Slalomem przez bariery

Zjeżdżają z wielkiej Szymoszkowej. Szusują do dobrej zabawy i… przyszłości.

Ogłoszenie. „20 stycznia 2019 na Szymoszkowej w Zakopanem wielkie charytatywne ściganie na nartach dla mistrzów i amatorów. Fundacja Integracji przez Sport Handicap Zakopane zaprasza narciarzy i kibiców na 5. edycję charytatywnego 12-godzinnego slalomu. Celem zawodów jest promocja sportu, integracji i działań charytatywnych w Zakopanem. Aby wspierać sportowców z niepełnosprawnością, narciarze zawodowcy podejmą atak na rekord Polski w 12-godzinnym drużynowym slalomie non stop, a amatorzy – dzieci i dorośli będą walczyć o rekord trasy minislalomu”.

Antek, Klimek, Patrycja, Kuba, Andrzej i wielu innych pod czujną opieką trenerów i matek zahartowanych górskim powietrzem i miłością do dzieci ostrzą narty. Jak oni pojadą...

Bez roztkliwiania

Ale przed jazdą treningi. One czynią mistrzów. Trenuje grupa kilkunastu nastolatków, w tym Andrzejek.

Andrzej ma buzię amorka. I charakter też amorkowy: jest niezależny i gdy czegoś chce, stawia na swoim. A i wiek 14-letni robi swoje: Andrzej nie lubi zakazów i nakazów. Te narty więc uczą go nie tylko koordynacji całego ciała, ale może przede wszystkim dyscypliny, zasad, reguł. Mama Andrzeja, Anna Samek, widzi w jeździe i treningach syna same plusy. Na tyle dodatnie, że warto jeździć do Zakopanego na treningi aż z Krakowa. Bardzo regularnie.

Pani Ania obserwuje, jak Andrzej z całą grupą ustawia się w kolejce do wyciągu. Po cztery osoby wsiadają na fotele. Sprawnie. Hop. Zaczyna się długa podróż na sam szczyt Szymoszkowej. Duży wyciąg sunie powoli. Andrzej i reszta sportowców obserwują z góry narciarski świat. – Rodzice nie wierzą czasem w swoje dzieci. Myślą, że jeśli mają córkę czy syna z zespołem Downa, to lepiej wiele nie wymagać, boją się o dzieci tak bardzo, że w zasadzie trudno się dziecku rozwijać. Oczywiście dzieci funkcjonują różnie, jedne są sprawniejsze, inne mniej. Nie wszystkie muszą jeździć na nartach. Ale mogę zapewnić: jeśli się w nie uwierzy, mogą bardzo, bardzo wiele.

Andrzej jest sprawny. Mimo że przeszedł w życiu już bardzo wiele. Białaczkę na przykład. – Gdy zachorował jako maluch, ustawiło mnie to do pionu: to była śmiertelna choroba, z którą trzeba walczyć i nią się przejmować. Zespołem przejmować się więc przestałam. Gdy syn wyzdrowiał, po okresie chuchania i dmuchania związanym z obniżoną odpornością, pojechaliśmy wszyscy razem, rodzinnie, na narty. Syn miał siedem lat. I chyba od tamtego czasu narty zaczęły być naturalnym elementem życia. Takie nasze rodzinne hobby.

Jeździć na nartach, gdy ma się z Zespół Downa, teoretycznie łatwo nie jest. Wrodzona i naturalna dla syndromu wiotkość mięśni nie pomaga. Nie pomaga też trudność w poruszaniu się naprzemiennie. A mimo to Andrzej szusuje sprawnie, szybko. Tak szybko, że odłączył się od grupy i z zawadiackim spojrzeniem, samodzielnie, próbuje szturmować wyciąg. Kozak.

– Cały Andrzej – grozi palcem mama, a zaraz potem trenerzy upominają i przypominają zasady: jeździmy razem, sprawnie, pod opieką, w grupie. A to grupa młodzieżowa Fundacji Integracji przez Sport Handicap Zakopane, założona przez odważne mamy i wielokrotną mistrzynię Polski i Francji w narciarstwie alpejskim, olimpijkę z Sarajewa i Calgary, Małgorzatę Tlałkę-Długosz. Klub sportowy przy fundacji działa szósty rok i zrzesza dzieci i młodzież z niepełnosprawnościami intelektualnymi.

– Z Andrzejem jesteśmy tu najkrócej, raptem od października – tłumaczy pani Ania. – I jestem zachwycona: obserwuję wspaniałe dzieciaki, ale i niesamowite matki: konkretne, zadziorne, mocne psychicznie góralki, które mądrze prowadzą swoje dzieci. Hartują i wychowują. I jestem też pod wrażeniem trenerów.

To dopiero team. Pokona każdy slalom gigant ograniczeń i ludzkiego „nie da się”. Dzieci trenują trzy razy w tygodniu. Nie ma taryfy ulgowej, nie ma roztkliwiania się. Tak się rodzą mistrzowie. Trudności w osiągnięciu naprzemienności ruchów powoli odchodzą w niepamięć.

Założycielka i trenerka Handicap Zakopane szusuje ze swoimi podopiecznymi. Poprawia ustawienie nart, postawę, dopinguje do wysiłku. Zjechali. W czasie krótkiej przerwy dzieci przylepiają się do pani Małgosi i odstąpić nie chcą. Skąd w legendzie polskiego narciarstwa alpejskiego chęć i pasja, by całkowicie poświęcić się trenowaniu dzieci z niepełnosprawnościami intelektualnymi? – Chyba w 2002 r. obserwowałam zorganizowane w Zakopanem olimpiady specjalne. Atmosfera i pozytywna energia ludzi, których wtedy poznałam, były pierwszym motywatorem. Następnie poznałam też tutejsze rodziny, które wychowywały dzieci z zespołem Downa. Wiedziałam, że w zwyczajnych klubach narciarskich „takich” dzieci nie chciano przyjmować.

W sporcie niepełnosprawnych na Podhalu niewiele się działo. Więc kiedy pani Małgorzata uczestniczyła w zawodach dla osób niepełnosprawnych w Suchem i zobaczyła, że nie ma reprezentacji Podhala, postanowiła coś zrobić. – Od decyzji szybko przeszliśmy do działania.

Więc działają. Dzieci uczą się chętnie. Robią postępy. – Dzieci są świetne, ale ich matki to prawdziwe heroski. One dopiero umieją walczyć! – mówi pani Małgosia.

Tymczasem rzeczone bohaterki odbijają komplement. Bo przecież gdyby nie pani Małgosia... To ona znajduje sponsorów, to ona motywuje, to ona wyznacza cele. To ona, w końcu, wymaga. Konsekwentna w działaniu i konkretna. Żelazna narciarska dama o gołębim sercu.

Mistrz Antoni

Szusuje Antek. Mistrz nad mistrzami. Na dole wyciągu zgrabnie dojeżdża do mamy, Magdaleny. Pryzma śniegu mieni się w styczniowym ostrym słońcu. Antek dopada do mamy i przytula się do jej coraz bardziej okrągłego brzucha. Czyli do siostry Marysi. Marysia urodzi się w kwietniu. Już teraz Antek i jego dwaj młodsi bracia wybierają siostrze dyscyplinę. Rodzina Wierciochów mieszka w Kościelisku. Antek, najstarszy z rodzeństwa, ma 15 lat. Sportowa to rodzina – mama była biegaczką, ojciec alpejczykiem. Porodziły się dzieci, więc wszyscy synowie też trenują. Antek narciarstwo alpejskie, młodsi bracia skoki i bieganie.

– U nas dziesięć lat temu integracja i oferta dla dzieci niepełnosprawnych była… średnia – eufemistycznie dobiera słowa pani Magda. – Musieliśmy zawalczyć o klasę integracyjną, nie było miejsca, w którym syn mógłby trenować. Trenerzy nie bardzo wiedzieli, jak się do tego zabrać.

Pani Magda ze znajomą, Zofią Ziębą – mamą Klimka (też narciarz nad narciarze!) wzięły więc sprawy w swoje ręce. Nawiązały kontakt z Małgorzatą Tlałką. I tak to się zaczęło. – Przyznam, że zaskoczył nas rozmach, z jakim pracuje pani Małgosia. Na olimpiadach nasi zawodnicy stanowią świetną, dobrze ubraną i perfekcyjnie przygotowaną ekipę. A trenerzy – Szymon, Misia, Marta – to najlepsi z najlepszych.

Antek przestępuje z nogi na nogę. Chce sam opowiadać o sobie. Prawdziwy mistrz nie potrzebuje rzeczników prasowych. Szczególnie w postaci mamy. Więc Antek po treningach najbardziej lubi zjeść wielkiego pączka. W domu gotuje razem z mamą – lubi domową pizzę oraz moskole. Poza tym czeka na siostrę i gdy się w końcu urodzi, będzie ją kołysał i tulił, żeby nie płakała. Mistrz olimpijski w narciarstwie alpejskim z pewnością i z noworodkiem sobie poradzi.

Bo Antek naprawdę jest mistrzem olimpijskim. Podwójnym. A było to tak. Najpierw został mistrzem Polski. Potem, w wieku 12 lat, pojechał na olimpiadę specjalną do Schladming. Był jednym z najmłodszych spośród 2700 uczestników. I tak startował, że przywiózł dwa srebrne medale. Ważył wtedy 32 kg i miał rozmiar buta 32. Pokonał zawodników dużo większych i starszych też. I wciąż trenuje. Krzepki, energiczny. – Taki on jest. Jego najlepsza rehabilitacja i stymulacja to narty i młodsi bracia. Robi wszystko tak jak oni. Nie mówił do czasu, gdy dwa lata temu młodszy brat uczył się mówić. I tak się nauczyli razem. Świetnie jeździ na nartach. Czyta, pisze. A butów nie wiąże. Nie umie. Nie musi. – Czasami nie lubię jeździć i jestem zmęczony – mówi nieco przewrotnie Antek. – I chcę piłkę nożną. O tak: jak Messi i Lewandowski….

– Jak się skończy kariera narciarska, może zaczniemy piłkarską – śmieje się pani Magda. Ale teraz kolejny wjazd. I zjazd. Świetnym szusem.

Otwarty Kuba

Kuba Kaim góruje nad grupą. 180 cm wzrostu, słusznej budowy mimo ledwie 14 lat. Mama Ewa kibicuje na dole stacji. Patrzy na jedynaka z czułością i uśmiechem. Kuba jedzie skupiony. Na dole zatrzymuje się bez wywrotki, mimo że już gdzieniegdzie muldy. Uśmiecha się. Pani Ewa od trzech lat przywozi syna na zajęcia fundacji. A od nieco ponad roku Kuba jeździ. Wcześniej długo… chodził przy dolnej stacji. W narciarskich, grubych i niewygodnych butach. Chodził, chodził, w prawo, w lewo. Poznawał tak miejsce, ludzi, przyzwyczajał się. Jak każdemu autyście, żeby się do czegoś przekonać, zrozumieć, żeby nie bolała skóra i wszystkie, jakże nadwrażliwe zmysły, potrzebny był czas.

– Chciałam znaleźć mu zajęcia, które by go skutecznie wyciągnęły z rutyny domowej, a dodatkowo integrowały i uczyły funkcjonowania w społeczeństwie – opowiada pani Ewa. Bo Kuba nic nie chciał, nie inicjował żadnych aktywności, był mocno zamknięty. Jak większość dzieci z autyzmem. Trudno go było wyciągnąć z domu, trudno było przekonać do czegokolwiek. Próbowałam wszelkimi sposobami otwierać syna na świat. A skutek? Marny...

I dopiero ten sport zdziałał cuda. – Jestem Kuba – mówi Kuba. I się uśmiecha. Podaje rękę. Z chwilą gdy zaczął uprawiać sport, jak mówi jego mama, bardzo się otworzył. Mówi, czyta, pisze.

– Cała energia Kuby i autystyczna agresja zostaje na treningu. On się najeździ, a ja mam potem spokojne, zadowolone dziecko w domu. Kuba nie bierze w tej chwili żadnych leków wyciszających. A nie zawsze było z nim różowo... Niedawno Kuba stwierdził: „Jak jeżdżę na nartach, to mam lepiej w głowie poukładane”.

I prawda. Bo gdy jeździ, czasem przy zawiei i zamieci, prostuje sobie Kuba jakże trudny z jego perspektywy świat. Układa sobie wszystko również i dlatego, że trenuje z ciepłymi, otwartymi, radosnymi Antkiem, Patrycją, Andrzejem, Klimkiem. On, zwykle niechętny do działania autysta, czerpie energię od dzieci z zespołem Downa.

– Nasze życie jest w dużym stopniu podporządkowane treningom – opowiada pani Ewa. – Ale o to właśnie chodzi. Idziemy na trening, a Kuba swój autyzm zostawia za drzwiami. Na treningach daje siebie całego, stara się, lubi trenerów. To ważne, bo trenerzy traktują go zwyczajnie, wymagają, a to daje pozytywny skutek.

Więc Kuba z dziecka, które nie tolerowało nowości, zmian, ucisku na stopy, czuło się źle w nowych ubraniach i w zmieniających się życiowych okolicznościach, potrafi jeździć w plastikowych, sztywnych butach, gdy zimno, i gdy mokro.

– Przełamał barierę sztywnego, ciężkiego buta. Ale przełamał znacznie więcej. Siebie i swoje ograniczenia. Przełamał tabu autyzmu – mówi z przekonaniem pani Ewa. – Nie ma rzeczy niemożliwych, również dla dzieci z autyzmem. A moim marzeniem jest, by Kuba w przyszłości był samodzielny i pracował. I nikt mi nie powie, że on nie pokona barier. On je slalomem ominie. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    11 12 13 14 15 16 17
    18 19 20 21 22 23 24
    25 26 27 28 29 30 31
    1 2 3 4 5 6 7
    20°C Czwartek
    wieczór
    18°C Piątek
    noc
    22°C Piątek
    rano
    23°C Piątek
    dzień
    wiecej »