w historii zdobywca Korony Himalajów i Karakorum (wszystkich ośmiotysięcznych szczytów Ziemi). W 1980 r. z Leszkiem Cichym jako pierwsi ludzie w historii stanęli zimą na szczycie Mount Everestu. Ma również na koncie pierwsze zimowe wejścia na Kanczendzongę i Lhotse (wejście samotne).

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Yanosh
    03.11.2017 08:12
    wszystko fajnie, potrzeba jest, rekordy także, że wejdę i już! ale czy miłość do gór może przesłaniać miłość do ludzi, którzy zostają i płaczą po stracie....?
  • RS
    03.11.2017 08:30
    Trzymam za nich kciuki! wyprawa extremalnie trudna, ostatnio zimą tam Rosjanie próbowali, 1 osoba zmarła z powodu choroby wysokościowej, to są twardziele a warunki ich zniechęciły. Drodzy koledzy, koleżanki, proszę o modlitwę w ich intencji. Pan Jezus też często wychodził na górę i zapewne jest tam się bliżej nieba.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    7°C Sobota
    rano
    10°C Sobota
    dzień
    11°C Sobota
    wieczór
    9°C Niedziela
    noc
    wiecej »

    Reklama