Czarna śmierć, czerwona zaraza

Po strasznej niemieckiej okupacji ludzie za wszelką cenę chcieli normalnie żyć. Nie wszystkim było to dane.

Kolejna rocznica wkroczenia wojsk sowieckich do Warszawy, Łodzi, Krakowa w styczniu 1945 r. nie wywołała większych emocji w mediach. Co nie znaczy, że debatę na temat „wyzwolenie czy zniewolenie?”, dotyczącą tamtych wydarzeń, mamy już za sobą. Wciąż nie brakuje w Polsce środowisk, które chcą bronić tezy o wyzwolicielskiej Armii Czerwonej. Delegacje SLD znów bowiem, jak co roku, składały wiązanki kwiatów pod pomnikami, których samo istnienie jest dyskusyjne. Weszło wszak w życie prawo, które zakazuje „propagowania komunizmu lub innego systemu totalitarnego” w przestrzeni publicznej. Ale to, jak owo prawo jest wdrażane, wiele mówi zarówno o przeciętnym poziomie wiedzy historycznej, jak i o żywotności sporów dotyczących oceny PRL.

Samorządy miały dużo czasu na zmianę nazw 943 polskich ulic, które wskazał Instytut Pamięci Narodowej. Wciąż bowiem sławiły one np. Armię Czerwoną, Ludowe Wojsko Polskie, Marcelego Nowotkę, PKWN, Karola Świerczewskiego czy Michała Żymierskiego. Niestety, radni bardzo wielu miast do września 2017 r. tego nie zrobili. Tylko w Warszawie wojewoda musiał więc odgórnie zdekomunizować 47 ulic.

Czekamy na ciebie…

Wróćmy do ofensywy sowieckiej sprzed 73 lat. Czy to było wyzwolenie? Czy na sołdatów czekaliśmy? Czy ludzie się cieszyli? Na dwa ostatnie pytania odpowiedź brzmi: tak! Okupacja niemiecka zagrażała bowiem biologicznemu istnieniu narodu polskiego, to było pewne i sprawdzone. Jaka będzie okupacja sowiecka – nikt jeszcze nie wiedział, choć ludzie nie mieli specjalnych złudzeń. Ale nie mieli też wyjścia. „Czekamy ciebie, czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci” – pisał w swoim słynnym wierszu Józef Szczepański „Ziutek”, powstaniec warszawski. Sam „czerwonej zarazy” nie doczekał, zginął od niemieckiej kuli. Gdy umierał (10 września), na drugim brzegu Wisły NKWD już rozprawiało się z polskim ruchem oporu.

W styczniu w Warszawie nie bardzo było kogo wyzwalać. Miasto zostało doszczętnie zniszczone i ograbione, a większość mieszkańców, którzy uniknęli śmierci, wywieziono. Kraków natomiast w pewnym sensie doświadczył w pierwszych miesiącach wytęsknionej wolności. Po blisko sześciu latach znów zaczął działać Uniwersytet Jagielloński, 19 lutego 1945 r. w Teatrze im. J. Słowackiego wystawiono sztukę Stefana Żeromskiego „Uciekła mi przepióreczka”, znów Cracovia grała z Wisłą. Wciąż liczono na gwarancje sprzymierzeńców, których flagi powiewały, gdy Kraków odwiedził wicepremier Stanisław Mikołajczyk. Świętowano 3 Maja, na Msze chodzili komunistyczni dygnitarze. Jeszcze nie czuli się pewnie, woleli podkreślać słowiańskie braterstwo broni niż śpiewać „Międzynarodówkę”. Ale wszystkie nadzieje związane z ograniczoną choćby niepodległością były płonne, a radość ulotna. Kto tylko chciał, mógł bowiem już w pierwszych miesiącach, a nawet dniach po wkroczeniu Sowietów dostrzec początek końca.

„Dawaj czasy!”

Obraz „wyzwalanego” kraju miał swój awers i rewers. Była oczywiście ulga, ale równolegle z nią pojawił się strach. Atmosferę tamtych dni oddaje wydana niedawno książka Stanisława M. Jankowskiego „Dawaj czasy! Czyli wyzwolenie po sowiecku” oparta na świadectwach i dokumentach. Jednym z nich jest meldunek wysłany 1 lutego 1945 r. do Londynu przez komendanta okręgu krakowskiego AK płk. Przemysława Nakoniecznikoffa-Klukowskiego: „Żołdactwo przez pierwsze dni włóczyło się po Krakowie pijane i rozzuchwalone, zrywając w biały dzień przechodniom zegarki i biżuterię oraz domagając się wódki i pieniędzy na wódkę. W dalszym ciągu jest jednak dość niebezpiecznie po zapadnięciu ciemności pokazywać się na odosobnionych ulicach. Było w Krakowie kilka przypadków rozebrania przechodniów w ciemnościach na odludnych ulicach i skonfiskowania płaszcza i garderoby”.

O ile w dawnej Generalnej Guberni tego typu przypadki miały charakter ograniczony, o tyle na ziemiach polskich wcielonych do Rzeszy dochodziło do rabunku, zbrodni i gwałtów na ogromną skalę. Krasnoarmiejcy mieli na nie otwarte przyzwolenie. „Wyzwoliciele” poszli dalej na zachód, ale za nimi od razu pojawili się oprawcy z NKWD. W Krakowie zajęli pomieszczenia w Pałacu pod Baranami i szybko zapełnili więzienie przy ul. Montelupich. Pierwszy transport na Sybir wyruszył w marcu 1945 roku. Pojechał w nim (wraz z gestapowcami, z którymi walczył przez całą wojnę) m.in. Witold Kieżun „Wypad”. Aresztowano go w biały dzień na krakowskim Rynku. NKWD wiedziało dokładnie, kim jest. W swoich wspomnieniach żołnierz AK, później znany ekonomista, opisywał realia panujące na Montelupich, brutalne przesłuchania, pozorowane egzekucje. To samo działo się we wszystkich „wyzwalanych” (od stycznia 1944 r., patrząc na granice II RP) miastach.

Mit „ocalenia”

Polska straciła 17 proc. swojej populacji. Wszyscy marzyli więc o końcu wojny. Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, porównuje los żołnierzy AK po „wyzwoleniu” do sytuacji powstańców w getcie. Nie dano im wyboru. Musieli zejść do konspiracji lub iść do lasu. Próba normalnego życia kończyła się praktycznie zawsze aresztowaniem, torturami, często katyńską egzekucją i nieznanym miejscem pochówku.

Po strasznej niemieckiej okupacji ludzie za wszelką cenę chcieli normalnie żyć. Symboliczna jest tu postać Jana Rodowicza „Anody”. Po wojnie zaczął studia na wymarzonej architekturze. Cieszył się życiem: grał, śpiewał, wygrywał zawody sportowe. Aż do wigilijnego poranka 1948 r., gdy do drzwi Rodowiczów zapukała bezpieka… Lata 40. i 50. to była brutalna pacyfikacja niepodległościowych nadziei polskiego społeczeństwa. Przez kolejne dekady kazano nam żyć w kłamstwie. Także jeśli chodzi o wydarzenia pierwszych miesięcy 1945 roku.

Klasycznym przykładem takiego kłamstwa jest legenda o uratowaniu Krakowa przed zniszczeniem, utrwalana przez lata w powieściach, filmach i serialach. Książka „Manewr, który ocalił Kraków” była zalecana jako lektura w VIII klasie szkoły podstawowej, film „Ocalić miasto” nakręcił w 1976 r. Jan Łomnicki. W rzeczywistości Niemcy wycofali główne siły z miasta jeszcze w grudniu 1944 r., a i tak uszkodzono i zniszczono ponad 400 budynków, bo Kraków był ostrzeliwany przez sowiecką artylerię i bombardowany z samolotów. Jeden pocisk uszkodził nawet katedrę wawelską. Co ciekawe, mit „ocalenia” nadal podtrzymuje propaganda Kremla. W 2007 r. Aleksiej Botian otrzymał tytuł Bohatera Federacji Rosyjskiej za uratowanie Krakowa, a dwa lata później pokazano o nim „paradokumentalny” film. W rzeczywistości Botian był sowieckim dywersantem, funkcjonariuszem NKWD.

PRL-owska tożsamość

Można oczywiście powiedzieć, że inaczej na nowe porządki po 1945 r. patrzyli ludzie zaangażowani w Polskie Państwo Podziemne, a inaczej ci, którzy po prostu starali się wojnę przetrwać. Brutalne represje dotknęły wszak tylko część społeczeństwa. Można było się pocieszać, że przecież nie staliśmy się siedemnastą republiką radziecką, a władzę sprawowali tu polscy komuniści. Że choć sowieckie wojska pozostały nad Wisłą przez kolejne pół wieku, to przecież nie opuszczały garnizonów, a niepodległościowe zrywy tłumiły polskie wojsko i milicja. Że odbudowano kraj, zlikwidowano analfabetyzm, sportowcy odnosili sukcesy, ludzie pracowali, zakładali rodziny… Nie można zatem jednoznacznie przekreślać dorobku tamtych lat. I tak od ćwierć wieku toczy się spór o naturę PRL. Rozstrzygnięcia nie widać i to też jest jeden z zasadniczych powodów, dla których zbrodnie z lat 1945–1989 wciąż nie zostały rozliczone.

Owa niejednoznaczność i płynność ocen sprawia, że wciąż aktywni na scenie publicznej są obrońcy „dziedzictwa” PRL. Dla nich pół wieku totalitarnych porządków to czas niezmarnowany, a jego „bohaterowie” mają mieć w narodowym panteonie miejsce podobne polskim naczelnikom, generałom i wieszczom. Robert Kwiatkowski, ideolog SLD, opublikował niedawno w „Rzeczpospolitej” tekst programowy, w którym czytamy: „Jeśli polska lewica chce zbudować atrakcyjną, przekonującą i uczciwą narrację, to nadarza się ku temu niebywała okazja: 100-lecie odzyskania niepodległości. Nie da się przecież tych stu lat opowiedzieć, pomijając 45 lat PRL. Dlatego odpowiedź na pytanie »co dalej, lewico« zawiera akcentowanie PRL-owskiej tożsamości lewicy, odkłamanie prawicowej narracji o 45 latach pod sowiecką okupacją”.

Odkłamywanie narracji

Zaiste, niebywałe to słowa. Napisane zaledwie w kilka lat po tym, jak odzyskaliśmy pamięć o swoich prawdziwych bohaterach, choć ich doczesnych szczątków wciąż odnaleźć nie jesteśmy w stanie. Apel o „odkłamywanie prawicowej narracji” jest oczywiście próbą zawrócenia kijem Wisły i powrotu do alternatywnej historii. Nikt przecież nie chce kwestionować biografii uczciwie pracujących ludzi, którym przyszło żyć w PRL, ale demokratyczna, wolna Polska winna jest swoim obywatelom prawdę (całą prawdę i tylko prawdę) o minionym stuleciu. O tym, kto w nim był zdrajcą, a kto bohaterem.

W jednym Robert Kwiatkowski ma rację: naszym wspólnym celem powinno być odkłamywanie prawdy o PRL. Stąd tak ważna jest polityka symboliczna państwa i konsekwencja w dekomunizowaniu przestrzeni publicznej. Jesteśmy to winni „Ziutkowi”, który swój wiersz o czerwonej zarazie kończył profetycznie: „Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły/ Nowa się Polska – zwycięska narodzi./ I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić/ czerwony władco rozbestwionej siły”.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 1 2 3 4 5
    6 7 8 9 10 11 12
    13 14 15 16 17 18 19
    20 21 22 23 24 25 26
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    15°C Czwartek
    rano
    22°C Czwartek
    dzień
    23°C Czwartek
    wieczór
    20°C Piątek
    noc
    wiecej »