publikacja 31.07.2025 14:49
Oczywistości często nie są tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać.
Inspiracja? Krótka rozmowa na korytarzu, podczas której ktoś mówi, że nie lubi, gdy po mszalnym „idźcie w pokoju Chrystusa” rozpoczyna się seria „modlitw dodatkowych”. Jakby Eucharystia to było za mało. Jakby warto było ją zawsze dopełnić jeszcze jakąś dodatkową modlitwą albo zabezpieczyć się wstawiennictwem tych czy innych świętych. Bo wiadomo, Chrystus jedynym, a przynajmniej najważniejszym naszym orędownikiem, ale...
Przyznaję, nigdy się jakoś specjalnie nad tym nie zastanawiałem. Gdy się teraz nad tym zastanawiam myślę, że taka postawa wcale nie musi wynikać z jakiegoś niedocenienia Eucharystii. Choć może na to wyglądać. Ale, przyznaję, w innych sytuacjach towarzyszą mi nieraz podobne odczucia. Ot, gdy słucham intencji Mszy w stylu „za wstawiennictwem Matki Bożej Nieustającej Pomocy i świętego Józefa o...”. Albo i „do” Matki Bożej... Nie no, przecież każda Msza jest „do” Boga Ojca. Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie. Jak nie odnieść wrażenia, że przyjmujący tak sformułowane intencje tego nie rozumie?
Mieszane mam także odczucia, gdy kapłan, podczas przeistoczenia, robi długie „podniesienie”. Mieszane, najpierw dlatego, że pewien spec od liturgii swego czasu uświadomił mi, że zwyczaj ten wszedł do liturgii rzymskiej z liturgii gallikańskiej i początkowo był zakazany. Dopiero któryś papież.. i tak dalej. Dlaczego zakazany? – moja pierwsza reakcja. Ano...
Przypomnijmy, że zgodnie z nauką Kościoła Eucharystia ma niejako dwa „nurty” – wstępujący i zstępujący. W jednej z modlitw eucharystycznych jest to zresztą podkreślone stwierdzeniem, że chodzi o „wymianę darów” – my Bogu, Bóg nam. My z dołu w górę, do Boga, Bóg z góry w dół, nam. A pośrednikiem tej wymiany jest Chrystus. Cała logika liturgii eucharystycznej wyraźnie do pokazuje: On ofiarowuje się za nas (w sposób bezkrwawy) czcząc w ten sposób Ojca. My w tym Jego uwielbieniu Ojca mamy swój udział ofiarując coś z siebie (czy po prostu samych siebie – „niech On nas uczyni wiecznym darem dla Ciebie – w innej modlitwie eucharystycznej). Kulminacją tego aktu wielbienia Boga jest Wielka Doksologia: „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie, Tobie, Boże Ojcze Wszechmogący, w jedności Ducha Świętego wszelka cześć i chwała przez wszystkie wieki wieków” – woła kapłan, a my to uwielbienie potwierdzamy naszym (w tym wypadku wyjątkowo mocnym) „Amen”. Zgadza się? Potem modlitwą Ojcze nas zaczynają się obrzędy Komunii, czyli jest ten dar dla nas, dar Ciała i Krwi Chrystusa, dar naszego pokarmu na życie wieczne.
Tymczasem to przedłużające się ukazywanie postaci Ciała i Krwi Chrystusa zaburza mi tę logikę; każe koncentrować się na Synu, który ofiarując się za nas stał się dla nas Chlebem i Winem; każe mi Go adorować. Oczywiście nie przeszkadza mi to: jest za co Chrystusa wielbić. Tylko zastanawiam się czy takie akcentowanie adoracji, zwłaszcza w połączeniu ze słabo wyeksponowaną Wielką Doksologią (a można by to robić choćby śpiewając owo Amen uroczyście, trzykrotnie), nie powoduje tu jednak pewnego zamieszania. W moim odczuciu – nie upierałbym się, może nie mam racji – przeakcentowany zostaje tu ów nurt zstępujący. Rodzić to może przekonanie, że cała Msza jest po to, żeby Jezus dla nas mógł stać się pokarmem i byśmy mogli się Nim posilić. A tak nie jest. Eucharystia – przypomnę – to też wielbienie Ojca. Chrystus, Jego Ciało i Krew jako dar dla nas, to domena obrzędów Komunii...
Modlitwa, zwłaszcza już liturgia, jest – ma być – szkołą najczystszej wiary. „Lex orandi, lex credendi” mówimy. Modlitwa ma kształtować naszą wiarę, to jak wierzymy. Dlatego – tak mi się wydaje – trzeba by w niej unikać wszystkiego, co może nie jest z wiarą sprzeczne, ale co u teologicznie niewykształconych (albo niezbyt dobrze wykształconych) może ją zniekształcać; co może rodzić fałszywe wrażenia co do naszej wiary. No ale...
Czy rozumiemy Mszę?