wiara.pl

info

Czas na katechezę

Czas na katechezę

ks. Włodzimierz Lewandowski

Istnieje nierozdzielny związek i zarazem jasna różnica między nauczaniem religii i katechezą.

„W Polsce nie ma katechezy. Jest przeniesiona ze szkoły do salek lekcja religii z całym jej oświeceniowym dziedzictwem.” Przechowuję tę wypowiedź w swoich mocno już pożółkłych notatkach, a pochodzi ona z drugiej połowy lat osiemdziesiątych – oczywiście ubiegłego stulecia. Zapisałem tę myśl, słuchając wykładów jednego z wybitnych w tamtym czasie specjalistów od katechezy. Tenże sam udowadniał wówczas słuchaczom jak wielkim dla Kościoła dobrodziejstwem było wyrzucenie religii ze szkół i przeniesienie jej do salek parafialnych. Ta sytuacja – twierdził – umiejscowiła katechezę tam, gdzie powinna być, czyli w centrum wspólnoty. Stworzyła ten szansę, by odejść od oświeceniowego modelu i szukać nowej metody katechezy kerygmatycznej.

Przyszedł rok 1990 i lekcja religii wróciła na swoje miejsce. Dziś już nie budzi takich emocji jak wówczas, niejako zadomowiła się w szkole chyba na dobre. Mimo to, a może właśnie dlatego, notatki z wykładów nie straciły swojej aktualności. Przynajmniej jeśli chodzi o istotę problemu. Sporo bowiem włożono wysiłku, by zmienić programy i udoskonalić metodykę. Ale dalej nie ma katechezy. Jest lekcja religii. Dodajmy – inaczej nie będzie.

Powyższe stwierdzenie może budzić poważne wątpliwości. Może też wywołać protest niektórych środowisk. Nauczyciele religii poczują się dotknięci, bo przez lata nazywano ich katechetami. Odpowiednie wydziały w kuriach zaprotestują, argumentując, że ci ludzie mają przecież misję kanoniczną, udzieloną przez miejscowego biskupa. Jeszcze inni powiedzą, że jest to spór o słowa, w rzeczywistości chodzi o to samo, czyli o wychowanie młodych chrześcijan. Zapytajmy co na to Kościół.

Ogłoszone w 1997 roku Dyrektorium Ogólne o Katechizacji wyraźnie rozróżnia katechezę i lekcję religii, opisując jakie między nimi rodzą się zależności i uwarunkowania. Dokument mocno podkreśla, że miejscem katechezy nie jest szkoła, ale wspólnota chrześcijańska. „Pojęcie komunii wyraża głęboko istotę Kościoła powszechnego i Kościołów partykularnych (…) Rodzina, parafia. szkoła katolicka, stowarzyszenia i ruchy chrześcijańskie, kościelne wspólnoty podstawowe… Są one ‘miejscami’ katechezy, to znaczy przestrzeniami wspólnotowymi, w których realizuje się katecheza o inspiracji katechumenalnej i katecheza stała (…) To właśnie dzięki wspólnocie chrześcijańskiej rodzi się głoszenie wiary, która zaprasza mężczyzn i kobiety do nawrócenia i pójścia za Chrystusem. Ta sama wspólnota przyjmuje tych, którzy pragną poznać Pana i zaangażować się w nowe życie” (253-254).

W tym samym dokumencie czytamy: „Relacja między nauczaniem religii w szkole i katechezą jest relacją zróżnicowania i komplementarności. Istnieje nierozdzielny związek i zarazem jasna różnica między nauczaniem religii i katechezą. Tym, co nauczaniu religii w szkole nadaje szczególną cechę, jest fakt, że jest ono wezwane do przeniknięcia na obszar kultury oraz wejścia w relacje z innymi dziedzinami wiedzy (…) Jest więc konieczne, by nauczanie religii w szkole jawiło się jako przedmiot, który wymaga tej samej systematyczności i organizacji jak inne przedmioty. Powinno ono ukazywać orędzie chrześcijańskie z taką samą powagą i głębią, z jaką przedstawiają swoje treści inne przedmioty. Jednak nauczanie religii w szkole nie sytuuje się obok tych przedmiotów jako coś dodatkowego, ale jako element koniecznego dialogu interdyscyplinarnego (73).

Wnioski po lekturze nasuwają się same. Miejscem katechezy jest wspólnota chrześcijańska. To w niej wiara rodzi się i rozwija. Natomiast w szkole człowiek wierzący uczy się jak ze swoją wiarą wchodzić w dialog z kulturą i innymi dziedzinami wiedzy. Jak widać profesor i jego epigoni – w świetle dokumentów Kościoła – mają rację. Religię w szkole mamy. Czas na katechezę.

Podejrzewam, że na Szymonie Hołowni, po jego artykule w Newsweeku, nikt by nie zostawił suchej nitki. Dobrze że wcześniej, w wywiadzie dla Gościa, o tym samym mówił biskup  Andrzej Czaja.

«« | « | 1 | » | »»

Wykop

TAGI | KATECHEZA, LEKCJA RELIGII, PARAFIA, SZKOŁA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Przeczytaj komentarze | 15 | Dodaj swój komentarz »

Śledzenie dyskusji...

Najwyżej oceniane:

Ocena: 8 Głosów: 32 Viator 2010-06-24 23:06
Stanisław Miłosz. I właśnie na tym polega nieszczęście Kościoła. Że w każdej rzeczowej dyskusji, którą próbują prowadzić wierzący i zaangażowani w sprawy wiary część wierzących widzi tylko popieranie sił wrogich Kościołowi. Jak to piszesz, koincydencje i inspiracje. W ten sposób zamyka się usta wszystkim katolikom, którzy poszukują rozwiązań lepszych niż te, do których się przyzwyczailiśmy. Zawsze okazuje się, ze nie czas i nie pora, że teraz musimy okazać jedność, bo nas atakują. To kiedy nadejdzie czas, żeby rozmawiać o katechezie. Jak ostatni młody człowiek zrezygnuje z lekcji religii?

Ja też, podobnie jak ksiądz Lewandowski, pamiętam, że o katechezie przy parafiach mówiło się "błogosławiona wina komunistów". Decyzja o powrocie religii do szkół zapadła w ciągu dwóch wakacyjnych miesięcy. Pomijam takie drobiazgi jak to, ile perturbacji wywołał ten fakt w życiu katechetów. Wielu miało przecież inną pracę i musieli teraz wybierać: ta praca albo katecheza. Niech będzie że to nieważne. Ale wprowadzono religię do szkół zapominając, że to nie ta sama szkoła, z której ją kiedyś wyrzucono. Ta szkoła nie miała autorytetu dawnej. A niebawem nadciągnął postmodernizm, który z nauczyciela - mistrza swoich uczniów, zrobił kupca sprzedającego towar, jakim jest wiedza. Katecheza została wrzucona w to bagno. W panujący w szkole przerost metody nad skutecznością przekazu treści. Do szkoły pełnej papierków i planów, w których uczeń liczy się tylko wtedy, jak jest wybitny albo słaby. Spróbuj zrobić w szkole katechezę, na której weźmiesz dzieci do kościoła i pokażesz im tabernakulum, chrzcielnice czy konfesjonał. A potem słychać narzekania, że młodzi nie potrafią się w kościele zachować. Szkoda słów.

Obawiam się, że jedyne trzy zalety wprowadzenia religii do szkół, to:

1. Problematyczny prestiż, jaki zyskała religia jako równoprawny (?) przedmiot

2. Fakt, ze teoretycznie każdy ma łatwy dostęp do katechezy

3. Fakt, ze proboszczom odpadł problem, jak opłacić katechetów.

Obawiam się, że przy podejmowaniu tej pospiesznej decyzji najważniejszą rolę odegrał ten trzeci powód. A reszta była dorabianiem ideologii. Nie mam prawa tak myśleć? A jak mam myśleć inaczej, skoro parę miesięcy wcześniej profesorowie katechetyki mówili co innego?

Pal sześć historię. Ale na pewno musimy szukać takich metod katechizowania, żeby faktycznie przyciągać młodych (i nie tylko młodych) do wiary. Jak będziemy tylko uważać, by przypadkiem nie powiedzieć tego, co napisali w GW, daleko nie zajdziemy. Dlaczego tak bardzo przejmujemy się opiniami tej gazety? Nie stać nas na naprawdę niezależne opinie? Wolne od strachu, ze poprzemy coś, co napisali w Gazecie? Czy miernikiem dobra Kościoła jest robienie na przekór Wyborczej?

Ocena: 6 Głosów: 12 marianna 2010-06-25 21:42
Niezalogowany użytkownik Dobrze pamiętam wychwalaną przez Viatora katechezę w salkach. Rzeczywiście w diecezji katowickiej była dobrze zorganizowana. I rzeczywiście spotkania młodzieży szkół średnich były miłymi spotkaniami osób znających się od podstawówki. Pytanie tylko - ilu osób w stosunku do wszystkich uczących się. Młodzieży ze szkół średnich było sporo, a grupa - o ile pamiętam - jedna. W podstawówce cała klasa najczęściej szła prosto ze szkoły na religię i niewiele osób się wykruszało. W szkole średniej - i owszem. A przy tym Śląsk i tak prezentował się lepiej niż sąsiednie Zagłębie, gdzie katechezę dzieci kończyły często po pierwszej Komunii świętej.
Nie były więc salki rozwiązaniem idealnym (raczej dziś z perspektywy wspomnień idealizowanym). Opinie profesorów od katechetyki też z pewnością nie były jednobrzmiące. I nie sądzę, żeby na decyzji w tej sprawie zaważyły finanse. Raczej chyba zasadne przekonanie, że skoro katecheza salkowa nie obejmuje wszystkich dzieci, to niebawem, pod wpływem nieuchronnych procesów laicyzacyjnych, będzie uczniów w salkach jeszcze mniej, że katecheza przyparafialna przegra z treningiem, językiem angielskim i wszelkimi zajęciami pozaszkolnymi jakoby niezbędnymi dla rozwoju dziecka.
A poza tym... O profesorach katechetyki jakoś pomyślało mi się dzisiaj rano w kościele. Msza na zakończenie roku, a dzieci była garstka. (Może byłoby ich więcej, gdyby Msze św. szkolne odbywały się systematycznie, a nie wypadały z lada powodu?) Podczas Mszy czytanie, oślepiony król, wygnanie, zburzona Jerozolima. Wielkie oczy dzieciaków. Przypomniało mi się, że burzliwych i trudnych dziejach Izraela uczono nas już w trzeciej klasie, zaraz po Komunii świętej. Pani katechetka raczej nie dialogowała z nami, tylko opowiadała. Słuchaliśmy jak zaczarowani. O ile wiem, teraz Stary Testament jest w klasie piątej. A programów do katechezy chyba lepiej nie czytać - podobnie jak lepiej nie słuchać "homilii dialogowanych" na mszach dla dzieci. Schemat, schemat i jeszcze raz schemat.
Ocena: 5 Głosów: 19 Sharon 2010-06-24 21:47
Niezalogowany użytkownik

Miejscem katechezy jest wspólnota chrześcijańska.

Dlaczego założono tu, iż szkoła nie jest miejscem, gdzie wspólnota chrześcijańska się spotyka? Oczywiście, różnie z tym bywa, ale pamiętam swoje lata szkolne i aktualną współpracę pobliskiej szkoły z parafią - spotkania w obu tych miejscach (szkolna klasa+kościół) uzupełniają się bardzo dobrze (zwłaszcza na etapie gimnazjum i przygotowania do bierzmowania, gdzie znaczna większość uczniów to jednocześnie parafianie), nie tylko pod względem uzyskiwania tam wiedzy na temat religii, ale właśnie rozmów o wierze, o Dobrej Nowinie i miejscem, w którym buduje się relacje wspólnotowe. Jest różnica, między nauczaniem religii, a katechezą, ale nie rozumiem takiego podziału na szkołę i salki (a przynajmniej nie jako generalną zasadę).
Ocena: 0 Głosów: 22 Nick 2010-06-25 09:57
Niezalogowany użytkownik Zgadzam się z diagnozą Viatora. Zdecydowały w roku 1990 względy finansowe. I dlatego chyba nikt nie zdecydował się przez 20 lat na poważne badania tego, czy i jak w szkole można przekazać wiarę, czyli czy to był dobry czy zły pomysł. Bo ta "ideologia" by niczego nie zmieniła.

Przeglądałem ostatnio badania CBOS religijności i jej roli w procesie wychowawczym. W jednym z badań z 2009 roku respondenci określali cechy, które chcieliby widzieć w dzieciach, gdy będą już dorosłe. W odpowiedziach na to pytanie, zostało zadanie nie tylko rodzicom, ale wszystkim ankietowanym, zawarto obraz idealnego, pożądanego społeczeństwa. Okazuje się, że religijność wymieniona jest w tym zestawieniu dopiero na 13 miejscu (na 20 cech). Wskazuje ją zaledwie jedna trzecia badanych (34%), a 14% twierdzi, że nie zależy im, aby ich dziecko w przyszłości było człowiekiem religijnym.

W innym badaniu prowadzonym od 1990 roku respondentom zadaje się pytanie: "Na co, Pana(i) zadaniem, powinni zwrócić szczególną
uwagę rodzice wychowujący dzieci? Czego głównie powinni nauczyć dzieci?". Największy spadek w ciągu 20 lat w tym zestawieniu dotknął właśnie religijność, aż o 33% (z 62% w 1990 do 29% w 2009).

Zdaniem badaczy, to, że rodzice w tak niewielkim stopniu doceniają wartość religijności jako wartości wychowawczej, może stanowić być pośredni dowód na postępującą sekularyzację: "Nawet jeśli wciąż około 90% Polaków uważa się za katolików, fakt, że nie uznają oni za ważne, aby przekazywać wiarę dzieciom, może sprawić, że w ciągu jednego lub dwóch pokoleń społeczeństwo stanie się bardziej zlaicyzowane." (BS/121/2009)

A przecież odpowiedzi na te pytania dawali głównie ludzie, którzy właśnie w szkole uczyli się religii. I to oni teraz zajmują się wychowywaniem dzieci. Te wyniki pokazują jaka jest skuteczność przekazywania wiary w szkole.

wszystkie komentarze >

Pobieranie...

Znajdź informacje z dnia

N P W Ś C P S
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9