Chrześcijańska demokracja. Koniec historii?

Nad chrześcijańską demokracją w Europie niektórzy postawili już krzyżyk. Czy literka „C” powinna zniknąć ze skrótów nazw większości partii chadeckich?

Niedawna śmierć nestora włoskiej polityki, Giulia Andreottiego, jednego z ostatnich – jak mawiają niektórzy – prawdziwych chadeków, obudziła dyskusję nad stanem dzisiejszej chadecji w Europie. Krytycy zmarłego męża stanu mówili, że nawet on nie uniknął do końca tego, co stało się chorobą toczącą chrześcijańską demokrację. W dużym uproszczeniu sytuacja wygląda tak: w Europie działają partie, które bądź wprost w swoich nazwach, bądź w deklaracjach programowych odwołują się do chrześcijaństwa jako podstawy ideowej swojej działalności. W praktyce coraz rzadziej (lub wcale) różnią się od partii socjalistycznych czy liberalnych, gdy dochodzi do głosowań nad ustawami tzw. światopoglądowymi. W „najlepszym” przypadku polega to na bierności chadecji wobec pomysłów lewicy, forsującej bez kompleksów najbardziej rewolucyjne, sprzeczne nawet nie tyle z religią, co ze zdrowym rozsądkiem, ustawy. W najgorszym wydaniu polega to na przejęciu języka i poglądów wywracających naturalny porządek do góry nogami. Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie zaczął się proces dechrystianizacji chadecji (co samo w sobie brzmi dość kuriozalnie). Można natomiast wskazać na wydarzenia, które ten proces stopniowo pogłębiały.

Wizjonerzy i „Samarytanie”

Choć nurt chrześcijańskiej demokracji sięga XIX wieku i związany jest z przebudzeniem świadomości społecznej świeckich katolików, większość partii o takim charakterze zaczęła powstawać i odgrywać coraz większą rolę dopiero po II wojnie światowej. Wówczas ich liderom bardzo zależało, by chrześcijański charakter był czytelnym wyróżnikiem tych ugrupowań. To m.in. dzięki wizjonerskiemu podejściu do polityki takich mężów stanu jak Alcide de Gasperi, Konrad Adenauer czy Robert Schuman powstała idea integracji europejskiej, której warunkiem i pierwszym etapem było francusko-niemieckie pojednanie. Jednak partie mające w skrócie nazwy literę „C” w dłuższej perspektywie nie poradziły sobie z najtrudniejszym, jak się okazuje, problemem, to znaczy z obroną tożsamości nie tylko własnej, ale i europejskiej. Dzisiejsza chadecja w większości przypadków przeniknięta jest poprawnością polityczną narzuconą przez europejską lewicę. Najczęściej przejawia się to biernością, ale czasem również prześciganiem się wręcz z lewicą w stanowieniu zgubnego dla społeczeństwa prawodawstwa, m.in. w sprawach dotyczących aborcji, eutanazji, związków partnerskich, zmiany definicji małżeństwa.

Ostatecznie więc to lewica, a nie chrześcijańska demokracja, wygrała walkę o język, jakim operuje się dzisiaj w debacie publicznej. To chadecja musi zająć jakieś stanowisko w takich kwestiach, jak „równość wszystkich kochających”, „prawo kobiet do wyboru”, „prawo do godnej śmierci”, „edukacja seksualna” itp. Ubrane w pojemne, płynne i pozytywnie sformułowane hasła lewicowej nowomowy, kryjące w rzeczywistości sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i zwyczajnie szkodliwe postulaty prawne, stały się punktem odniesienia dla wszystkich sił politycznych. A nierzadko partie chadeckie oswoiły się z nimi i zaczęły używać tego samego języka. W skrajnym przypadku wyglądało to tak jak w Holandii, gdzie były premier uznał, że cała Europa powinna brać przykład z holenderskiej chadecji, która przeforsowała legalizację aborcji, miękkich narkotyków i przywilejów małżeńskich dla związków homoseksualnych. A „chrześcijański” charakter tamtejszej chadecji wyraził się najbardziej w argumentacji za wprowadzeniem eutanazji, gdy przywoływano… przypowieść o miłosiernym Samarytaninie.

Abdykacja króla

Skoro zaczęliśmy od Holandii, pozostańmy jeszcze w tej części Europy. Dość znaczący jest bowiem przypadek chadecji belgijskiej. Na początku lat 90. XX wieku koalicję tworzyli wspólnie chrześcijańscy demokraci i socjaliści. Ci drudzy wspólnie z opozycyjnymi liberałami przeforsowali ustawę ułatwiającą przeprowadzanie aborcji. Chrześcijańscy demokraci wprawdzie za ustawą nie głosowali, ale też nie próbowali wpływać na koalicjantów, grożąc na przykład zerwaniem koalicji. Do tego doszła kłopotliwa dla wszystkich sprawa króla Baldwina, który uznał, że nie może podpisać tak radykalnej ustawy, a bez podpisu króla ustawa nie może wejść w życie. „Prędzej abdykuję, niż podpiszę taką ustawę”, powiedział wtedy monarcha. Słowa dotrzymał. W rzeczywistości to rząd, wykorzystując odpowiedni zapis konstytucji, uznał króla za „niezdolnego do sprawowania funkcji”, po czym premier i cały rząd ustawę podpisali, a tuż po tym… przywrócono króla na tron. Prawdopodobnie cały ten spektakl był wynikiem zakulisowych ustaleń z samym Baldwinem – chadecy chcieli umożliwić mu tym manewrem wyjście z twarzą i w zgodzie z własnym sumieniem z całej sytuacji, a sami w tym czasie mogli podpisać się pod ustawą, za którą ich posłowie nie głosowali. Ciekawostką jest to, że przewodniczącym tamtejszej chadecji był wówczas niejaki Herman Van Rompuy, znany dziś jako przewodniczący Rady Europejskiej. Polityk ten uznał za właściwe działanie rządu wokół króla i ustawy aborcyjnej.

Książę wrogiem postępu

Podobna sytuacja miała miejsce w sąsiednim Luksemburgu, tyle że sprawa dotyczyła eutanazji. Chrześcijańska Socjalna Partia Ludowa to jedna z głównych sił politycznych w tym kraju. Liderem partii przez wiele lat był Jean-Claude Juncker, także wieloletni premier, w międzyczasie również szef tzw. eurogrupy. Tutaj chadecja też współrządziła z socjalistami, a ustawy wymagają zgody wielkiego księcia. Ten jednak uznał, że zgody na ustawę dopuszczającą eutanazję być nie może. Co odpowiedział Juncker – szef rządu i szef partii chrześcijańskiej? Że jak będzie trzeba, to się księciu odbierze prawo weta. Dodajmy do tego, że członkowie jego partii za ustawą nie głosowali. Czego więc bał się Juncker? Czy również tutaj chodziło o to, by uniknąć rozpadu koalicji? Trzeba przyznać, że cena utrzymania się chadeków u władzy i tu, i w Belgii była dość wysoka. Tłumaczenie jednego z ministrów, że „należy uniknąć kryzysu rządowego”, a więc w praktyce trzeba zgodzić się na propozycje socjalistów, świadczy o kapitulacji chadecji przed postulatami lewicy. A więc to nie ten, kto próbuje wywrócić konstytucyjny i naturalny porządek jest awanturnikiem, tylko ten, kto ewentualnie miałby czelność stanąć w jego obronie. Przypomina to trochę niedawne wydarzenia w Polsce, kiedy to za awanturnika uznano Jarosława Gowina, mówiącego, zgodnie z prawdą, że propozycje ustaw o tzw. związkach partnerskich są sprzeczne z konstytucją, podczas gdy za prawdziwych awanturników należałoby uznać raczej autorów takich ustaw, skoro gwałcą one porządek konstytucyjny. Zamiast tego awanturnicy zyskali poparcie szefa rządu i partii rządzącej. Partii, która zresztą należy do wielkiej chadeckiej rodziny w Parlamencie Europejskim, czyli do Europejskiej Partii Ludowej (EPP).

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
28 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
12°C Czwartek
wieczór
8°C Piątek
noc
4°C Piątek
rano
2°C Piątek
dzień
wiecej »