My, Trzeci Świat

Po irlandzkim referendum wzrośnie presja na Polskę, by dołączyła do krajów z liberalnym prawem aborcyjnym.

Zaledwie dzień po „czarnym piątku” w Irlandii, kiedy to większość głosujących opowiedziała się za zniesieniem chroniącej życie 8. poprawki do konstytucji, w jednym z polskich tygodników ukazała się analiza, mająca pokazać, że Polska jest coraz bardziej samotna ze swoim „restrykcyjnym” prawem aborcyjnym. Lista państw z podobnymi lub jeszcze bardziej chroniącymi życie nienarodzone przepisami miała mówić sama za siebie: w towarzystwie takich krajów jak Boliwia, Peru, Namibia czy Niger pozostajemy w ogonie cywilizacyjnego postępu. Więcej, autorzy, odnosząc się do przedkładanych co jakiś czas projektów ustaw, które mają zakazać aborcji eugenicznej, ostrzegają: „Jeśli polskie prawo zostanie zaostrzone, utrwalimy swoją pozycję w szeregu z większością krajów Trzeciego Świata”.

Kampania przed nami

Jeśli trzymać się tego języka, należałoby uznać, że Trzeci Świat staje się dziś coraz bardziej symbolem… obrony najbardziej bezbronnych, w tym chorych, upośledzonych. A skoro tak, to należy raczej być dumnym ze znalezienia się w takim towarzystwie. Problem jednak w tym, że autorzy tej „mrożącej krew w żyłach” analizy pomijają dwie rzeczy. Po pierwsze, nie zanosi się – niestety – na to, by obecnie rządząca ekipa chciała rzeczywiście dogonić ów „Trzeci Świat”, bo projekty ustaw zakazujące zabijania dziecka ze względu na chorobę są skutecznie przez tę ekipę sabotowane mimo setek tysięcy podpisów obywateli. Po drugie zaś, nie jest do końca tak, że Polska – poza Maltą, która ma jeszcze bardziej „restrykcyjne” prawo w tym zakresie (zakaz jest całkowity, a jego złamanie jest karane więzieniem) – znajduje się wyłącznie w towarzystwie krajów tzw. Trzeciego Świata. O wiele bardziej rygorystyczne niż w Polsce prawodawstwo istnieje m.in. w Liechtensteinie, San Marino, Andorze czy nawet Luksemburgu, należącym do ścisłego jądra integracyjnego i posiadającym najwyższe PKB w Unii Europejskiej. Nie zmienia to faktu, że Polska znajdzie się pod silną presją ze względu na częste porównania do Irlandii – kraju, w którym jeszcze 20–30 lat temu rola Kościoła katolickiego była niekwestionowana, a wpływ na ustawodawstwo oczywisty. Ponieważ udało się złamać katolicką Irlandię, na „dobrej drodze” jest również Malta, gdzie w zeszłym roku parlament zezwolił na „małżeństwa” homoseksualne, pora zająć się również Polską. Wskazanie na wyniki referendum w Irlandii jako powód wywierania presji na Polskę byłoby nietrafione, gdyby chodziło tam tylko o zniesienie poprawki i „dogonienie” Polski z prawodawstwem zezwalającym na aborcję w trzech przypadkach. Tymczasem niemal cała irlandzka elita polityczna głośno mówiła, że celem zniesienia poprawki jest niemal natychmiastowe (do końca roku) wprowadzenie aborcji na życzenie do 12. tygodnia ciąży. W takiej perspektywie Polska rzeczywiście pozostaje w ogonie „cywilizacyjnego postępu”. Dlatego trzeba być przygotowanym na długą i sprawnie prowadzoną przez szereg organizacji kampanię „promocyjną” tzw. wolnego wyboru.

Liczby z kosmosu

Niemal w każdym z krajów, w których liberalizowano prawo dopuszczające aborcję, proces „uświadamiania” przebiegał w podobny sposób. Wśród sprawdzonych metod jest m.in. powoływanie się na wzięte z kosmosu liczby, które mają wykazać, że tam, gdzie aborcja jest nielegalna, a więc dokonywana w „niebezpiecznych warunkach”, śmiertelność matek jest zdecydowanie wyższa niż w krajach, gdzie aborcja jest legalna. Nie trzeba jednak szukać w danych gromadzonych przez różne organizacje pro life, żeby wykazać, że jest to zwykła manipulacja. To dane Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), której nie można podejrzewać, niestety, o sprzyjanie ruchom obrony życia, pokazują, że nie da się udowodnić tezy, iż legalizacja aborcji wpływa na obniżenie poziomu śmiertelności kobiet. Przeciwnie, gdyby przyjrzeć się poszczególnym tabelkom z publikowanych co roku raportów, można by zauważyć, że właśnie w warunkach legalizacji aborcji… zwiększa się wskaźnik śmiertelności matek. Tak było m.in. w Republice Południowej Afryki, gdzie jeszcze w 1995 r. (a więc na rok przed legalizacją aborcji) na 100 tys. żywych urodzeń dzieci umierało 260 matek, podczas gdy już w 2005 r., a więc 9 lat od zmiany prawodawstwa – było to już 360 zgonów. Podobne prawidłowości WHO zaobserwowała w innych krajach, w których wprowadzano legalną aborcję. Niekoniecznie ma to związek z samymi „zabiegami”, ale z całą pewnością przeczy to tezie, że przy aborcyjnym podziemiu śmiertelność kobiet jest wyższa niż przy „legalu”.

Tymi danymi jednak nie przejmują się organizacje proaborcyjne. Podobnie jak nie liczą się dla nich fakty, gdy chodzi o faktyczną liczbę wykonywanych aborcji. Kiedy w latach 60. XX w. Wielka Brytania przechodziła kilkuletnią kampanię, mającą na celu liberalizację prawa aborcyjnego, tzw. organizacje pro choice (za wyborem) „udowadniały”, że rocznie Brytyjki dokonują aż ćwierć miliona aborcji. Również te rewelacje zostały podważone przez środowiska, których też nie można podejrzewać o sprzyjanie obozowi pro life. Na przykład Królewskie Towarzystwo Ginekologiczne i Położnicze w 1966 r. wydało specjalne oświadczenie, w którym dementowało wszystkie proaborcyjne statystyki. I już po legalizacji aborcji okazało się, że jest to trochę ponad 54 tys. aborcji (rok 1969) lub ponad 180 tys. w latach z największą liczbą „zabiegów” przerywania ciąży. To oczywiście ciągle ogromne liczby, ale nigdy nie osiągnęły one poziomu, na które wskazywały organizacje proaborcyjne. Podobną prawidłowość zaobserwowano w Niemczech, gdzie przed legalizacją aborcji (1976) promotorzy liberalnego prawa mówili nawet o kilku milionach (!) nielegalnie dokonywanych aborcji rocznie, gdy tymczasem po legalizacji okazało się, że rocznie decyduje się na to od 70 do 100 tys. kobiet.

Fałszowaliśmy dane

Wystarczy zresztą poczytać, co o sposobach promowania aborcji mówili główni stratedzy i wykonawcy. Doktor Bernard Nathanson, który przez długie lata był ikoną ruchu pro choice, a później, po swoim nawróceniu, stał się zagorzałym obrońcą życia, tak opisywał działalność założonej przez siebie organizacji, która miała na celu legalizację aborcji na terenie całych Stanów Zjednoczonych: „Sfałszowaliśmy dane na temat nielegalnych zabiegów przerywania ciąży wykonywanych każdego roku w USA. Mass mediom i opinii publicznej przekazywaliśmy informację, że rocznie przeprowadza się w Stanach około miliona aborcji, chociaż wiedzieliśmy, że naprawdę jest ich około 100 tysięcy. Podczas nielegalnych zabiegów umierało rocznie 200−250 kobiet, ale stale powtarzaliśmy, że śmiertelność jest znacznie wyższa i wynosi 10 tys. rocznie. Liczby te zaczęły kształtować świadomość społeczną w USA i były najlepszym środkiem, aby przekonać społeczeństwo, że trzeba zmienić prawo antyaborcyjne. Sfałszowane przez nas dane na temat przerywania ciąży wpłynęły na legalizację aborcji przez Sąd Najwyższy”.

Podobnymi statystykami karmiono przez lata Irlandczyków. Na ten kraj zresztą od dawna wywierany był nacisk, by „restrykcyjne” prawo antyaborcyjne (w rzeczywistości równe prawo do życia dla matki dziecka wcale nie wykluczało ratowania życia matki, nawet gdy mogło to wiązać się ze śmiercią dziecka, co podkreślił Sąd Najwyższy i o czym mówił również irlandzki episkopat) zostało zliberalizowane.

Gorliwość Trybunału

Zmianom tym kibicowały instytucje międzynarodowe, w tym Rada Europy, która chciała właściwie narzucić prawo aborcyjne wbrew wynikom wcześniejszych referendów (1983, 1992, 2002). Europejski Trybunał Praw Człowieka w 2010 r. potępił nawet Irlandię za antyaborcyjne prawodawstwo, wykraczając tym samym poza swoje kompetencje, ponieważ Europejska Konwencja Praw Człowieka nic nie mówi o „prawie do aborcji”.

Autor jednej z analiz tego problemu, opublikowanej przez Stowarzyszenie na rzecz Kultury Prawnej „Ordo Iuris”, zadając retoryczne pytanie, skąd ta nadgorliwość Trybunału, który kładzie tak duży nacisk na aborcję – większy niż na sprawy, w których posiada kompetencje – trafnie zauważył, że „aborcja głęboko definiuje kulturę kraju – jej legalizacja ma walor rytuału postnowoczesnej inicjacji, gdyż pozwala ona na dominację indywidualnej woli silniejszego nad życiem słabszego, subiektywizmu nad obiektywizmem”.

Presja najpierw na Irlandię, teraz – można się tego spodziewać – na Polskę w tej kwestii również będzie walką o zdefiniowanie lub raczej przedefiniowanie naszej kultury. Podobnie jak jest walką o kulturę – tu w sensie pozytywnym – próba likwidacji przesłanki eugenicznej do przeprowadzenia aborcji. Na tym polu jak dotąd – z powodu uników stosowanych przez PiS, które jest bardzo pro life… gdy zasiada w ławach opozycji – walka o kulturę nie przedstawia się imponująco. I niewykluczone, że w przypadku referendum, które miałoby poszerzyć „prawo do aborcji”, wynik byłby jeszcze mniej optymistyczny. A z całą pewnością jest cały sztab instytucji i organizacji międzynarodowych, które zechcą i w Polsce przygotować odpowiedni do tego grunt. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    11 12 13 14 15 16 17
    18 19 20 21 22 23 24
    25 26 27 28 29 30 1
    2 3 4 5 6 7 8
    4°C Piątek
    rano
    5°C Piątek
    dzień
    5°C Piątek
    wieczór
    3°C Sobota
    noc
    wiecej »