Pałac z dziury

W pałacu mieszkają księżniczki i książęta. Niektóre koronowane głowy dopiero pięknie się urodzą. A potem umrą. Również pięknie.

Różnią się poglądami, temperamentem, wykształceniem. Rządzi nimi… krytyk filmowy. To dobrze: bo w medycynie i w filmie wszystko jest możliwe. A wszystkich pracowników łódzkiej Fundacji Gajusz łączy przekonanie, że dzieci, małych ludzi się nie zabija. Czy są chorzy, czy zdrowi. Ludziom pomaga się godnie przyjść na świat, a potem (jeśli trzeba) godnie umrzeć. Jak nie we własnym domu, to w pałacu.
 

Jak Tisa obiecała Bogu

Tisa Żawrocka-Kwiatkowska, z wykształcenia filmoznawca. Osiemnaście lat temu matka trójki dzieci, w tym kilkudniowego Gajusza. Chłopiec jakoś dziwnie oddychał. Pewnie oskrzela albo zapalenie płuc – podpowiadało doświadczenie. W szpitalu pielęgniarka dyżurna chwyciła za telefon i wezwała lekarza: „mam noworodka w ciężkim stanie”.

Oddział hematologiczno-onkologiczny. Stan Gajusza pogarsza się. I diagnoza: dziecko ma ciężką wadę szpiku kostnego i fatalne rokowania. Na jedyny ratunek – przeszczep rodzinny – szans nie ma. Rodzeństwo nie zostało zakwalifikowane jako dawcy, a przeszczepów od dawców niespokrewnionych wtedy nie wykonywano.

Stan chłopca pogarszał się z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Aż zaczęło się jego powolne umieranie. Gajusz miał kilka miesięcy. – Wiedziałam, czułam, że na pewno tego nie przeżyję. Powiedziałam wtedy Bogu, taką obietnicę złożyłam: „jak go wyleczysz, założę fundację pomagającą ciężko chorym dzieciom”.

Kilka dni później przyszły kolejne wyniki Gajusza. Wyniki jak cud. A chociaż lekarka przestrzegała, że ciężkie choroby tak sobie nie znikają, potem przyznała: medycyna uczy pokory. Bo Gajusz był całkowicie zdrowy. I tylko potem mądra psycholog zbeształa matkę – Bożą szantażystkę: nie wolno głupot opowiadać. No bo co, inni rodzice za mało obiecywali? Mniej kochali swoje dzieci?...

– To był taki wyjątkowy moment. Widocznie potrzebny. Wcześniej zresztą, jeszcze na oddziale, zmarła dwuletnia Paulinka, dziewczynka, która leżała tuż obok Gajusza. Była z domu dziecka, nikt jej nie odwiedzał. Cierpiała strasznie i z bólu, i z samotności. Nie mogłam nic zrobić, bo ze względu na stan Gajusza, jego zerową odporność mieszkałam z nim w izolatce. Zza szyby (sama bardzo cierpiąc) towarzyszyłam Paulince. Jej śmierć była dla mnie traumą. Salowa mówiła, że dziecko kurczowo trzymało się jej rąk, gdy umierało. Nie chciało być samo. Dlatego plan był taki: stworzyć sieć wolontariuszy, którzy będą pomagać samotnym dzieciom przechodzić przez nieuleczalną chorobę, będą towarzyszyć do śmierci. Plan zweryfikowało jednak życie: okazało się, że przykład Paulinki to (na szczęście) wyjątek i podobne sytuacje zdarzają się rzadko. Zazwyczaj rodzice towarzyszą dzieciom, przytulają, trwają. Niemniej stworzenie sieci wolontariuszy, czyli początki Fundacji Gajusz, pokazało, że wolontariat na oddziałach dziecięcych jest bardzo potrzebny. Gdy rodzice opadają z sił, gdy muszą pozałatwiać pilne sprawy, zająć się pozostałymi dziećmi lub popłakać w samotności. Zawsze wtedy potrzebny jest wolontariusz, który się małym pacjentem zaopiekuje.

A mały Gajusz kończył dwa latka, gdy pierwsi przeszkoleni wolontariusze Fundacji Gajusz rozpoczęli pracę w łódzkim szpitalu przy ul. Spornej.
 

Dziecięce kamienie. Milowe

Mijały lata. Pracy było dużo, coraz więcej. Dużo wokół dziecięcego bólu, dramatów ludzkich. – Za dużo na siebie wzięłam, a sama nie miałam pomocy i wsparcia. Psychicznie przestawałam sobie z tym wszystkim radzić. Kiedyś jechałam samochodem i rozbiłam go. Tak głupio, z mojej winy, skrajnie niebezpiecznie. Nic mi się (cudem) nie stało, ale truchlałam, czekając, aż strażacy wyciągną mnie z rozbitego auta, z którego wyciekała benzyna. Musiałam wszystko przemyśleć. Czułam, że jest to interwencja, odgórnie narzucone „stop”. Że już czas, by i pomagającym pomagali specjaliści.

Miesiąc po wypadku przy Fundacji rozpoczyna więc działalność Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej o Profilu Psychologicznym. Zaczyna wspierać nie tylko pracowników fundacji, ale przede wszystkim rodziców chorych dzieci. Bo gdy posypią się rodzice, posypią się i dzieci. Z czasem okazuje się, że pomoc dzieciakom w szpitalach jest ważna. Ale dużo ważniejsze jest zapewnienie im możliwości godnego odchodzenia w domu. Wśród rodziny, bezpiecznych miejsc, zapachów i własnych zabawek. W 2005 r. fundacja rozszerza więc działalność o hospicjum domowe. Opiekuje się paliatywnie chorymi dziećmi na terenie Łodzi i okolic. W ich własnych domach.

Ale i tego było za mało. Życie znów zweryfikowało, co jeszcze jest dzieciom potrzebne. – Mieliśmy pod opieką dwunastolatkę. Bardzo ciężko chorą fizycznie, jednocześnie sprawną intelektualnie, w pełni rozumiejącą świat i swoją sytuację. A sytuacja była skrajna. W mieszkaniu jej matka prostytutka przyjmowała klientów. Gdy „pracowała”, nie wpuszczała pracowników fundacji. Od chorej dziewczynki dostawaliśmy telefony w środku nocy, że ma 40 stopni, że leków nie dostała, że jest głodna… I nic nie można było zrobić, bo chociaż sąd chciał odebrać dziecko matce, nikt nie chciał się dziewczynką zaopiekować. Opieka nad skrajnie chorym dzieckiem prosta nie jest. Byliśmy przerażeni swoją bezradnością i cierpieniem dziewczynki…

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
22°C Sobota
rano
26°C Sobota
dzień
26°C Sobota
wieczór
21°C Niedziela
noc
wiecej »