Most do Teheranu

Antyirańska orientacja w polityce międzynarodowej nie leży w interesie Polski. Czy organizując z USA bliskowschodni szczyt w Warszawie, nie płacimy Ameryce zbyt wysokiej ceny za i tak niepewne gwarancje bezpieczeństwa?

Irańczycy nie zapomną polskiej zdrady – takie i mocniejsze zdania pojawiły się w irańskiej prasie i padały z ust irańskich oficjeli po tym, jak szef amerykańskiej dyplomacji Mike Pompeo ogłosił w telewizji Fox News, że w dniach 13–14 lutego w Polsce odbędzie się międzynarodowa konferencja poświęcona napięciom na Bliskim Wschodzie. Nieoficjalnie mówi się, że ma ona na celu stworzyć szeroką antyirańską koalicję.

„Przypomnienie dla gospodarza i uczestników antyirańskiej konferencji: ci, którzy brali udział w ostatnim antyirańskim show USA są albo martwi, albo zhańbieni, albo zmarginalizowani. Iran jest silniejszy niż kiedykolwiek” – w ten sposób skomentował na Twitterze informację o konferencji szef irańskiej dyplomacji Javad Zarif. I dodał, że udział Polski w organizacji tego spotkania to wstyd, jeśli weźmiemy pod uwagę działania Iranu w trakcie II wojny światowej. „Podczas gdy Iran ratował Polaków w czasie II wojny światowej, teraz Polska jest gospodarzem rozpaczliwego antyirańskiego cyrku” – napisał Zarif.

Czy nerwowe reakcje Irańczyków są uzasadnione? Czy Polska kolejny raz, za cenę nadziei na amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa, nie stawia wszystkiego na jedną kartę?

O Iranie bez Iranu

Czego ma właściwie dotyczyć konferencja? Na stronie internetowej polskiego MSZ można znaleźć wspólne oświadczenie rządów Polski i USA: „Zwiększenie bezpieczeństwa i stabilności na Bliskim Wschodzie leży w żywotnym interesie całej wspólnoty międzynarodowej. Państwa uczestniczące w spotkaniu będą miały sposobność podzielenia się swoimi ocenami oraz przedstawienia propozycji na temat przyszłości regionu. W trakcie spotkania będą miały miejsce dyskusje na temat kwestii kluczowych dla stabilności Bliskiego Wschodu (...) Społeczność międzynarodowa podziela szereg obaw związanych z zagrożeniami dla pokoju na Bliskim Wschodzie. Spotkanie ministerialne będzie zatem okazją do dialogu na ten temat”.

Tyle język dyplomatyczny. Nas jednak interesuje tzw. kuchnia czy raczej kontekst i powód zwołania konferencji. Po wycofaniu się USA z porozumienia nuklearnego z Iranem, a także po faktycznej przegranej Amerykanów w Syrii, gdzie dzięki zaangażowaniu irańskiemu i przy silnym wsparciu Rosji władzę najprawdopodobniej utrzyma Baszszar al-Asad, przy trwającej cały czas wojnie w Jemenie, w którą zaangażowane są z jednej strony Arabia Saudyjska (sojusznik USA), a z drugiej jej największy wróg, Iran, oraz przy stałym napięciu wywoływanym m.in. finansowaniem terroryzmu na Bliskim Wschodzie przez obu konkurentów Amerykanie zdają sobie sprawę, że to ostatni moment na zdecydowane działanie w sprawie Iranu, jeśli nie chcą całkowicie utracić wpływu na rodzący się na nowo układ sił w tamtej części świata. Dlatego konferencja, która ma się odbyć w Warszawie, za kulisami określana jest właśnie jako „szczyt antyirański”. Nazwa tym bardziej uzasadniona, że na szczyt o bezpieczeństwie na Bliskim Wschodzie Iran nie został przez Amerykanów zaproszony.

Pułapka jednej opcji

Można odnieść wrażenie, że Polska znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Pułapką jest postawienie wszystkiego na jedną kartę, czyli na taką formułę sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, która nie pozostawia nam żadnej swobody w kształtowaniu stosunków z krajami trzecimi, co w efekcie kończy się osłabianiem relacji z innymi wielkimi graczami. Krótko mówiąc, wygląda to tak, jak gdyby USA postawiły nam warunek: chcecie przyjaźni i gwarancji bezpieczeństwa? To zapamiętajcie – nasi wrogowie są waszymi wrogami.

Pułapka jest tym większa, że alternatywy właściwie brak. Tylko czy faktyczne skazanie na ścisły sojusz ze Stanami Zjednoczonymi jako jedynym potencjalnym, choć niekonieczne pewnym gwarantem naszego bezpieczeństwa, musi być okupione tak wysoką ceną, którą może być osamotnienie na arenie międzynarodowej? Czy na pewno powinniśmy powtarzać błąd, który polskie władze popełniły, wchodząc parę lat temu do Iraku? Niestety, rośnie obawa, że coraz bardziej nachalna, antyirańska retoryka amerykańskiej administracji przerodzi się w konflikt, w który – znowu ufając, że to inwestycja we własne bezpieczeństwo – wejdziemy nie tylko bez moralnej legitymacji, ale też ponownie bez żadnej gwarancji jakichkolwiek wymiernych korzyści.

Koszty „cyrku”

Mając do wyboru sojusz z USA lub Iranem, wyboru w zasadzie nie mamy. Nie chodzi właściwie o wybór sojusznika z tych dwóch skłóconych ze sobą państw, ale o pozostawienie sobie możliwości prowadzenia suwerennej polityki zagranicznej, od której zależą też relacje gospodarcze. Eksperci wykazują, że Polska już straciła wiele na pogorszeniu relacji USA z Iranem. Wystarczy powiedzieć, że polscy giganci jak PKN Orlen czy Grupa Lotos miały znaczne możliwości wejścia w import ropy naftowej z Iranu, jednak gdy Amerykanie ogłosili zerwanie porozumienia nuklearnego i ponowne nałożenie sankcji na Iran, polskie firmy wycofały się z zaawansowanych rozmów. Zrobiły to, pomimo że Amerykanie pozostawili największym światowym gigantom „korytarz bezpieczeństwa”: mogą oni z Iranem swobodnie handlować. Najwidoczniej polskie firmy nie otrzymały obietnicy, że do „korytarza” zostaną włączone. Poza tym w obecnej sytuacji, gdy Teheran jest oburzony faktem, iż Polska uczestniczy w tym „antyirańskim cyrku”, najprawdopodobniej sami Irańczycy nie byliby zainteresowani kontynuacją rozmów z Polakami o dostawie ich ropy do naszego kraju.

Zaprośmy Iran

O tym, że Polska może stracić jeszcze więcej, stawiając się tak ostro w opozycji do Iranu, przekonani są również ci, którzy bronią naszego prawa i interesu do organizacji konferencji o tak dużej wadze w globalnej polityce. Wśród nich jest m.in. były szef MSZ i były ambasador RP w Iranie Witold Waszczykowski, który słusznie zaapelował, by Polska wyszła z inicjatywą zaproszenia Iranu do udziału w szczycie. – Warszawa byłaby dobrym miejscem, ze względu na kilkuwiekowe relacje polsko-irańskie, aby wreszcie dokonać jakiegoś przełomu, żeby spotkać się z Amerykanami, z resztą świata – mówił Waszczykowski w jednym z radiowych wywiadów. Trzeba przyznać, że brak rozmów z Iranem to być może jeden z największych błędów amerykańskiej administracji od kilku kadencji, niezależnie od lokatora Białego Domu. Przyznał to przed laty amerykański admirał Michael Mullen, były przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów. W swoim apelu do władz w Waszyngtonie mówił: – Nie mieliśmy żadnych kontaktów z Iranem od 1979 roku. Nawet w najciemniejszych dniach zimnej wojny mieliśmy jakieś kontakty ze Związkiem Radzieckim. A z Iranem w ogóle nie rozmawiamy, więc nie rozumiemy się nawzajem”.

Pogadajmy po persku

Oczywiście problem z Iranem nie jest całkowicie wydumany. Przeciwnie, działalność tego kraju na Bliskim Wschodzie stanowi zagrożenie dla wielu państw, w tym przede wszystkim dla Izraela, któremu władze w Teheranie nieraz groziły „zmieceniem z powierzchni ziemi”, nie wspominając o jego wspieraniu terroryzmu w różnych krajach. Jednak aby być sprawiedliwym, należy dodać, że co najmniej tak samo – jeśli nie bardziej – destabilizujący wpływ na region ma działalność Arabii Saudyjskiej. Ta zaś pozostaje w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, więc w światowych przekazach wygrywa wojnę propagandową. Tymczasem Iran ajatollahów, mimo że z pewnością nie jest ostoją demokracji, w porównaniu z królestwem Saudów reprezentuje cywilizację i kulturę o parę poziomów wyższą. Dotyczy to nie tylko stylu życia, architektury, ale też – wbrew pozorom – pewnych aspektów ustroju politycznego. Czy także z tego powodu nie powinniśmy wykazać się większą roztropnością i spróbować nie stawiać się tak ostro w opozycji do tego kraju?

W naszym interesie (więcej, to nasz moralny obowiązek) leży upominanie się o przestrzeganie przez Iran zobowiązań antynuklearnych i domaganie się od Teheranu zaniechania wysyłania gróźb pod adresem Izraela. Ale też powinno być dla nas ważne pozostawienie sobie mostów dyplomatycznych z Iranem, bez rezygnacji z sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Pozostaje pytanie, czy w chaotycznych i zarazem gwałtownych ruchach Donalda Trumpa w polityce zagranicznej jest jeszcze miejsce na taki „kompromis” i naszą rolę jako lojalnego, ale też suwerennie kształtujące swoje relacje partnera.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Rysz
    25.01.2019 10:01
    Błogosławieni,którzy wprowadzają pokój.Na stronie internetowej jednej z amerykańskich gazet przeczytałem że w 1955 roku USA i Iran zawarły traktat.W artykule I tego traktatu napisano Będzie trwały pokój i szczera przyjaźń między USA i Iranem.Myślę że było to jedno z pobożnych życzeń dyplomatów z obu stron w owym czasie które dla ich następców jest inspiracją na porozumienie w przyszłości, również w temacie pokoju na Bliskim Wschodzie.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    1 2 3 4 5 6 7
    8 9 10 11 12 13 14
    15 16 17 18 19 20 21
    22 23 24 25 26 27 28
    29 30 1 2 3 4 5
    6 7 8 9 10 11 12
    14°C Środa
    wieczór
    12°C Czwartek
    noc
    9°C Czwartek
    rano
    13°C Czwartek
    dzień
    wiecej »