Krew zasiewem pokoju

Niezwykle trudno zgodzić się na bezradność wobec zła. Zaakceptować zagrożenie. Niezwykle trudno powiedzieć „nie” agresji, zemście, profilaktycznemu atakowi.

Wszystkie ośrodki, organizacje, instytucje, przywódcy i wierni chrześcijańscy są pełnoprawnymi celami dla mudżahedinów wszędzie tam, gdzie można ich dosięgnąć – stwierdza Al-Kaida. Na pogrzebie zamordowanych w ostatnim ataku w Bagdadzie księży odczytano papieski telegram. Benedykt XVI apeluje w nim, aby krew ofiar stała się zasiewem pokoju i odnowy.

Dwa stwierdzenia. Dwa spojrzenia. Dwa światy.

Nie odpowiadać złem na zło, nienawiścią na nienawiść, jest bardzo trudno. Zwłaszcza wówczas, gdy groźba brzmi absurdalnie i dotyczyć może tak naprawdę każdego z nas, wszędzie na świecie. Zwłaszcza wtedy, gdy równocześnie okazuje się, że znalezienie bomby w samolocie wcale nie jest takie proste, nawet jeśli wiadomo, że się w nim znajduje. Co dopiero, gdyby takiej informacji nie było?

Niezwykle trudno zgodzić się na bezradność wobec zła. Zaakceptować zagrożenie. Niezwykle trudno powiedzieć „nie” agresji, zemście, profilaktycznemu atakowi. Sposób by się zapewne znalazł, tylko doprowadziłby do potwornej, masowej zagłady.

Przeżywamy w Kościele czas szczególny: czas który ma nam przypomnieć, że śmierć nie jest końcem. Jest tylko bramą do nowego, wiecznego życia. Bramą do świata, w którym miłość, a nie nienawiść, zwycięża.

Kilka dni temu obserwowałam w jednej z telewizji próby oswojenia śmierci, zdystansowania się do niej. Tyleż rozpaczliwe co puste. Przed śmiercią nie da się uciec. Tą, która dotyczy ludzi wokół nas i tą, która zagraża nam samym. Można ją zbanalizować, zagłuszyć, wyśmiać, ale ciągle zostaje ten podskórny strach, który mówi, że nie jesteśmy bezpieczni w naszym trwaniu. I właśnie ten strach nie pozwala odpowiadać dobrem na zło.

Przecięcie łańcucha wzajemnej nienawiści, zatrzymanie zła na sobie i nie oddawanie go dalej wymaga odwagi. Tej, która płynie z nadziei, że ani śmierć, ani życie, ani jakiekolwiek stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga. Paradoksalnie: podobna nadzieja pozwala terrorystom zabijać. Można bez lęku czynić potworne zło. Nie da się go pokonać żadnym działaniem, którego motywem jest lęk, a celem próba jego wywołania. Jedyny sposób, to przestać się lękać i czynić dobro.

Tak by krew ofiar stała się naprawdę zasiewem pokoju.
 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Telefon
    03.11.2010 19:45
    Jesteśmy pewni, że jest to wojna dobra ze złem?

    Oni są źli.. bardzo źli, zabijają nas, wysadzają nas, zabijają nawet najsłabszych z nas.. więc są źli.. w naszych oczach!
    Tak jesteśmy skonstruowani, że to co stanowi dla nas egzystencalne zagrożenie w naszych oczach urasta do obrazu monstrum. To wynik przystosowania do życia w dziczy, tak by mózg postrzegał takiego dajmy na to przepięknego skądinąd lamparta jako bestię.

    Ja myślę, że to jest raczej tak, że żyjąc długo w sąsiedztwie chrześcijańska Europa postrzegała muzułmanów jako takie właśnie zagrożenie, a muzułmanie tak samo postrzegali chrześcijan.

    Ludzie religijni nie często postrzegają samych siebie jako organizm dostosowany poprzez dobór naturalny do złożonych warunków, więc instynktowne poznanie nie często poddają sceptycyzmowi. Ja myślę, że w tym przypadku to jest jedynie pozostałość po religijnych wojnach chrześcijańsko-muzułmańskich. W wyniku postępu, bogactwa, oświecenia z mysli Europy dawno już pierzchły memy krucjat. Tam też dużo uległo zmianie, ale bieda i izolacja stworzyły warunki, że przetrwały jakby pozostałości średniowiecznych memów, coś na kształt wykopanego z przed tysiącleci dawnego wytworu rąk ludzkich.

    Ja myślę, że oni mają się za dobrych, a walczą głównie dlatego, że zło które ich mózgi widzą jest tak rozległe (nas jest dużo więcej niż ich:), a jeśli gramy w strategię i zostało nam 50 jednostek, a przeciwnik ma ich kilka milionów to logiczną strategią jest nie honorowa walka jeden na jeden lecz właśnie niszczenie gdzieś w centrum intratnych dla wroga obiektów.

    Człowiek się wzruszy, nastąpi w nim przełamanie emocjonalne na widok ojca zabitych żołnierzy, który im publicznie wybacza wówczas, jeśli podświadomie człowiek czuje się winny. Wówczas może nastąpić odkrycie tej winy, która zdominuje główne ośrodki decyzyjne.
    Ale jeśli tej winy nie ma? Jeśli dla nich to jest zaszczyt zabić lamparta? A czymże dla nas jest dziś zwycięstwo pod Wiedniem? Zniszczono tam przeważającego wroga. Społeczeństwo laicko-konsumpcyjne XXI wieku jest o wiele większym zagrożeniem dla tamtych memów niż którakolwiek z kampanii religijnych średniowiecza (którejkolwiek ze stron).

    Zmierzając ku końcowi tej refleksji trzeba jeszcze zauważyć, że to co piszesz o skuteczności przyjmowania na siebie czyjegoś zła i parowania go przebaczeniem było skuteczne niejednokrotnie w Europie, np. wobec wrogich Rzymian (przykład stary jak chrześcijaństwo). Tyle, że dla Rzymian byli o wiele bardziej "swoi" i "ludzcy" niż są "swoi" i "ludzcy" względem siebie przedstawiciele odmiennych cywilizacji. To czysty egozim biologiczny, najbardziej rozpaczamy ze śmierci członków rodziny, potem ziomków, członków plemienia, dopiero potem państwa. Ilu zapłacze, że autobus spłonął w Polsce? a ilu gdy usłyszy to samo o Peru lub Indonezji?

    Tak więc aby Twoja koncepcja była skuteczna... A doprawdy kilkoro papierzy mierząc się z tym samym memem, który Ty dziś chcesz zminimalizować tylko miłością wybrało jednak zbrojne krucjaty. Tak więc aby Twoja koncepcja była skuteczna... musimy jednocześnie sprawić by oni zobaczyli w nas ludzi. Ale nie w sensie ogólnym, takim jak się wie, że wszyscy jesteśmy ludźmi w klasyfikacji biologicznej, tylko w takim sensie, w jakim my się przejmujemy ludźmi "naszymi", a nie tymi "obcymi". Samo odpuszczenie im win, choćby publiczne i we łzach wg mnie nie wiele da, jeśli oprócz tego sami postrzegamy ich jako zło i nic dla nich nie robimy.

    Chyba byłoby więc lepiej gdyby wtedy po WTC USA władowało te olbrzymie pieniądze nie w wojnę, ale w zbudowanie tam w świecie Arabskim szkół, przedszkoli muzułmańskich, miejsc rozdawania żywności, szkół zawodowych dla ludności biednej. Wtedy "tamci" poznaliby "naszych". Nastąpiłby taki proces jak w Polsce i Niemczech kiedy były wymiany pomiędzy szkołami, żeby się młodzieży poznała nawzajem z nadzieją na lepszą przyszłość. Taka strategia byłaby dla USA zwycięska. Ta odpowiedź na agresywny atak oznaczałaby ~ imho ~ siłę i potęgę.
    Ale w USA rządzili konserwatyści, nie myśleli w kategoriach ewolucji, doboru naturalnego, nie widzieli gier memów w umysłach ludzkich. Zobaczyli lamparta, uznali że jest to wojna dobra ze złem, że atakuje zło, demon z pustyni. I biorąc instyntky za wiarygodne źródło wiedzy o rzeczywistości zaatakowali tego lamparta czy demona.

    Na chwilę obecną wstrzymałbym się z propozycjami by ktokolwiek reagował czystą miłością, bo nie jest dla mnie oczywiste czy oni odczuwają poczucie winy takie jak czuje ktoś krzywdząc brata. Dopóki świat, ONZ nie jest silne w opisanym przeze mnie sensie chyba nie odniosą te akt człowieczeństwa wielkiego sukcesu. Wymieniłem powody które jak sądzę to uzasadniają. USA było o wiele silniejsze niż średniowieczny Rzym wobec tego problemu. Mogli pobudować te żłobki i przedszkola, ale oni wysłali armię.. tym mniej tamci widzą w nas "swojaków", tym mniejsza szansa, ża zareagują na akt chrześcijański jak już oklepani Rzymianie.
  • jo_tka
    03.11.2010 20:31
    1. Nie powiedziałam, że ktokolwiek JEST ZŁY. Natomiast nie ulega wątpliwości, przynajmniej dla mnie, że terroryzm jest złem. Zabijanie, zwłaszcza zabijanie niewinnych ludzi jest złem.

    2. Czy to jest walka dobra ze złem? Taka walka jest zawsze gdy jest człowiek, który ma podjąć decyzję, gdy dzieje się zło i trzeba na nie zareagować. Nie postawiłam alternatywy MY - dobrzy, ONI - źli.

    3. Jeśli dobrze pamiętam, w tekście nie ma ani słowa o muzułmanach. Pada słowo "terroryści". Nie każdy muzułmanin jest terrorystą i zapewne nie każdy terrorysta muzułmaninem. Niemniej do zamachów samobójczych potrzeba zazwyczaj tego szczególnego nastawienia, które lekceważy życie tutaj, a przynajmniej nie stawia go na pierwszej pozycji.

    4. Oczywiście, że im gorsze życie tutaj, tym mniej jest do stracenia. Niemniej ludzi którzy przekroczyli pewną granicę nie przestraszysz. Nie da się człowieka zabić kilka razy. Jeśli za wszystko grozi mi śmierć, niech przynajmniej zginę za coś ważnego. To nie tylko muzułmanie, to także wielu ludzi w okupowanej Polsce...

    5. Jeśli masz dwie grupy, z których jedna żyje w strachu, zawsze przewagę będą mieli ci, którzy się nie boją. Ci, którzy się nie zawahają. Ci, którzy nie dadzą się zastraszyć i robią swoje. Tak zwyczajnie. Nie widzisz, że grają na strachu?

    6. Co do bezradności: Z Jemenu nie można przewozić paczek? Z Grecji też nie będzie można przewieźć tonera do drukarki? To wyślą z Brazylii, co za problem? Zablokujesz cały transport międzynarodowy?

    7. Problem jest tylko w jednym. Po pierwsze: przestać się bać. Po drugie: nie pozwolić sobie na nienawiść. Jej eskalacja skończy się wojną atomową. Bo ktoś uzna, że nie ma innego wyjścia. Broń istnieje, prawda?

    A zupełnie na marginesie: w Wietnamie Amerykanie szczepili dzieci. Tym dzieciom potem obcinano ręce, bo przyjęły coś od obcych. Nie da się nikomu pomóc na siłę, wbrew niemu, nie szanując jego kultury, jego światopoglądu, jego tożsamości. Nie da się zrobić Stanów z Jemenu. Kłopoty są nawet z asymilacją muzułmanów żyjących od lat w społeczeństwach zachodnich. Jest od groma mechanizmów, które ją blokują. Nie tylko status materialny i kwestia wiedzy. Także nasiąkanie postawami roszczeniowymi, beznadzieja, bezwartościowość, bezradność. I kontrast.

    Tak naprawdę, gdzieś można to podsumować określeniem "brak miłości". W wymiarze społecznym. To dużo szersze słowo niż sam rozwój (gospodarczy, naukowy, finansowy, każdy inny).
  • jo_tka
    03.11.2010 20:44
    Aha, jeszcze jedno. Nie napisałam ani słowa o przebaczeniu. Pisałam o braku nienawiści. O odpowiadaniu dobrem na zło.

    Pewnie, że wewnętrznie wymaga to podjęcia wysiłku przebaczenia. Ale to moja wewnętrzna sprawa, moja wewnętrzna praca.

    I nijak się to ma do poczucia winy. Co więcej: nijak się to ma do skuteczności w perspektywie krótkoterminowej (czytaj: pewnie naszego życia, albo i kilku pokoleń). Niemniej innego sposobu nie ma. Tak zwyczajnie. Każdy inny doprowadzi do jeszcze większego zła.
  • gabi
    04.11.2010 11:27
    "Zło dobrem zwyciężaj" te słowa powinny być naszym mottem. Bardzo trudne do wykonania i czasem nie wiadomo w jaki sposób zwyciężać to "zło". Do jakiego stpnia ta obrona własna jest usprawiedliwiona, czy pewne działania nie są już przekroczeniem tej obrony? Zawsze jednak pozostaje modlitwa.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 1 2 3 4 5
    6 7 8 9 10 11 12
    13 14 15 16 17 18 19
    20 21 22 23 24 25 26
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    27°C Niedziela
    wieczór
    23°C Poniedziałek
    noc
    19°C Poniedziałek
    rano
    25°C Poniedziałek
    dzień
    wiecej »