Lęk czeka na odwagę

O marzeniach, służeniu chorym i wierszach opowiada prof. Marian Zembala.

Barbara Gruszka-Zych: Pół roku temu, podczas służbowego pobytu w Paryżu, doznał Pan Profesor udaru...

Prof. Marian Zembala: Choroba często przychodzi w nocy, znienacka. Do mnie też… Po udarze nagle znalazłem się w zupełnie innej rzeczywistości. Potem było sześć bardzo trudnych tygodni w paryskim szpitalu na intensywnej terapii, na szczęście cały czas w bliskości żony i rodziny.

Jako lekarz wiedział Pan, co się stało.

Lekarzowi jest trudniej, ponieważ ma większą świadomość zagrożenia niż inny pacjent. Wiedziałem, że przy rozległym krwiaku w głowie mogę nie przeżyć. Modlitwę „Od nagłej i niespodziewanej śmierci zachowaj mnie, Panie” powtarzałem wtedy często po polsku, angielsku, francusku…

Kiedy dotarła do nas wiadomość o chorobie, wszyscy modliliśmy się za Pana. Czuł Pan to?

Ogromnie za to wszystkim dziękuję, bo to zawsze pomaga. Nie mam wątpliwości, że Opatrzność pomogła mi przeżyć. Przeżywam to tym bardziej, że w tym samym czasie współpracujący z nami wybitny młody neurolog dr Maciej Wawrzyńczyk, też po udarze, niestety umarł. Kiedy leżałem na OIOM-ie w ciężkim stanie, moi bliscy nie przekazali mi tej wiadomości.

Tyle leżenia bez ruchu to doświadczenie nie do wyobrażenia.

To był bardzo trudny czas. Na OIOM-ie człowiek się nie rusza, bo nie czuje nogi ani ręki, nie może się sam przewrócić na bok. Na dodatek z powodu częstych kroplówek na przedramionach dostałem zakażenia i w pewnym momencie bardzo się bałem, że mogę tego nie przetrwać. Wtedy jeden z moich przyjaciół z Paryża, wybitny kardiochirurg prof. Thierry Folliquet powiedział: „Marian, nasz OIOM jest duży, lepiej wróć do Polski”. Bo kiedy chorych na oddziale jest 70, to dozór i opieka specjalistyczna stają się dużo trudniejsze niż na mniejszym oddziale. To on mnie przekonał, bym wrócił do Zabrza.

Szybko znaleźliście ekipę transportową?

Transportowcy niechętnie podejmują się przewozu chorego w ciężkim stanie, bo występuje ryzyko zgonu, ale z drugiej strony szybki, bezpieczny transport daje chorym szansę na dotarcie do specjalistycznego ośrodka. Ostatecznie po miesiącu wróciłem do kraju samolotem transportu sanitarnego z austriacką ekipą. Byłem wzruszony, bo okazało się, że ci ludzie znali naszą zabrzańską ekipę ze wspólnych transportów związanych z przeszczepami płuc w Wiedniu. Przyjemnie było słuchać, jak chwalili nasz ośrodek i moją decyzję o powrocie.

Czuł Pan, że Zabrze pomoże Panu w zdrowieniu?

Wiedziałem, że wśród bliskich szybciej dojdę do siebie. To się sprawdziło, bo dzięki rehabilitacji w Zabrzu i Mysłowicach zacząłem żyć, akceptować to, co się stało, ale też odzyskiwać wiarę, że nie będę inwalidą. Dzięki naszym wspaniałym lekarzom, pielęgniarkom, rehabilitantom mogę wstać, opierając się o biurko, poruszam prawą stroną ciała.

Wcześniej prawie całe dnie spędzał Pan w szpitalu przy chorych. Teraz jest Pan też pacjentem…

Choroba zatrzasnęła przede mną drzwi sali operacyjnej, przerwała też moje marzenia i największą przyjemność, jaką zawsze było przebywanie z chorymi.

Marzenia?

Tak, marzenia, żeby być blisko nich. Na szczęście czuję, że ciągle jestem potrzebny pacjentom i moim współpracownikom w Śląskim Centrum Chorób Serca. W ostatnim czasie tyle osób dało mi do zrozumienia, że czeka na mój powrót do pracy i do zdrowia, że zmotywowany tym codziennie ćwiczę jak sportowiec po sześć godzin. Albo w domu pod kierunkiem fizjoterapeutów, albo w znakomitym ośrodku dla chorych z porażeniem rdzenia w Mysłowicach. To duży wysiłek fizyczny, ale traktuję go jak zadanie. Kiedy wstaję rano i jadę na ćwiczenia, to nie wzdycham: „O Jezu”, ale po prostu stwierdzam, że nie mam wyjścia.

Trzeba być siłaczem?

Nie, po prostu wiem, że inaczej zostałbym inwalidą, a nie chcę być kłopotem dla żony i otoczenia. Bo przecież facet, który nie jest w stanie samodzielnie się poruszać, jest w jakimś sensie zawalidrogą. Więc robię wszystko, żeby to zmienić. Zobaczymy…

Przez lata uczył Pan swój zespół, że trzeba kochać pacjenta. To nie za duże słowo?

Empatii wobec chorych nigdy nie jest za dużo. To niewyczerpane źródło nadziei pomagającej w zdrowieniu. Lubiłem używać określenia, że chory to największa świętość lekarza, można rzec – jego ekspresja religii. Lekarz, pielęgniarka, pracownik medyczny modlą się codziennie, służąc chorym. To nasz medyczny brewiarz, który powinniśmy odmawiać z poszanowaniem tych, którym posługujemy.

Pacjenta stawiał Pan na pierwszym miejscu jako minister zdrowia.

I zawsze właśnie na niego będzie ukierunkowane moje działanie jako lekarza i nauczyciela akademickiego. Kiedy w 2015 r. byłem ministrem, moim duchowym doradcą był śp. ks. Jan Kaczkowski. Któregoś dnia zadzwonił bardzo zbulwersowany, ponieważ jeden z profesorów medycyny w Gdańsku, po konsultacji młodego człowieka z rakiem płuca, zamiast udzielić pokrzepiających rad, powiedział mu, że powinien położyć się spać i najlepiej się nie obudzić, żeby nie cierpieć. Za namową ks. Kaczkowskiego poprosiłem tego konsultanta na rozmowę i w sposób stanowczy dałem mu do zrozumienia, że postąpił nieetycznie. Prosiłem, żeby przeprosił nie tylko chorego, ale i jego rodzinę.

Ostro postawił Pan sprawę.

Nie było innego wyjścia. Ks. Kaczkowski był chodzącym sumieniem lekarzy, miłosiernym samarytaninem, a dla mnie – współczesnym świętym. Takim wzorem była też pracująca w naszym szpitalu wspaniała pielęgniarka Barbara Urbańczyk, niedawno zmarła z powodu choroby nowotworowej. Jestem pewien, że święta Weronika ma jej twarz i pracowite ręce.

Czego nauczyła Pana choroba?

Pokory, pokory i jeszcze raz pokory. Tego, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od pomocy bliskich. W życiu każdego z nas zdarzają się sytuacje, że wkracza w nie brutalnie choroba i stajemy wobec wysokiego muru. Jeżeli wtedy nie mamy wsparcia ze strony bliskich, przyjaciół, którzy pomogą nam ten mur pokonać, to może nam być bardzo ciężko. Dostałem dziesiątki wyrazów życzliwości i wsparcia od byłych pacjentów oraz ich rodzin. Bogu i ludziom za wszystko dziękuję!

Przypomina Pan, że każdego dnia pracujemy na przyjaźń. Może dzięki temu w trudnym momencie ktoś wyciągnie do nas rękę z pomocą...

Wiele razy powtarzałem moim studentom, że dobro darowane zawsze wraca. Dzieje się tak pod warunkiem, że będziemy w nie stale inwestować, bo nie jest dane raz na zawsze. Należy je stale podsycać jak płomień świecy.

Dobro to przede wszystkim Pan Bóg. Czy zastanawiał się Pan, dlaczego dopuścił na Pana tak trudne doświadczenie?

Nie ominęło mnie takie pytanie. Jeden z pielęgniarzy opiekujących się mną w Paryżu, Grek, katolik, powiedział mi: „Niech pan przyjmie swoją chorobę, bo to jest jakiś krzyż, który dostał pan nie bez powodu. On pana wzmocni, a nie osłabi”. Ciągle pamiętam jego słowa. Bardzo się ucieszył, kiedy wreszcie lekko poruszyłem nogą, i dodawał mi otuchy, mówiąc: „Tylko trzeba wytrwać”. Ja sam dodałem: wytrwać w pokorze i pracowitości, a to bywa trudne. I z każdego drobnego osiągnięcia czerpać nadzieję. Abp Nossol napisał do mnie po udarze list, w którym przypomniał, że katolik stale doświadcza krzyży, które układają się w jego życie. Ważne, aby się nie załamywać, tylko podejmować wyzwania. Ten list będę pamiętał do końca życia.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • majster
    04.02.2019 19:06
    Pytanie takie. Czy jak ktoś nie ma kochającej rodziny, oddanych przyjaciół, albo wybitnej pozycji zawodowej czy społecznej, ma w ogóle szanse w szpitalu przeżyć? A dbanie o koleżeńskie relacje, świadczenie innym pomocy i przysług, niekoniecznie oznacza że odwdzięczą się tym samym... No i jeszcze, niekoniecznie wszyscy muszą być ministrami i poetami, wystarczy że potrafią naprawiać Serca...
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 1 2 3 4 5
    6 7 8 9 10 11 12
    13 14 15 16 17 18 19
    20 21 22 23 24 25 26
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    17°C Sobota
    dzień
    18°C Sobota
    wieczór
    16°C Niedziela
    noc
    14°C Niedziela
    rano
    wiecej »