Witajcie w Nubii

6 lutego 2010, sobota wieczór, dzień 29 - FINAŁ ETAPU EGIPSKIEGO

Tak, dojechaliśmy! Meta! Jesteśmy w Asuanie. Radość? A jak! Chociaż na eksplozje, feerie i entuzjazm chyba trochę brakuje siły. Przynajmniej jeszcze dziś wieczór. Ale zadowolenie to mało. Jest satysfakcja.
 
Z podsumowaniami zawsze się zdąży, ale już teraz warto przynajmniej krótko: super się jechało przez ten Egipt. Były emocje, były przygody, plan został zrealizowany. O to chodziło. Sztafetową pałeczkę oddajemy "Sudańczykom" (którzy właśnie pojawili się na dole w hotelu) w dobrym stanie.
 
A co przez ostatnie trzy dni, gdy w końcu opuściliśmy Oasis Nubian w Luksorze? Zamarzyłem to sobie tak - biwak, biwak i biwak. Przez następne i najbliższe tygodnie okazji do spania w namiocie pod palmą nie będę miał zapewne zbyt dużo, dlatego końcówkę naszego etapu chciałem pod tym względem wykorzystać do maksimum. Jak prawie wszystko w Egipcie - udało się.
 
Po kolei wyglądało to tak: nocleg (i ognisko) nad Nilem, nocleg w palmowym zagajniku, nocleg (i ognisko) na piasku pod palmą. W tym ostatnim przypadku mowa będzie również o wieczorze spędzonym w doborowym nubijskim towarzystwie.
 
Zaczęło się wszystko w środę. Kiedy wyjeżdża się z miasta ok. 16:00, wiedząc, że słońce zachodzi w rejonie przed 18:00, nie ma co liczyć na ujechanie zbyt wiele. No, ale coś takiego było w tym dachu hostelu w Luksorze, że trudno było zejść na dół . Wyjechaliśmy więc późnym popołudniem. Niby minus, ale plus za to znosi go łatwo - nie mamy za sobą ogona policji. Roman (wyczucie) zatrzymuje się na chwilę i wychodzi rozejrzeć się na górę piachu, która oddziela szosę od Nilu. Jest idealnie. Wspaniała ta rzeka.
 
Miejsc do spania do wyboru, bez liku. Można nawet w pasterskiej chacie. Namioty, ognisko, ryż z dżemem. Wbrew pozorom, smakuje znakomicie. Coś dla ciała, coś dla ducha: Roman przynosi gitarę. Żelazny numer: "Chleba takiego jak ten od Cześka, nie znajdziesz nigdzie, nawet w Warszawie". Nad Nilem niesie się całkiem nieźle, czego dowodem wizyta słuchaczy. Podpływają do nas, wiosłując, ale gdy tylko repertuar się zmienia, odpływają z powrotem. Ciemna noc.
 
Inaczej zupełnie niż Nowakowi, który z miejscowymi rolnikami i pasterzami miał trudne przejścia, nam udaje się z osobami, na których polach (względnie w miejscach pracy) śpimy, utrzymywać pozytywne relacje. Rano pasterz i rolnik, w tej samej osobie, zaprasza nas na herbatę na żarze. Paweł rewanżuje się dodając mięty.
 
Jedziemy do miejscowości Esna rzucić okiem na świątynię Chnuma. Droga jest ładna, a przy tym mało ruchliwa. Po lewej góry, po prawej Nil. Coś jeszcze? (Okaże się, że konfiguracja może być lepsza, ale to dopiero następnego dnia).
 
W samej Esnie już - jak mawiał klasyk - bez rewelacji. Świątynia z wyglądu rzymska, masywna, schowana w niecce w samym centrum miasta. Nie w tym jednak problem, a w ludziach. Jakaś tu niesprzyjająca energia, coś niedobrego, co mówi: już jedźcie. Dopiero, gdy - kiedy piję herbatę - jeden, nie więcej, człowiek interesuje się życzliwie: kto my i dokąd zmierzamy. Trasa z El Sollum robi na nim niemałe wrażenie. Pozostali (przynajmniej w tej knajpie) zaczynają na nas patrzeć jak na ludzi. No trudno. Zbieramy się. Niestety już w asyście policjanta.
 
Trasę na Edfu bierzemy nietypową, bo nie wracamy już do szybkiej drogi po drugiej stronie Nilu, ale przemieszczamy się na południe zachodnim brzegiem. Pedałujemy najpierw przez małe wioski, położone zaraz za miastem. Reakcje ludzi są bardzo różne, niekoniecznie miłe, zawsze emocjonalne. To tylko chwila: jadący z przodu Roman o mały włos unika kamienia. On hamuje, ja hamuję, my hamujemy (bo Magda również). Niegroźny karambol. Krzyczymy na dzieciaki (to któreś z nich rzuciło).
 
Jedziemy (niestety już w czasie przeszłym, ktoś tam, w pokoju na drugim końcu korytarza przyjechał tu aż z Polski, żeby zabrać nam rowery!) w końcu codziennie po te kilkadziesiąt kilometrów, co chwilę dosłownie słyszymy pozdrowienia, ludzie do nas machają, uśmiechają się, dzieci reagują zwykle entuzjastycznie. 'Hello', 'welcome', 'what's your name?' - to jednak jest dziesięć tysięcy razy częstsze niż kamienie. Choć fakt, że boli dostać tylko tymi drugimi.
 
Tego dnia (to wciąż czwartek) miejsca na biwak szukamy dość długo. W końcu decydujemy się na wybrane przez Pawła. Palmowy zagajnik, choć blisko torów, położony jest znowu niezwykle atrakcyjnie. Co prawda kilkadziesiąt metrów stąd, jeden z rolników ostrzega nas, że okolica nie jest bezpieczna, bo "Wilk zabił tu człowieka". Jednak z  uwagi na to, że wszystkie watahy wilków Afrykę Północną opuściły zdaje się zaraz po tym zdarzeniu (najpewniej w obawie przed zemstą), jakoś nie do końca wierzymy, że było to w tym lub poprzednim stuleciu. W dodatku jakby co, to pilnuje nas osiołek (drzemie nieopodal i spędza tu - jak my - całą noc). Są palmy, jest placyk, tak jak lubię. Znowu super. I jeszcze - choć byłem przekonany, że tego dnia nie przejechaliśmy więcej jak 60 km, okazuje się, co potwierdza licznik, że ponad 90. Samo niosło.
 
Żeby jednak nie było za różowo, coś przez noc w polowych warunkach tracę. Głos. Rano wstaję, nie mówię, skrzeczę. Przynajmniej jest zabawnie. Choć nie ma ogniska, gwiazd ani księżyca, Roman sięga po gitarę. Znacie motyw, więc śmiało, proszę się dołączać: "Chleba takiego jak ten od Cześka, (...)".
 
Dojeżdżamy do Edfu, świątynia Horusa. Najlepszy widok na jej starożytne mury, gdy jedzie się rowerem wąziutkimi uliczkami przyklejonej do niej śródmiejskiej dzielnicy. Uwaga na dzieci i panie niosące pranie. Przy okazji warto skorzystać z pomocy krawca - spodnie Romana znowu są w jednym kawałku.
 
Co dalej? Ostatnim przed Asuanem mostem wracamy na wschodni brzeg Nilu i bierzemy kierunek na Kom Ombo. Przepiękna trasa. Liczący może 50-80 m szerokości układ elementów, na który składają się kolejno (od lewej): góry (takie pustynno-piaskowe, nieprzystępne, magnetyczne i suche), szosa (a my na niej; podjazdy, zjazdy, są warunki, żeby się całkiem nieźle rozpędzić), tory kolejowe, poletka uprawne, Nil. Każda z części składowych we własnym, intensywnym kolorze. W jednym miejscu, gdzie brak akurat pasa zieleni, stacja kolejowa bezpośrednio nad Nilem. Chce się krzyczeć z radości i zachwytu (krzyczę; ten zaśpiew).
 
«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    30 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    17°C Czwartek
    noc
    15°C Czwartek
    rano
    19°C Czwartek
    dzień
    19°C Czwartek
    wieczór
    wiecej »