Nie ma historii beznadziejnych

O trzeźwieniu osobistym i narodowym mówi dziennikarz i trener terapii uzależnień Rafał Porzeziński.

Agata Puścikowska: Co to jest trzeźwość w XXI wieku?

Rafał Porzeziński: To samo co w wieku XX i wcześniej. To świadome i dobrowolne pozostawanie w zgodzie ze sobą. Wybór, którego dokonuję w zgodzie z tym, czego pragnę, a nie z tym, co narzucają mi świat, emocje i inni ludzie. To możność podejmowania wyborów bez przymusu.

Mogę podjąć świadomy wybór, że dziś napiję się piwa?

Możesz. Chociaż nie sądzę, by sprawiło to, że naprawdę będziesz szczęśliwa i wolna. Owszem, przez krótką chwilę, w momencie pierwszego łyku, jesteś całkowicie wolna. Jednak z każdym późniejszym łykiem przestajesz być sobą. Zmienia się percepcja, funkcjonowanie fizyczne i psychiczne. Piwo jest środkiem psychoaktywnym jak każdy alkohol i… narkotyk. Pijesz, więc miej świadomość, że tracisz (na krótko lub długo) kompetencje intelektualne, fizyczne, moralne. Najpierw jesteś ty. Z każdym łykiem jednak więcej w tobie jest piwa i jego skutków. Legalny w Polsce narkotyk, czyli alkohol, upośledza naszą wolność, choć oczywiście nie każdy jest od niego uzależniony.

Ale jeśli piję alkohol okazjonalnie i w sposób kontrolowany, to akcje „100 dni abstynencji” czy „Nie piję w sierpniu” w ogóle mają sens?

Mają, o ile się tego nie wypaczy. Jeśli takie próby samoograniczenia kończą się radosnym oczekiwaniem na „godzinę zero”, po której można pić na umór, to oczywiście nie ma to sensu. I gdyby tak to miało działać, że 100 dni nie pijemy, a potem hulaj dusza, to biada nam. Jeśli jednak wielu ludzi podejmie abstynencję jednocześnie, to być może przekonamy się, że brak alkoholu nie upośledza relacji ze światem zewnętrznym, ale stwarza haust wolności, stwarza przestrzeń, w której nie musimy pić, by mieć znajomych, fajnie się bawić czy „leczyć” swój stres. Pomysł, by przez abstynencję niektórych dążyć do trzeźwości wszystkich, jest mi bliski. Nie wiem, jak to wpłynie na globalne spożycie, tym bardziej że nawet konserwatywne środowiska obśmiewają pomysł, jednak cieszę się i kibicuję tej inicjatywie. Z pewnością przez popularyzację postaw abstynenckich może dokonać się mały przewrót, zmiana sposobu myślenia części z nas. Oczywiście zdecydowana większość nie traktuje alkoholu jako artykułu niezbędnego do życia. Niemniej dobrze jest, jeśli podejmujemy pewne wyrzeczenie i uczymy siebie oraz innych nawyku niesięgania po alkohol. To takie antidotum na lejące się procenty w popkulturze, sztuce, polityce, codziennym życiu.

Ty sam nie byłeś uzależniony od alkoholu…

To prawda, nie byłem. Alkohol mi po prostu nie smakował, choć czasem sięgałem po piwo czy wino, chociażby podczas urodzin kogoś dla mnie ważnego. Bo przecież odmówić nie wypada, bo wszyscy, bo taki obyczaj. Jednak podczas Narodowego Kongresu Trzeźwości ks. bp Tadeusz Bronakowski zręcznie podsunął mi zasady Krucjaty Wyzwolenia Człowieka (wcześniej tego nie czytałem i nie podejmowałem Krucjaty, bo jakoś zakładałem, że to nudne i nie w moim stylu). Przeczytałem ten tekst i wszystkie zobowiązania – na przykład o tym, że nie będę robił z alkoholu prezentów, i strasznie mi się to spodobało. Trafiło do mnie, bo Krucjata ma kontekst szerszy: społeczny, nie tylko osobisty. Podpisałem zobowiązanie trwające do końca życia i nie piję już wcale.

Czyli obecna akcja „100 dni abstynencji” jednak nie jest dla Ciebie. Bo i tak nie sięgasz po alkohol.

Dla mnie właśnie, bo przekładam ją na inne pola. Od 17 lat jestem trzeźwym hazardzistą. My, hazardziści, często w czasie trzeźwienia wpadamy w kolejne uzależnienie: pracoholizm. Dlatego obecne 100 dni to czas na walkę z tym moim obecnym największym zagrożeniem i wrogiem: chorym stosunkiem do pracy. Postanowiłem w tym czasie wejść w rolę ojca na serio i poświęcić naprawdę dużo czasu swoim córkom.

Ale to 100 dni abstynencji, a nie… opieki nad dziećmi.

Jeśli deklaruję, że najważniejsza jest dla mnie rodzina, bo tak faktycznie jest, to zamiast robić czternastą godzinę kolejny projekt, będę wypełniać obowiązki ojca. To jednak trochę schizofrenia, jeśli mówię o wartości rodziny, o miłości do żony i dzieci, a okazuję to wyłącznie pracą i nieobecnością, brakiem czasu. Polecam wszystkim proste ćwiczenie: warto narysować swój zegar dobowy i podzielić go na godziny, a następnie szczerze wpisać, co podczas nich się robi. Potem trzeba skonfrontować te czynności i poświęcony im czas ze swoim deklarowanym systemem wartości. Często po prostu widać, że jesteśmy kłamcami. Okłamujemy siebie i innych. Możemy nie mieć czasu na wiele rzeczy, ale nie na to, co uznajemy za najważniejsze. Rozszerzam więc ideę trzeźwienia w 100 dni na inne aspekty życia.

Mnie takiego „odgórnego” rozszerzenia – na inne niż alkohol formy uzależnień – gdy pomysł był nagłaśniany, zabrakło.

Więc proszę bardzo, kolejne rozszerzenie: smartfonoholizm. Siedzimy non stop w smartfonach, co negatywnie działa i na ciało, i na ducha. Abstynencja od smartfonów czy pewnych aplikacji to świetny pomysł na 100 dni.

Myślę o narkomanii. Też jest wielkim zagrożeniem.

Oczywiście warto akcję 100 dni trzeźwości wykorzystać również na walkę z narkomanią etc. Jednak faktem jest, że Polacy najczęściej sięgają po papierosy i alkohol. Nawet wśród osób młodych narkotyki czy dopalacze – w porównaniu z dostępnością i ilością alkoholu – to jednak rzadkość. Większość z nas jednak ma świadomość, że narkotyki to zło. Zupełnie inaczej jest z alkoholem. Traktujemy picie albo z przymrużeniem oka, albo z uwagi na łatwość i legalność alkoholu w ogóle bagatelizujemy potencjalne złe skutki. Alkohol, nie wiedzieć czemu, w wielu sklepach można kupić 24 godziny na dobę jak lekarstwo czy chleb. Dla wielu to taki „zestaw obowiązkowy” – alkohol i papierosy, dostępne nawet na stacjach benzynowych. W efekcie tragiczną w skutkach chorobą alkoholową jest dotkniętych ponad milion Polaków pijących i kilka milionów ich bliskich – osoby współuzależnione. Roczne spożycie statystycznego Polaka jest 10 razy większe niż 100 lat temu, gdy wywalczyliśmy niepodległość.

Jak to się stało, że Ty, dziennikarz, trzeźwy hazardzista, prowadzisz program nazywany zbiorową terapią Polaków?

Projekt programu „Ocaleni” długo przeleżał na półce i czekał na czasy, gdy ktoś da mu szansę. Przez ten czas szturmowałem telewizję i tłumaczyłem, jak ważne jest, by w mediach mówiło się o uzależnieniach. Telewizja publiczna zrozumiała społeczną potrzebę, odczułem tu dobrą zmianę i ruszyliśmy z programem. Okazało się, że „Ocaleni” (mimo późnej pory emisji – czwartki przed północą w TVP1 i w niedzielę o 20.00 w TVP3) trafia do masowego odbiorcy. Dokonujemy ogromnej zmiany w sposobie mówienia o uzależnieniach. Mówimy o alkoholizmie, narkomanii, hazardzie, seksoholizmie, obżarstwie jako o chorobach cywilizacyjnych – postępujących, śmiertelnych i groźnych, które jednak można zatrzymać.

Ludzie, którzy opowiadają o swoim życiu, potwierdzają, że nie ma historii beznadziejnych, że nawet osoby, które były w rynsztoku, są w stanie odzyskać wolność i szczęście. Również mordercy mogą zacząć kochać i ratować życie innych. Mnie to zresztą pozytywnie zaskakuje, że mimo kamer, stresu telewizyjnego nasi goście otwierają się i mówią tak szczerze o życiowych dramatach. Ale to dlatego, że my – ocaleni z nałogów – chcemy dzielić się tym doświadczeniem i dawać innym nadzieję. Mamy taki wewnętrzny imperatyw wzmacniany ostatnim etapem programu 12 kroków, który mówi „podaj dalej”. Zostaliśmy ocaleni – dobro podajemy dalej – pomagamy w ocaleniu.

Taką terapię z człowieczeństwa robisz…

I trochę odkłamujemy czy uściślamy uniwersyteckie pojęcie człowieczeństwa. Brzmi ono mniej więcej tak: człowiek to istota wolna i myśląca. Ale to nie jest prawda! A na pewno nie cała. Alkoholik na dnie nie jest wolny, nie myśli, ale pozostaje człowiekiem. Natomiast jednocześnie jest w stanie odzyskiwać wolność, walczyć o nią i o siebie. I to jest właśnie człowieczeństwo. Człowieczeństwo to też świadomość bycia kochanym, kochanie samego siebie. W tym sensie my, katolicy, mamy łatwiej: wiemy, że jesteśmy kochani zawsze, nawet wtedy, gdy sami siebie zmaltretowaliśmy. Osoby będące w kryzysie oczywiście mają wielki problem z miłością do samego siebie i dlatego często wpadają w ramiona złej kochanki – pocieszycielki: uzależnienia. Gdy jednak upadną i dotkną swojego upodlenia, gdy zrozumieją, że sami nie dadzą rady, i zawyją o pomoc, otrzymają ją. Upadek totalny to nie jest jedyny, ale na pewno ostatni moment, by uczepić się nadziei. Wszystkie historie „Ocalonych” zaczęły się od wołania o pomoc.

Ty sam wołałeś?

Wyłem – bo umierałem moralnie. I pomoc przyszła. Odkryłem moc sakramentów, potem program 12 kroków, który jest drabiną wyprowadzającą z piekła. Potem widziałem ten mechanizm setki razy, gdy prowadziłem ludzi na warsztatach; upadasz, wyjesz o pomoc, otrzymujesz ją, pracujesz. Jesteś ocalony. Wielka radość ocalonego, ale jaka radość terapeuty! To widać na tradycyjnych terapiach, ale też obserwuję, że podobnie dzieje się wokół naszego programu telewizyjnego i radiowego. Na społecznościówkach związanych z programem (FB Ocaleni.TVP) aktywnie działa ponad sześć tysięcy osób, które poznały się dzięki telewizji. Rozmawiają, pomagają sobie, dzielą się doświadczeniami, modlą się za siebie, radzą sobie nawzajem. To zresztą niesamowite, bo całe życie marzyłem, żeby pracując w swoim zawodzie, mówić o tym, co dla mnie najważniejsze. I to się teraz dzieje.

Ocaleni nie ocalają się sami…

Oni faktycznie zostają ocaleni. Przychodzi pomoc nadprzyrodzona i stopniowo ocalenie się dokonuje. Chociaż oczywiście w połączeniu z własną pracą, wysiłkiem, wsparciem ze strony ludzi dobrej woli. Po latach pracy z uzależnionymi mogę zaświadczyć: sami nie jesteśmy w stanie wytrzeźwieć. Chciałbym poznać totalnie niewierzącego, który nigdy nie poprosił o wsparcie z góry, a wygrał z nałogiem. Naprawdę chciałbym taką osobę poznać i zaprosić do programu. Na razie jednak nikogo takiego nie poznałem.

Ocalenie bliskich. To też temat, który poruszacie w programie.

Tak, bo współuzależnienie to poważny problem społeczny. Dramat wielu, którzy na co dzień żyją z osobą uzależnioną, czyli manipulantem, człowiekiem chorym, zakochanym do szaleństwa w swoim śmiertelnym wrogu. Dlatego osoba współuzależniona musi zdać sobie sprawę, że jeśli leczy cudzego kaca, spłaca długi, pomaga w kłamstwach i wciąż, i wciąż wybacza, czekając, „aż się sam opamięta”, wspiera jego nałóg i zamiast ratować – prowadzi prosto do śmierci. Mówimy do współuzależnionych, żeby ratowali i kochali siebie, szukali terapii, pomocy specjalistycznej (a taka jest w całym kraju dostępna za darmo, zarówno dla uzależnionych, jak i ich rodzin), a uzależnionemu pozwolili cierpieć, ponosić konsekwencje jego działań. Jedyne, co uzależnionego może uratować, to nie łzy matki, żony czy córki, lecz jego własny ból. Dopiero gdy poczuje ból, jest szansa, że otworzy oczy, straci grunt, który i tak był ruchomymi piaskami, zacznie płynąć do brzegu i zawyje o pomoc. Zapragnie jej na serio i zostanie ocalony. •

Rafał Porzeziński

Dziennikarz radiowy i telewizyjny. W latach 2016–2018 dyrektor Programu I Polskiego Radia. Jest trenerem terapii uzależnień. ma 45 lat. Żonaty, ojciec trzech córek.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    30 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    10°C Wtorek
    wieczór
    11°C Środa
    noc
    10°C Środa
    rano
    8°C Środa
    dzień
    wiecej »