Turcja skręca na Wschód

Kiedy państwo posiadające drugą co do wielkości armię NATO odwraca się od Zachodu, trzeba na nowo policzyć szable.

Tytuł i wstęp są do pewnego stopnia ironiczne. Turcja nie musi skręcać na żaden Wschód, bo Turcja do Wschodu należy od zawsze – i geograficznie, i kulturowo, i politycznie. Ba, Turcja jest przekonana, że na tym Wschodzie jest regionalnym mocarstwem.

„Nasi Turcy”

Jednocześnie przez całe dekady Zachód był przekonany, że Turcy to jedni z nas – dowodem na to miała być najpierw świecka republika kemalistów, którą od Berlina przez Paryż i Londyn po Waszyngton uznawano za przykład pogodzenia islamu z wartościami demokratycznymi. Nikt nie chciał zauważyć, że ani wartości islamu, ani wartości demokratyczne nie były w tej republice specjalnie poważane. Przeciwnie – pierwsze były systemowo zwalczane w przestrzeni publicznej, drugie były… „twórczo interpretowane” przez wojsko.

Od 2002 roku, odkąd władzę przejęła Partia Sprawiedliwości i Rozwoju, Turcja konsekwentnie przechodzi transformację ustrojową w kierunku kolejnej dyktatury, tyle że dla odmiany tym razem z silnymi wpływami islamu. I dawną, i współczesną Turcję od wartości zachodnich oddziela m.in. stosunek do własnej przeszłości. Zarówno w czasach kemalistowskiej republiki, jak i za rządów ekipy Recepa Tayyipa Erdoğana za zbrodnię przeciwko państwu uznaje się samo wspomnienie o ludobójstwie dokonanym na Ormianach i Asyryjczykach ponad 100 lat temu. Nie zmieniła się również polityka władz w Ankarze wobec Kurdów.

Przy tym wszystkim trudno jednak zaprzeczyć, że przez całe dekady – aż po dziś dzień – Turcja pozostawała lojalnym sojusznikiem świata zachodniego – nie tylko poprzez formalne członkostwo w NATO, ale również realne wsparcie w konkretnych działaniach militarnych, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie. Bez Turcji zresztą trudno wyobrazić sobie, jak mogłoby funkcjonować NATO jako całość. Dlatego też ostatnie ruchy Ankary, coraz bardziej konfrontacyjne zwłaszcza w stosunku do USA, mogą budzić niepokój w sztabach generalnych państw członkowskich.

Groźby sojuszników

Na początku sierpnia tego roku administracja Donalda Trumpa objęła sankcjami dwóch członków gabinetu Erdoğana – ministra sprawiedliwości Abdulhamita Güla oraz ministra spraw wewnętrznych Süleymana Soylu. Obaj otrzymali zakaz wjazdu na terytorium USA oraz prowadzenia transakcji finansowych z obywatelami amerykańskimi, zamrożono także posiadane przez nich w Stanach fundusze. To jedna z najbardziej dotkliwych sankcji wobec członków władz innego państwa, stosowana zazwyczaj w wyjątkowych sytuacjach. Powodem tego napięcia i sankcji jest odmowa Turcji w sprawie uwolnienia amerykańskiego pastora Andrew Brunona. Przetrzymywany od dwóch lat, jest oskarżony przez tureckie władze o wspieranie nieudanego puczu przeciwko Erdoğanowi w lipcu 2016 roku.

Żeby zrozumieć temperaturę tego sporu między Turcją a USA, trzeba przypomnieć o kluczowym dla życia politycznego w Ankarze konflikcie między prezydentem Erdoğanem a jego największym rywalem – ­Fethullahem Gülenem. Najbardziej wpływowy na Zachodzie Turek ma jednocześnie ogromne wpływy w samej Turcji. Mieszka w USA na tzw. dobrowolnym wygnaniu, ale struktury i ludzie, którzy są jego zwolennikami, działają w jego ojczyźnie. To Gülena właśnie oskarżył Erdoğan o zorganizowanie puczu. Gülen z kolei oskarżył Erdoğana, że sam ten przewrót wyreżyserował. I jedna, i druga wersja jest tak samo prawdopodobna. Erdoğan nieudany (lub ustawiony) zamach potraktował jako pretekst do zamknięcia swoich wewnętrznych przeciwników. Po wyemigrowaniu do USA Gülen założył międzynarodowy ruch Hizmet, którego zwolennicy rozsiani są po całym świecie, naturalnie przede wszystkim w Turcji. Ruch ten opiera się w głównej mierze na rozbudowanym systemie szkolnictwa. Szkoły Gülena działają dziś w prawie 160 krajach. W sumie to 2 tys. placówek, w tym oczywiście większość – do niedawna – w Turcji. Prezydent Erdoğan, w ramach antygülenistowskich czystek nakazał ich zamknięcie. W sumie specjalnym dekretem zlikwidowano ponad tysiąc szkół prywatnych i wywłaszczono 15 uniwersytetów.

O tym, jak wielkie znaczenie dla kierunku, w jakim zmierza Turcja, ma ten konflikt dwóch liderów, świadczy fakt, że już dwa lata temu Erdoğan postawił ultimatum Stanom Zjednoczonym: Waszyngton musi dokonać wyboru między utrzymaniem stosunków z Gülenem a utrzymaniem stosunków z Turcją. Teraz, w czasie sporu o przetrzymywanego pastora Brunona, Erdoğan zagroził, że Turcja ma alternatywę dla sojuszu z USA i podejmie „adekwatne działania odwetowe” na wprowadzone sankcje. Na razie formą odwetu było tylko nałożenie analogicznych sankcji na prokuratora generalnego USA oraz na sekretarza do spraw wewnętrznych. Ale to nie wszystko, co Turcja może zrobić, jeśli zechce spełnić swoje groźby.

Interesy nie kłamią

Nie od dziś gołym okiem widać, że zbliżenie, jakie dokonuje się od dwóch lat między Turcją a Rosją oraz Iranem, nie jest tylko taktycznym graniem na dwa fronty. Ewidentnie Ankara i Moskwa – w tercecie z Teheranem – budują sojusz obliczony na dalekosiężne plany. Doraźnie w dotychczasowych działaniach chodziło o wspólne akcje m.in. w Syrii, ale jest jasne, że to tylko platforma współpracy będąca punktem wyjścia do bardziej zaawansowanych działań. Już sam fakt sprzymierzenia się nie tylko z Rosją, ale i z Iranem, uznawanym za głównego wroga USA, jest wystarczającym sygnałem, że alternatywa jest możliwa. Na ironię zakrawa fakt, że Turcja – choć jest członkiem NATO – od dłuższego czasu kupuje broń z Rosji. Ponadto w ciągu zaledwie paru miesięcy Turcja, Iran i Rosja zorganizowały już dwa szczyty na najwyższym szczeblu państwowym.

Przekaz dla Zachodu jest wyraźny: tworzymy alternatywny sojusz złożony z państw, z którymi NATO konkuruje lub walczy. To nie tylko próba zaszachowania USA, ale również realne przesuwanie się wektora zainteresowań Ankary i coraz wyraźniejszych ambicji imperialnych – a ich realizacja jest możliwa bardziej w sojuszu z Rosją niż w sojuszu z Zachodem. Na razie współpraca Turcji z Rosją przekłada się na intratne dla tej drugiej kontrakty: m.in. na dostawę rakiet S-400 (chodzi o cały system przeciwlotniczy i przeciwrakietowy), oraz na budowę przez rosyjski Rosatom elektrowni atomowej w Turcji, nie mówiąc już o praktycznie ukończonej pierwszej nitce gazociągu Turecki Potok, wykonywanej przez Gazprom.

Dla Polski cała ta sytuacja tworzy następny dylemat geopolityczny: Turcja bowiem to kolejny kraj, dotąd uznawany przez polskie władze za ważnego partnera w polityce bezpieczeństwa, który układa się z Rosją. Owszem, formalnie nic się nie zmienia: Turcja pozostaje członkiem NATO. Tyle tylko, że w praktyce działania Turcji każą przynajmniej wątpić w aktualność jej realnych zobowiązań na wypadek konfliktu NATO z Rosją. A to oznacza konieczność opracowania zupełnie nowych planów strategicznych. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    30 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    17°C Środa
    noc
    14°C Środa
    rano
    21°C Środa
    dzień
    22°C Środa
    wieczór
    wiecej »