Wejdą, nie wejdą?

Wojna hybrydowa bywa groźniejsza niż tradycyjna. Ta druga natychmiast mobilizuje wszystkich do obrony kraju. Hybrydowa – dezorientuje, pogłębia wewnętrzne konflikty i testuje grunt pod wojnę „prawdziwą”.

Scenariusz, który najwyższe dowództwo NATO bierze poważnie pod uwagę: podczas zbliżających się rosyjsko-białoruskich manewrów ćwiczące oddziały „przypadkowo” wkraczają na terytorium Litwy; w zależności od stopnia ingerencji wojska natowskie (stacjonujące na Litwie) reagują bardziej lub mniej zdecydowanie; można założyć, że wśród agresorów akurat na tym odcinku nie będzie wojsk rosyjskich, tylko białoruskie; Rosja zatem „nie jest stroną” (choć ścisła integracja obu krajów jest już niemal domknięta, co dla każdego jest jasne), ale dokładnie analizuje reakcję Litwy i sojuszników. Doszło do wojny czy nie? Prowokacji winny jest tylko Łukaszenka czy również Putin? Reagować natychmiast i ostro czy „nie eskalować napięcia”?

Sam fakt, że pojawiają się takie wątpliwości i pytania o właściwą reakcję, pokazuje, że w takim scenariuszu mamy do czynienia z jednym z elementów wojny hybrydowej.

Agresja bez papierów

Ten termin zrobił w ostatnich latach błyskawiczną karierę. Do tego stopnia, że dziś mówi się głównie o wojnach hybrydowych w kontekście toczących się na świecie konfliktów (nie licząc takich miejsc jak Jemen czy Syria, choć i tam występują różne kombinacje wojny hybrydowej). Można by nawet odnieść wrażenie, że wojna konwencjonalna doczekała się poważnej konkurentki, gdyby nie drobny szczegół: wojna hybrydowa nie jest prowadzona zamiast konwencjonalnej. Jest albo jej nieodłączną częścią, albo przygotowaniem do niej. Może być testowaniem terenu lub próbą generalną przed uderzeniem; sterowanym chaosem i powolnym osłabianiem ofiary lub ciszą przed burzą, która nadejdzie lada chwila. Żadne z tych zjawisk nie kojarzą się z pokojem. Wojna hybrydowa nie jest więc żadną aksamitną formą agresji. Jest realną agresją, choć agresor udaje, że nim nie jest.

To wypisz wymaluj rosyjskie działania na przestrzeni co najmniej ostatnich dwóch dekad. Żaden z zaaranżowanych i zaprojektowanych w Moskwie konfliktów zbrojnych nie zaczynał się „bez powodu”. Powody oczywiście były najpierw sprawnie wyreżyserowane i cierpliwie pielęgnowane. Na końcu zawsze pojawiała się zapałka, która prowadziła do wybuchu. Tak było z Gruzją, podobnie jest z Ukrainą – najpierw z Krymem, później z Donbasem. O ile jednak w Gruzji doszło ostatecznie do „oficjalnej” agresji rosyjskiej, w przypadku Ukrainy mamy do czynienia z klasyczną wojną hybrydową. Na Krymie pojawiły się „zielone ludziki”, na których obecność nikt nie był w stanie zareagować – strzelać, nie strzelać, bronić się, nie bronić, bo tak właściwie to przed kim… W Donbasie Rosja formalnie nie walczy, tylko „rozumie” dążenia prorosyjskich separatystów. Ba, Rosja jest gotowa nawet patronować rozmowom pokojowym między władzami w Kijowie a przywódcami z samozwańczych republik na wschodzie kraju.

Artykuł 5 zadziała?

Nad Wisłą przez długie lata dominowało myślenie, że w przypadku agresji ze strony Rosji sprawa będzie jasna i oczywista. Do dziś niektórym wydaje się, że jeśli Rosja zaatakuje – czy to Łotwę, czy Litwę, czy nawet Polskę – to zrobi to tak, by ułatwić nam i NATO działanie: tzn. podjedzie grzecznie czołgami pod samą granicę, rosyjskie bombowce od razu polecą nad Rygę, Wilno i Warszawę, a wtedy państwa NATO automatycznie uruchomią art. 5 traktatu waszyngtońskiego, zobowiązujący wszystkich członków Sojuszu do obrony w razie agresji ze strony państwa trzeciego.

Niestety, nawet w obecnej napiętej sytuacji na granicy z Białorusią pojawiają się wypowiedzi i zachowania lekceważące realne działania destabilizujące Rosji, dokonywane rękami Łukaszenki. Mieszanie tego, co z oszukanymi przez niego imigrantami z Iraku (którzy za podróż i obietnicę dostania się do Niemiec zapłacili niemałe kwoty) próbują zrobić białoruskie służby, praktycznie wypychając ich na siłę na stronę polską, z rzeczywistą potrzebą otwarcia na uchodźców (drogą korytarzy humanitarnych), jest doskonałym przykładem tego, że rosyjska wojna hybrydowa działa. Bo wywołuje realny podział w społeczeństwie i zachęca kolejnych harcowników do eskapad na granicy.

Jest to jasne również dla strategów NATO, którzy poza wspomnianym na wstępie „wariantem litewskim” zupełnie poważnie analizują inny scenariusz, w którym pod granicę z Polską służby białoruskie zaganiają już nie 30 czy 100, ale 10–20 tys. osób (loty z Iraku na zaproszenie Mińska odbywają się cały czas). Sytuacja wymyka się spod kontroli, ktoś z polskiej strony przedostaje się do wykorzystanych przez Łukaszenkę uchodźców, by dostarczyć im „pomoc”, po białoruskiej stronie pada strzał mniej lub bardziej ostrzegawczy, w najgorszym wypadku jest pierwsza ofiara śmiertelna, Białoruś oskarża Polskę o naruszenie jej terytorium. A ponieważ integracja z Rosją jest już niemal dopięta, o ataku NATO na „ruski naród” grzmią wszystkie reżimowe media od Grodna po Kamczatkę. Jest wojna czy jej nie ma?

Historia hybrydowa

Brak jednomyślności polskiej klasy politycznej w obliczu ewidentnych działań destabilizujących Rosji (prowadzonych nie od dziś i nie od wczoraj) jest zdumiewający, biorąc pod uwagę tragiczną historię Polski w XX wieku. Lekceważenie metod stosowanych w wojnie hybrydowej to ignorowanie podręcznikowych faktów: przecież II wojna światowa nie wybuchła nagle, bez przygotowania gruntu; nie zaczęła się dopiero nalotem na Wieluń i atakiem na Westerplatte; prowokacja gliwicka czy szereg innych działań destabilizujących ze strony Niemiec były klasycznymi przykładami wojny hybrydowej. Podobnie było z „wkroczeniem” wojsk sowieckich na wschodnie tereny II RP. Dzięki solidnej propagandzie wszyscy w ZSRR byli przekonani, że było to konieczne dla ochrony białoruskiej i ukraińskiej ludności. Wojna hybrydowa co do istoty występuje praktycznie od wieków, choć do niedawna nikt oczywiście nie używał tego terminu. Kryteria hybrydowości spełniały wojny prowadzone przez Persów, ale też wieki później przez Mongołów. W XX wieku wojna hybrydowa albo poprzedzała wybuch wojen konwencjonalnych (zwłaszcza przed II wojną światową), albo była utrzymywaniem nieustannego napięcia i wiszącej w powietrzu groźby wybuchu III wojny światowej – to dotyczy głównie okresu zimnej wojny i nieustannego szachowania siebie nawzajem przez USA i ZSRR. Bogata kombinacja elementów wojny hybrydowej była stosowana również przed wybuchem wojny w byłej Jugosławii.

Suma wszystkich zdarzeń

Gdyby ująć w jednym zdaniu najważniejsze cechy wojny hybrydowej, w dużym skrócie można by powiedzieć, że to kombinacja ataków propagandowych, wpływania na sytuację polityczną w innym kraju, działań dywersyjnych na pograniczu, podburzania mniejszości etnicznych, wykorzystywania istniejących między nimi animozji (to samo dotyczy wzniecania podziałów społecznych w jednolitych narodowościowo krajach), ale również ataków cybernetycznych czy finansowania antysystemowych i skrajnych partii politycznych. Wojna hybrydowa nie jest zatem jednorazową akcją, wybrykiem czy prowokacją, ale raczej sumą wieloletnich działań destabilizujących i przygotowujących albo wyłącznie do osłabienia konkurenta czy wroga, albo do ataku na osłabioną i osamotnioną ofiarę. Wojna hybrydowa karmi się wszelkimi działaniami, które osłabiają pozycję międzynarodową i realną sprawczość kraju atakowanego. I rzecz równie ważna: cechą charakterystyczną wojny hybrydowej jest podtrzymywanie poczucia zagrożenia wojną w społeczeństwie kraju atakowanego, ale w taki sposób, by nie było ono podzielane przez wszystkich w jednakowym stopniu, tylko tak, by stało się kolejnym elementem podziałów w tym społeczeństwie, co prowadzi do dalszego osłabiania państwa.

Żeby było ciekawiej, Rosjanie są przekonani, że to oni są ofiarami wojny hybrydowej prowadzonej przez Zachód. Przyznał to niedawno szef rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego Siergiej Naryszkin, używając dokładnie tego sformułowania. To oczywiste – Kreml musi nieustannie przekonywać swoich podwładnych, że jego działania militarne na zachodzie kraju wynikają z zagrożenia ze strony NATO, które również prowadzi swoje manewry u granic Rosji. Propaganda rosyjska nie tłumaczy jednak słuchaczom, widzom i czytelnikom, że natowskie ćwiczenia obejmują wyłącznie działania obronne, podczas gdy rosyjsko-białoruskie wojska już od lat ćwiczą pod granicami Polski i Litwy atak na Warszawę czy Wilno, w tym również atak bronią jądrową. To zastraszanie jest również elementem wojny hybrydowej i testowania reakcji Zachodu.

Strzelać, nie strzelać?

Niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą wojna hybrydowa, sprowadza się głównie do trudności z określeniem, jakie środki podjąć wobec agresora, którego nie widać, choć jest jasne, kto nim jest. To jak stąpanie po polu minowym – jest oczywiste, że miny są, ale nie wiadomo, gdzie postawić nogę, by mina nie wybuchła. Na tym polega pułapka, którą Rosjanie zastawiają powoli, ale konsekwentnie, niemal zawsze z zamierzonym skutkiem. Pułapka polega na uśpieniu czujności tych, którzy wojnę kojarzą wyłącznie z jadącymi czołgami, ale nie potrafią rozpoznać jej w działaniach przygotowujących grunt i testujących reakcję ofiary. Zachód, nie będąc przecież monolitem, nawet w ramach NATO (różne kraje członkowskie prowadzą odmienną politykę wobec Rosji) może okazać się decyzyjnie i politycznie niezdolny do adekwatnych działań w obliczu hybrydowych zagrywek Rosji. Zachód zresztą okazał się niedysponowany już na wielu dotychczasowych etapach testowania go przez Putina. Jaką mamy pewność, że w razie przekroczenia kolejnych czerwonych linii reakcja będzie „tym razem” proporcjonalna?•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6
13°C Środa
rano
17°C Środa
dzień
18°C Środa
wieczór
15°C Czwartek
noc
wiecej »