Krótka historia świętości

Zaledwie po dwóch latach posługi kapłańskiej poniósł męczeńską śmierć. Zamordowany przez węgierskich komunistów o. János Brenner, cysters, został błogosławionym.

Kochali go wszyscy, zarówno dorośli, jak i młodzi. To jednak irytowało ówczesną władzę, chcącą mieć monopol na wychowanie, które było ateistyczne i antychrześcijańskie – mówił o ojcu Brennerze prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kard. Angelo Amato, który w imieniu papieża Franciszka przewodniczył beatyfikacji zamordowanego w 1957 r. kapłana.

Dzisiaj wiemy, że za zbrodnią na 26-letnim duchownym stali komuniści. Kilkadziesiąt lat temu władza starała się jednak zrobić wszystko, żeby odsunąć od siebie odpowiedzialność za ten czyn. Kiedy János Brenner już nie żył, uparcie poszukiwano motywu morderstwa, zastanawiano się, komu młody kapłan mógłby zajść za skórę. Duchownego oskarżono m.in. o handel ludźmi, wskazywano także, że przyczyną zabójstwa mogła być zazdrość. Przed sądem odbywały się kolejne przesłuchania znajomych kapłana. Rządzący mieli nadzieję, że oczernią oni duszpasterza. Nikt nie był jednak w stanie powiedzieć o nim złego słowa, z zeznań wynikało coś zupełnie odwrotnego: kapłan był święty już za życia. Kiedy śledztwo zostało zakończone, jeden ze świadków z uśmiechem stwierdził: „Właśnie przeprowadzili proces kanonizacyjny Jánosa Brennera!”.

Zapowiedź męczeństwa

Przyszły błogosławiony urodził się w grudniu 1931 r. w Szombathely, 70-tysięcznym mieście na zachodzie Węgier, nieopodal granicy z Austrią. Jako dziesięciolatek rozpoczął naukę w prowadzonym przez cystersów gimnazjum. Tam po raz pierwszy usłyszał o św. Tarsycjuszu, który został zamordowany w III w. podczas roznoszenia chorym Komunii św. Dorastający János pragnął naśladować męczeństwo rzymskiego akolity. Kilkanaście lat później okazało się, że rzeczywiście podąża ścieżką pierwszych chrześcijan prześladowanych przez cesarza Decjusza.

W religijnej rodzinie Brennerów aż trzech braci poczuło powołanie do kapłaństwa. Dla Jánosa od początku było oczywiste, że jego droga do Boga wiedzie przez zakon cystersów, do którego wstąpił już w wieku 17 lat. Wybór formacji duchowej w czasach rządów twardogłowych komunistów był z jego strony dużym aktem odwagi. Władze prześladowały instytucje religijne, a młodzi zakonnicy musieli przygotowywać się do kapłaństwa w ukryciu. Przełamując strach przed represjami, utwierdzony w wyborze swojej drogi nastolatek z Szombathely zdecydował się na kontynuowanie formacji w nowicjacie, a później w seminarium. Studiował korespondencyjnie, w pełnej konspiracji.

János Brenner został wyświęcony na kapłana przez bp. Sándora Kovácsa w czerwcu 1955 r. Mszę prymicyjną odprawił w swoim rodzinnym mieście, a później rozpoczął posługę w parafii w Rábakethely. Szczególnie kochał dzieci i młodzież, którym w swojej pracy duszpasterskiej poświęcał dużo czasu. – Było w nim coś, co przyciągało ludzi, uwielbiali go zarówno młodzi, jak i starzy. Naprawdę potrafił głosić słowo Boże, świetnie spowiadał, nigdy nie brakowało mu czasu na rozmowy z wiernymi. Sprawiał, że wiele osób wracało do Kościoła – wspominał o. Brennera jeden z parafian.

Polowanie na kapłana

Utworzenie przez młodego kapłana żywej wspólnoty ludzi praktykujących swoją wiarę nie umknęło uwadze komunistycznego reżimu. O. Brenner widział, że z miesiąca na miesiąc w kraju narasta nienawiść do duchownych. Przewidując dalszy rozwój wydarzeń, napisał w swoim dzienniku: „Mój Panie, wiesz, że nie szukam szczęścia w tym życiu, powierzam wszystko Tobie. Wiem, mój Panie, że Ty nie zrezygnowałeś ze swojego cierpienia, bo przyniosło ono innym ogromne zyski”.

Pewnego jesiennego wieczoru o. Brenner wracał na motorze z wizyty w Farkasfie. Kiedy osiągnął dość wysoką prędkość, „nieznani sprawcy” rozrzucili na drodze kłody, które miały doprowadzić do wypadku. Młody kapłan był jednak wprawnym kierowcą, z łatwością wyminął przeszkody, a na plebanię wrócił ze śmiechem: „Nie mieli szczęścia!” – mówił swoim współbraciom. Komuniści w końcu znaleźli jednak skuteczny sposób na pozbycie się niewygodnego duchownego. Wciąż nie jest do końca jasne, co stało się w nocy z 14 na 15 grudnia 1957 r., ale na podstawie zeznań świadków można odtworzyć najbardziej prawdopodobny przebieg wydarzeń. Około północy u o. Brennera pojawił się 17-letni chłopak, który poprosił go o udzielenie Komunii św. cierpiącemu stryjowi. Pomimo później pory kapłan nie zastanawiał się ani chwili: zabrał z kościoła puszkę z Eucharystią i ruszył w stronę Zsidy. Na ciemnej drodze prowadzącej przez wzgórza po raz kolejny został zaatakowany przez nieznane mu osoby. Uciekając przed nimi, konsekwentnie kierował się w stronę domu chorego. Na miejscu czekali na niego oprawcy, którzy mieli raz na zawsze zamknąć mu usta. Zadali mu 32 ciosy nożem, a kiedy już umierał, połamali mu kości i przydeptali szyję ciężkimi butami. Odchodził w wielkich męczarniach z Eucharystią zawieszoną na szyi, prawie tak samo jak św. Tarsycjusz.

Komża we krwi

Władze urządziły w sprawie o. Brennera pokazowy proces, w którym podejrzanym był nawet proboszcz parafii w Rábakethely. Ostatecznie skazano chłopaka, który w tragiczną noc sprawił, że kapłan opuścić plebanię. Siedemnastolatek był więc nie tylko narzędziem wykorzystanym przez komunistów do walki z Kościołem, ale także kozłem ofiarnym, który miał rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące udziału władz w morderstwie. Nazwiska prawdziwych sprawców do tej pory pozostają nieznane, nie ulega jednak wątpliwości, kto był ich mocodawcą.

W 1989 r. w miejscu śmierci o. Jánosa Brennera wybudowano kaplicę Dobrego Pasterza, która szybko stała się popularnym na Węgrzech miejscem pielgrzymek. W budynku znalazła się m.in. zakrwawiona komża, którą kapłan miał na sobie w momencie śmierci. W 2001 r. rozpoczęto proces beatyfikacyjny węgierskiego cystersa, a 16 lat później papież Franciszek uznał go za męczennika i postanowił wynieść na ołtarze. Kościół stwierdził, że o. Brenner zmarł „in odium fidei”, czyli z powodu „nienawiści do wiary”. – Historia i wiara uczą nas, że barbarzyństwo ateistycznych i krwawych reżimów mija, napełniając rzeki ciałami zabitych i pozostawiając po sobie drogę hańby i pogardy. Pozostaje cywilizacja miłości, która zwycięża, umacniając nasze serca i prawdziwie ludzkie uczucia, zasiane przez Boga w Jego stworzeniach – mówił podczas uroczystości beatyfikacyjnych kard. Angelo Amato.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 31 1
    2 3 4 5 6 7 8
    25°C Wtorek
    wieczór
    22°C Środa
    noc
    18°C Środa
    rano
    26°C Środa
    dzień
    wiecej »