wiara.pl

info

Ten brak przeboleję

Ten brak przeboleję

Andrzej Macura

Razem czy osobno? Polityków i związkowych działaczy Sierpień roku 1980 zda się dziś bardziej dzielić niż łączyć. A szkoda.

Sierpień ’80 był uwerturą do najpiękniejszego w dziejach Polski Czerwca roku 1989. Że ktoś coś potem zrobił nie tak? Że coś zdradził czy sprzedał? Że można było wywalczyć więcej? Dla mnie ważny jest bilans. A on jest jednoznaczny: wygraliśmy – zapewne z Boża pomocą – główną nagrodę na loterii dziejów świata. Bez rozlewu krwi przeszliśmy od dyktatury (proletariatu) do demokracji.

W ostatnich dniach sierpnia 1980 roku wędrowałem samotnie przez osiem dni po beskidzkich szlakach. Miałem niespełna 17 lat i żadnego wpływu na bieg wydarzeń. Dzięki temu mogę dziś z większym dystansem niż zaangażowani w tamte historie ocenić, co się od tamtej pory zmieniło i jak wiele zyskaliśmy. 

Pierwszego dnia owej wędrówki maszerowałem między Czantorią a Stożkiem. Kontrole dokumentów, jakim byli poddawani turyści przez czujnych WOPistów nie były wtedy niczym nadzwyczajnym. Jeszcze wiele lat później przekroczenie państwowej granicy na turystycznym szlaku było poważnym przestępstwem. Ba, nawet przebywanie w strefie przygranicznej poza sezonem turystycznym bez specjalnego pozwolenia, było narażaniem się na uciążliwe dyskusje z „obrońcami naszych polskich granic”. Dziś spora część tej granicy to tylko umowna linia, rozgraniczająca zakres władzy tej czy innej administracji. Można - wzorem reszty Bożego stworzenia - chodzić gdzie oczy poniosą. Cudowna normalność.

Drugiego dnia było błoto. Takie, na którym łatwo się poślizgnąć. I wtedy i dziś takie samo. Za to trzeciego noc w znanej wypoczynkowej miejscowości. Jeśli funkcjonowało tam wtedy jakieś schronisko, to chyba tylko tajnie. Musiał wystarczyć nocleg na mało wygodnym łóżku w zagraconym pokoiku litościwych gospodarzy. Dziś każdy przyjeżdżający do tego kurortu dostaje oczopląsu od tablic „Wolne pokoje”. W porządnych, murowanych budynkach, z wszystkimi możliwymi wygodami. W wolnej Polsce materiały budowlane i meble przestały być dobrem luksusowym. Co za ulga.

Czwartą noc spędziłem w schronisku na Markowych Szczawinach. Wędrowcy powtarzali sobie wieść, że jeden z partyjnych notabli, wskutek politycznych zawirowań,  właśnie popełnił samobójstwo. Zmusili go? A może to tylko plotki? Dziś o samobójstwach wśród polityków nie słychać. Może dlatego, że nie ma już „nomenklatury” i jej zemsty.  Strata stołka, a nawet możliwe uwięzienie, dla nikogo nie jest końcem świata. Choć chciałoby się być w tym miejscu nieco złośliwym, trzeba uczciwie powiedzieć: to bardzo dobrze.

Piątego dnia owej sierpniowej wędrówki na Babiej Górze spadł śnieg. Pogoda potrafiła płatać figle, choć o wpływie człowieka na klimat nie było wtedy mowy. A szóstego uczestniczyłem w ciekawej rozmowie na Starych Wierchach. Dwie pary – z Bielska i Poznania – nie zauważywszy u mnie śląskiego akcentu, utyskiwały na górnicze przywileje, pozwalające „elicie klasy robotniczej” jeść więcej mięsa, niż innym mieszczuchom. „Ale za to na targach mają mniejszy wybór warzyw” – podsumowało któreś z nich. Można się było tak pocieszyć. Kto stojąc dziś z pełnym koszykiem w kolejce do kasy supermarketu i narzekając na chudy portfel pamięta, że w tamtych czasach pieniądz miał niewielką wartość, jeśli nie szły za nim koneksje w tym czy innym sklepie?

Siódmą noc mojej samotnej wędrówki spędziłem w studenckiej bazie na Lubaniu. Dziś ze szczytu nie ma już czarującego widoku na Gorce, za to odsłoniła się szeroka panorama na Tatry i zalew w Czorsztynie. Wtedy dopiero budowany. Wymyślony w dobie komunizmu, a dokończony w wolnej Polsce wbrew sprzeciwom ochroniarzy przyrody, uratował dolinę Dunajca przed powodzią w 1997 roku. Były już wtedy wybudowane z socjalistycznym wdziękiem „szeregowe” Nowe Maniowy.  Ale nie było, spalonego bodaj dwa lata wcześniej, schroniska. I nie ma go do dziś, mimo prowadzonej swego czasu wielkiej akcji zbierania pieniędzy na jego odbudowę. Widać turyści nie byli zbyt hojni.

Ósmego dnia wracałem do domu. Przez Nowy Targ, Suchą i Żywiec. Autobusami i pociągami odstając swoje przy kolejnych przesiadkach i daremnie szukając siedzącego miejsca. Pociągów teraz  mniej, więc dziś pewnie bym wsiadł do jakiegoś jadącego do Krakowa busa. Czy byłoby szybciej? Uczciwie mówiąc, nie wiem.

Bilans wydaje się prosty: dzięki zrywowi sprzed 30 lat i temu, co zdarzyło się 9 lat później, prócz komunikacji oraz pogody i widoków w górach wszystko się zmieniło na lepsze. Mamy otwarte granice, demokrację i sklepy pełne różnorodnych towarów. Dlatego naprawdę bardzo dziękuję tym, którzy w tych przemianach pomogli.  Ciągły brak schroniska na Lubaniu jakoś przeboleję ;-)

«« | « | 1 | » | »»

Wykop

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Przeczytaj komentarze | 5 | Dodaj swój komentarz »

Śledzenie dyskusji...

Najwyżej oceniane:

Ocena: 12 Głosów: 12 anik 2010-08-31 11:29
Niezalogowany użytkownik Urodziłam się w 1986 r. Sierpień'80 to dla mnie historia, taka sama jak Bitwa pod Grunwaldem.
Wczoraj,z okazji rocznicowego święta wytwornie kłócili się o nią przed kamerami bohaterowie tamtych czasów. Więc nie wiem już jak to tam naprawdę było i kto wtedy stał we właściwym miejscu i bardziej się nawalczył.

W sumie to nieważne, bo historia widać nie zawsze jest prawdziwa i jednoznaczna ; w szkole uczą, że to L.Wałęsa "przeskoczył płot", że jacyś tam siedzieli w więzieniach a tymczasem teraz jego i jego kolegów wygwizdują.
Krzyżacy byli niedobrzy bo napadali i mordowali, bo porwali Danusię, wypalili oczy Jurandowi..... Dobrze, że udało nam się ich pokonać .Nawet Rusini nam wtedy pomagali :). A teraz co ? w Lipcu 2010 r. historycy tłumaczyli, że Krzyżacy nie byli od nas gorsi, że krzewili wiarę chrześcijańską, budowali drogi i miasta, że bronili Mazowsze przed dzikimi poganami .....

Tutaj też, 3 głosy i każdy właściwie inaczej ocenia wydarzenia sprzed 30 lat..

Historia, ciekawa jest :). I tyle.
W gimnazjum miałam ocenę 6.

Poza tym , jeśli chodzi o normalne i prawdziwe życie to dla mnie jest cały czas tak samo.
Góry stoją, jakieś widoki i błoto zawsze są zapewnione, w sklepach też wszystko jest, a pieniędzy też mam stale normalnie za mało.
Ogólnie mnie jest dobrze tutaj.Tak na 4.
Jeżeli to jest zasługa tamtych rewolucjonistów to im dziękuję :)


Ocena: 2 Głosów: 2 AM 2010-09-05 20:30
Niezalogowany użytkownik Trochę Pana, Panie Andrzeju, nie rozumiem. Tak jak napisał Stanisław Miłosz, może i jestem zbytnim optymistą, ale Pan z pesymizmem przesadza. Nie?

Brak dekomunizacji? Może i tak. Ale wcale nie musimy komunistów wybierać w wyborach, w których wyboru nie ma. To nie zysk? Brak reprywatyzacji? Część zagrabionego wtedy majątku oddano. Np. sporo kamienic. Ale cóż to jest wobec tego, że każdy dziś może bez przeszkód prowadzić swój, prywatny interes?

Pisze Pan o rozgrabieniu majątku narodowego. Owszem. Ale co Pan z tego majątku wtedy miał? Bo ja kompletnie nic. Wszystko mieli ludzie z nomenklatury. Całkowity monopol lewicowych mediów? No a Wiara.pl, to też lewicowe medium? A Gość Niedzielny? O Radiu Maryja, Telewizji Trwam i Naszym Dzienniku nie wspomnę.

Dalej: bezrobocie? Za komuny był przymus pracy i tworzenie fikcyjnych etatów. To było lepsze? Dalej: emigracja zarobkowa. A czy Pan wie ilu Polaków za komuny wyjechało za granice na stałe?

Zgodzę się że mamy kryzys rodzin i zapaść demograficzną. Tylko co z tego, ze teraz mamy awanturnictwo Polityczne? Wtedy była linia jedynie słusznej partii. Demontaż państwa? Wtedy byliśmy praktycznie republiką radziecką. Nie widzi Pan tego?

Jak pan chce może Pan nad Polską płakać. Obawiam się tylko, ze Pana żale są stanowczo na wyrost.
Ocena: 0 Głosów: 6 B. 2010-09-01 00:43
Niezalogowany użytkownik .. płakać, oj płakać ... U nas wtedy była premiera filmu "Wejście smoka". Bilety ktoś "załatwił" z "pracy", powędrowaliśmy cała rodzinką 6, a może 8 osób.
Zdążyliśmy przejść przez główną ulicę tuż przed demonstracją, szli ludzie z Mszy św., z Katedry. Podczas seansu głośno w kinie i głośno z zewnątrz - jakieś dziwne, nieznane huki, odgłosy wystrzałów.
Po filmie pani uprzejmie poinformowała nas, jaką trasą możemy się poruszać i okazało się,że nie wrócimy na noc do domu - przygarnął nas ktoś z rodziny. Na ulicach ciemno, pełno dymu i ludzi z tarczami, w hełmach, nagle pełne oczy łez i pełno w nosie - szczypanie,gryzienie - bardzo nieprzyjemnie.Ogromne zaskoczenie i strach. Próbowaliśmy żartować, że zachciało nam się "wejścia smoka", no to je mamy.
Ocena: -1 Głosów: 11 Stanisław Miłosz 2010-08-31 00:24
Niezalogowany użytkownik

Tak ładnie Pan opowiada, panie Redaktorze, o swoich wędrówkach, że nie mam serca pozbawiać Pana - nie wiem jak to najlepiej nazwać - złudzeń, optymizmu? Naprawdę, bilans wcale nie jest jednoznaczny ani prosty. Dlatego nie będę udowadniał, że nie mamy demokracji, a ochlo-pluto-oligarchię - z demokratycznym sztafażem. O "uwerturze" też sobie daruję. Pewne jest tylko jedno - jest inaczej. Również inaczej niż sobie wtedy to dzisiejsze Dziś wyobrażano. Jeśli wyobrażano.

O tym może jednak przy innych, mniej świątecznych okazjach, z pewnością ich nie zabraknie. :)

 

Ja w tamtych "ciemnych" czasach też miałem podobne doświadczenia samotnych (ale nie zawsze, nie zawsze) wędrówek. Zazwyczaj decyzja zapadała z dnia na dzień - urlop, plecak, bilet - i w Bieszczady, w Beskidy. Na kilka dni, na tydzień, A gdy brakło urlopu, to choćby na dzień, gdzieś bliżej, gdzie cicho, pusto i Natura.

Dla mnie to był rodzaj powrotu do rzeczywistości, ze schizofrenicznej paranoi. Dziś nazwalibyśmy ją matrixem.

Oczywiście nie wszyscy wtedy tak tę rzeczywistość odbierali, choć wiele przeczuwali. Ja nie miałem wyboru - byłem jednym ze szczęśliwców, którzy z racji pracy ciut więcej (bo przecież nie wszystko), a raczej dokładniej, wiedzieli Jak Jest Naprawdę.

Jednak gdy włączałem telewizor, radio, rozkładałem gazetę, otwierałem statystyczny rocznik dowiadywałem się że jest wspaniale, że wszystko rośnie.

Naprawdę, można było się pogubić. Dokładnie jak dziś.

 

Dla mnie te wędrówki to był rodzaj psychoterapii. Proszę wierzyć, to wielkie obciążenie - wiedzieć, mieć pewność, że katastrofa tuż, a nie móc się podzielić.

Szczęśliwie, wprawdzie inni tej pewności nie mieli, ale czuli, że coś nie gra. Bo jak tu nie czuć, gdy dajmy na to, sklepowe półki coraz pustsze, a w Dzienniku pokazują pełne, gdy kolejny zjazd, gdy kolejne plena - Partii - orzekają, że "dobrze jest", że "patrzmy w przyszłość", że "razem". I dlatego były, musiały być, lipiec i sierpień '80.

Zatem świętujmy - wg potrzeb. I możliwości.

 

Aha, rok '80 był dla mnie wyjątkiem, nie było gór. Klimat nie sprzyjał - zrobiło się za gorąco.

:)

wszystkie komentarze >