Kocioł od kuchni

Tu Gerarda Cieślika noszono na rękach, a Górnika motywowało hasło: „Tako Roma momy doma”. Jak wygląda legendarny stadion od kuchni? Gdy na sektorach panuje cisza i słychać, jak rośnie trawa?

Dewiza „Tako Roma momy doma” przeszła do historii i powiedzmy sobie szczerze, jest nie do przebicia. Gdy w 1970 r. Górnik grał z AS Roma na Śląskim pojawiły się również inne „perełki”. Hasła „15 − dzień wypłaty, Górnik strzela nie na raty”, „Tak kukułeczka kuka, co tu Roma szuka” czy „Nawet włoskie makarony nie pomogą piłkarzom Romy” w czasach ultrasów, zbierania kasy na imponujące oprawy brzmią jak wierszyki z pobliskiego przedszkola, ale wówczas dodawały piłkarzom skrzydeł. I jak pokazało życie, okazały się prorocze. Górnik po barażach wykopał z rozgrywek piłkarzy z Wiecznego Miasta i zagrał w finale Pucharu Europy.

Z pompą

Adres giganta? Ulica Katowicka w Chorzowie. Zresztą tuż przy Chorzowskiej w Katowicach. Stadion stanął na granicy miast. Jego budowę planowano już przed wojną. Przygotowano nawet projekt, który do złudzenia przypominał berliński Stadion Olimpijski. Przewodniczącym komitetu budowy został prezydent Katowic Adam Kocur. Wojna pokrzyżowała plany. Pięć lat po kapitulacji Niemiec Wojewódzka Rada Narodowa podjęła decyzję o budowie giganta. Jego lokalizację przeniosła jednak do Chorzowa. Śląski dorastał równocześnie ze śp. Stadionem Dziesięciolecia.

Kolos budowany był przez pięć lat. Otwarto go z wielką pompą 22 lipca 1956 r. w peerelowskie Święto Odrodzenia Polski. Nie zaczęło się sielsko i anielsko, bo dostaliśmy baty od piłkarzy NRD, którzy strzelili nam dwie bramki.

Stadion oficjalnie mógł pomieścić ponad 47 tys. widzów. Cóż z tego? 18 września 1963 r. mecz Górnika Zabrze z Austrią Wiedeń w ramach Pucharu Europy Mistrzów Krajowych (trójkolorowi wygrali 1:0) obejrzało około… 110 tys. widzów (mówi się nawet o 120 tys., ale to raczej przesada). To rekordowa frekwencja zanotowana na Śląskim. Czasy były inne i na kwestie bezpieczeństwa przymykano oko, więc kibice stali i siedzieli, gdzie tylko mogli: oblepiali schody i koronę stadionu.

Kawał historii polskiego futbolu. Zwiedzamy pustą szatnię, w której niecałe dwa miesiące temu Biało-Czerwoni świętowali zwycięstwo nad Koreą Południową (wynik uratował Zieliński w doliczonym czasie gry). 100 tys. gardeł ryknęło „Jeeest!”, gdy 20 października 1957 r. wygraliśmy ze Związkiem Radzieckim, a tłum poniósł na rękach zdobywcę obu goli Gerarda Cieślika. Trzykrotnie świętowaliśmy tu awans na mundial (1977, 1985 i 2001) i raz, po dwóch bramkach Ebiego Smolarka strzelonych Belgii, do Euro (2007). Biało-Czerwoni zagrali tu 55 razy, z czego 23 razy wygrywali, 14 razy schodzili pokonani i 18 razy remisowali. Bilans? 88 goli strzelonych i 55 goli straconych. Na Śląskim ogrywaliśmy takie potęgi jak Holandia, Włochy czy Portugalia. Po chudych latach (porażkę ze Słowacją oglądało 14 października 2009 r. zaledwie 4 tys. widzów) znów doczekaliśmy się emocjonujących spotkań. Ze zwycięstwa nad Koreą Południową półtora miesiąca temu cieszyły się 53 tys. kibiców.

Krajobraz po bitwie

Dziś trudno wyobrazić sobie dwumecze, które kiedyś były piłkarską klasyką gatunku. Na przykład lokalne porachunki z 1965 roku. O godz. 17 Zagłębie Sosnowiec–GKS Katowice, a dwie godziny później Szombierki z Ruchem. Co stałoby się, gdyby dziś zorganizowano taki dwumecz (przy założeniu, że kluby grałyby w tej samej lidze)? To nie byłby nawet mecz podwyższonego ryzyka, ale ryzyka sięgającego zenitu. Straty: dwóch zabitych i trzech ciężko przestraszonych?

Jeden z dwumeczów na Śląskim przeszedł do historii futbolu, bo pojedynek 2 maja 1959 r. Polonii Bytom z imienniczką z Bydgoszczy oraz Ruchu z Pogonią Szczecin rozegrano po raz pierwszy w Polsce przy sztucznym oświetleniu.

W 1968 r. Puchar Europy zdobył Manchester United. Zespół z Bobbym Charltonem przegrał w eliminacjach tylko raz. Z Górnikiem Zabrze. Na ośnieżonej murawie Śląskiego.

Lwy z podwiniętymi ogonami

Gdy ogrywaliśmy Anglię, miałem dwa latka. 6 czerwca 1973 r. kibice w całej Polsce śledzili każde słowo Jana Ciszewskiego: „Szpilki nie ma gdzie wetknąć. Kibice są wszędzie. Na koronie… Tylko na okolicznych drzewach nie ma kibiców, jako że drzew nie ma. (…) Banaś, proszę państwa. Wspaniale!”. Ten krzyk spowodował, że w Lublinie, Koninie, Augustowie i Bełchatowie kibice zerwali się z wersalek. Polacy po raz pierwszy (i jak się okazało – jedyny) w historii pokonali Lwy Albionu. To wówczas angielscy dziennikarze nazwali stadion Kotłem Czarownic.

− Moim chłopcom ugięły się nogi, kiedy ryknął stutysięczny tłum. Polacy zastosowali chóralnym śpiewem perfidną presję psychologiczną – trener Alf Ramsey sam nie wiedział, co wygaduje, starając się usprawiedliwić porażkę zespołu. Ryk tysięcy gardeł Anglicy usłyszeli już w tunelu. Tak, tak, w tym słynnym tunelu, w którym rywalom wielokrotnie uginały się nogi. Zyskał miano legendy. Miał niemal 100 metrów długości i zaledwie 2 metry szerokości. Klaustrofobiczne klimaty potęgował ryk kibiców. Wychodziło się jak na rzymską arenę.

Dziś tunel jest po liftingu. Jest wyższy, szerszy, oświetlony i o 37 metrów krótszy. Ale przejście na murawę i tak robi wrażenie. Wczuwamy się w piłkarzy wychodzących w światła jupiterów…

Hej, sokoły!

– Reprezentacja przyjeżdża dzień wcześniej na oficjalny trening – opowiada Adam Pawlicki, rzecznik prasowy stadionu. − W dniu meczu wchodzi do szatni na dwie godziny przed gwizdkiem sędziego. Adam Nawałka był zachwycony stanem murawy, twierdził, że nie ma w Polsce lepszej…

Trawa była hodowana pod Budapesztem na potężnej plantacji. Przyjechała tu przed rokiem w wielkich rolkach. Rozwinięto ją i pielęgnowano, by ukorzeniła się z podłożem. Gdy zbliżał się mecz z Koreą, a przez Polskę przeszła fala mrozów, zabezpieczono ją specjalnymi matami. Pokryły całe boisko: 7,5 tys. metrów kwadratowych. Dzięki nim trawa nie zamarzła. Murawa musi być nie tylko odpowiednio oświetlona, ale i wentylowana. Przepływ powietrza to problem wielu olbrzymich stadionów. Konstrukcja Śląskiego ułatwia cyrkulację, bo oprócz dwóch historycznych tuneli jest jeszcze trzeci – gospodarczy, którym wjeżdżają na przykład TIR-y przewożące sprzęt nagłaśniający. Gdy na stadionie występuje gwiazda rocka (byłem tu m.in. na koncercie U2 czy Pearl Jam), murawę przykrywa specjalna, „oddychająca” mata.

Problemem podobnych gigantów są… gołębie. Ich odchody niszczą instalację elektryczną. Wyobraźcie sobie, co się dzieje, gdy kilkadziesiąt tysięcy ludzi opuszcza stadion, zostawiając na ziemi sterty słonecznika. Gołębie z radości zacierają skrzydła.

Przed laty na stadionie Kolejorza słyszałem, jak z głośników puszczano odgłos wydawany przez sokoła. Początkowo poznańskie gołębie uciekały w popłochu, ale po pewnym czasie orientowały się, że to jedynie dźwiękowa podpucha, i przestawały się nią przejmować. − Wtedy przybywa firma, która wypuszcza nad stadionem sokoła. Na Stadionie Śląskim jest podobnie. Od czasu do czasu obiekt korzysta z usług sokolników. Gołębie na pewien czas omijają stadion szerokim łukiem.

Przystaję przy plakacie „Pol- ska – Anglia. 29 maja 1993 r.”. Cena? Trybuny centralne: 100 tys. złotych. Doskonale pamiętam ten mecz. To było dla stadionu przełomowe spotkanie. Zdumieni Anglicy, których nikt nie atakował, patrzyli, jak na sektorach walczą wszyscy ze wszystkimi. Śląsk z Lechią, Gieksa z Ruchem, Cracovia z Wisłą. A wszyscy solidarnie z policją. Po zadymie Międzynarodowa Federacja Piłkarska zamknęła stadion i paradoksalnie… to go uratowało. Zapadła decyzja o modernizacji obiektu.

Pechowy krokodylek

Nowy stadion ze względu na pechowe pęknięcie przed siedmiu laty „krokodyla” (elementu odpowiedzialnego za stabilność 220-tonowego poszycia dachu) budowano aż 8 lat. Dziś gigant robi ogromne wrażenie. Nie jest już największym stadionem w Polsce, bo w 2011 r. nad brzegiem Wisły wyrósł potężny Narodowy.

Jak to dobrze, że kolos wrócił do gry! Jesienią odbędą się tu dwa mecze Ligi Narodów: z Portugalią i Włochami. Zwiedzamy lożę dla VIP-ów, gabinet odnowy biologicznej, oglądamy na ekranach gole strzelane na tutejszej murawie, czytamy stare plakaty i foldery. Widać na nich jeszcze historyczną wieżę (zburzono ją przed 10 laty). Wchodzimy na najwyższe trybuny, oglądamy z bliska sektory, zaplecze techniczne, minimuzeum. Za gablotą szmacianka. Uszył ją Gerard Cieślik. Jako „bajtel”, gdy zaczynał kopać „balę na placu”, własnoręcznie szył ją z resztek ubrań i starych szmat. Wykonanie takiej piłki zajmowało mu 5 godzin.

Pamiętam, jak tata brał mnie na zawody żużlowe, pamiętam mecze reprezentacji czy pucharowy pojedynek Gieksy z Górnikiem, gdy katowiczanie niespodziewanie wygrali 4:1 po hat tricku Furtoka.

Chciałem pospacerować po Śląskim z wyłączonymi emocjami i wspomnieniami. Nie udało się. Może i dobrze?•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    30 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    6°C Poniedziałek
    rano
    13°C Poniedziałek
    dzień
    14°C Poniedziałek
    wieczór
    11°C Wtorek
    noc
    wiecej »