Historia liturgii przeczy teorii, że zawsze tak było. Zresztą nie tylko liturgii. Zaś w trwających – nie tylko dziś – wojnach dużych i małych widzę trzy niebezpieczeństwa.
Przed kilkoma dniami odwiedziłem sklep z dewocjonaliami. Dwa razy doznałem zadziwienia. Najpierw ujrzawszy stary, zabytkowy Mszał, leżący na stoliku. Otwarty na formule konsekracji. Pierwsze, co zauważyłem: brakowało w nim formuły: quod pro vobis tradetur – które za was będzie wydane. Tłumaczenie – nawiasem mówiąc – budzące zrozumiałe wątpliwości wśród filologów klasycznych. Mimo to, nie zapominajmy, ważnie używane, bo zatwierdzone przez kompetentna władzę kościelną. To samo zresztą dotyczy Mszału włoskiego, w którym „pro multis” – polskie za wielu, przetłumaczone jest „per tutti” – czyli za wszystkich.
Przed kilku laty przetoczyła się przez polski Internet mała wojenka. Rzekomo Franciszek miał zmienić włoską formułę konsekracji. Jako że pamięć dziennikarska nie kończy się na wiadomości sprzed trzech godzin, sięgnąłem do obrzędów, wydanych na początku dwudziestego pierwszego wieku i okazało się, że Jan Paweł II również używał formuły „per tutti”.
Chwilę później zjawił się w sklepie pan w średni wieku, zainteresowany kupnem sutanny. Trochę zdziwiony, że nie ma gotowych, na wymiar, tylko trzeba zamawiać. Strój miał być przeznaczony dla syna, służącego do Mszy, celebrowanej według Mszału Jana XXII, zwanej popularnie trydencką. Popatrzyłem nań zdziwiony i wspomniałem pierwsze lata posługi przy ołtarzu, jeszcze za czasów starej liturgii. Klasyczne, czarne sutanny nosili księża i klerycy. Ministranci, owszem, podczas uroczystości zakładali podobne stroje, ale w trzech kolorach: czerwonym, zielonym i fioletowym. A wszystko działo się pod okien jednego z najwybitniejszych wówczas polskich liturgistów. Mówiono, że wychowanków księdza profesora Adameckiego poznawało się po sposobie celebracji. Legendą włocławskiej katedry były opowieści o tym, jak ksiądz profesor strofował biskupa za drobne błędy. Robił to – powiedzmy – w sposób mało konwencjonalny. Nie wiem, czy dziś ktokolwiek inny miałby taką odwagę.
W 1993 roku Towarzystwo Naukowe KUL wydało Antologię modlitwy wczesnochrześcijańskiej. Ależ to fascynująca lektura. Niektóre teksty publikowaliśmy przed laty jako dodatek do codziennych rozważań adwentowych. Lektura uświadamiająca, że w kwestii liturgii Kościół nigdy nie był monolitem. Nawet po ogłoszeniu przez Piusa V bulli Quo primum tempore. Ta bowiem zezwalała na celebracje w obrządkach, mających ponad dwustuletnią tradycję. W tej sposób wyjęty spod reformy był między innymi ryt ambrozjański, pielęgnowany w Mediolanie. Dziś niektórzy dziwią się, że Adwent w tamtejszym Kościele trwa nie cztery, ale sześć tygodni.
Historia liturgii przeczy teorii, że zawsze tak było. Zresztą nie tylko liturgii. Zaś w trwających – nie tylko dziś – wojnach dużych i małych widzę trzy niebezpieczeństwa.
Pierwszym jest przekonanie, że stara liturgia była bardziej „mistyczna”. Otóż pokolenie nieżyjących już księży (spotkałem takowych w pierwszych latach posługi) żartowało niekiedy, że nie da się odprawić Mszy, przy okazji nie popełniając grzechu zaniedbania. Rzeczywiście, w jednym obowiązujących wówczas podręczników znalazłem przepisy, dotyczące okadzenia ołtarza. Trzydzieści dwa ruchy ręką w ściśle określonej kolejności. O pomyłkę, zarazem o grzech, nie było trudno. Widziałem też księży, przeżywających męczarnie podczas wypowiadania słów konsekracji, gdyż obawiali się, czy każde z nich zostało wypowiedziane poprawnie i – w związku z tym – czy Msza była ważna.
Drugim jest brak specjalistycznej wiedzy. Ot, chociażby to, o czym wspomniałem wyżej w temacie zachowania przez Piusa V starych rytów. Ale i zmian, jakie dokonały się w liturgii już po Soborze Trydenckim. A było ich naprawdę dużo. Kongregacja ds. Świętych Obrzędów nie próżnowała, wydając dyrektywy, udzielając zezwoleń, w wyniku których – dla przykładu – w pewnych okresach nakładały się na siebie dwie lub trzy oktawy, skutkiem czego było choćby używanie kilku kolekt. Zdziwiłem się niepomiernie, gdy mój drugi proboszcz skorzystał z tego prawa w dniu, w którym uroczystość Świętego Stanisława, biskupa i męczennika łączyła się ze Wniebowstąpieniem Pańskim.
Wreszcie – trzecie – to, co zbliża nas do granicy rozłamu w Kościele. Podsunął mi ktoś nie tak dawno odpowiedź, udzieloną wiernemu pytającemu co ma zrobić, gdy w okolicy nie ma możliwości uczestniczenia we Mszy, odprawianej według Mszału Jana XXIII. Szok. „Dla dobra duchowego lepiej zrezygnować z uczestniczenia we Mszy świętej”. Tu, moim zdaniem, granica została przekroczona. Jeśli wojny duże i małe prowadzą do lepszego zrozumienia liturgii, pogłębienia rozumienia celebracji i braci, uczestniczących w innej formie jej sprawowania, wreszcie uświęcenia, spierajmy się, bo spór w Kościele też nie jest niczym nowym. Ale jeśli prowadzą do wykluczenia, odrzucenia, oskarżenia, rozłamu – powiedzmy otwarcie: ta wojna nie jest dziełem Ducha Świętego. On nie rozprasza. Gromadzi.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
To tylko zachęciłoby Moskwę do kontynuowania agresywnej polityki.
Prace naprawcze trwają wszędzie tam, gdzie pozwala na to sytuacja bezpieczeństwa.
Prezydium COMECE z niepokojem przyjęło niedawny wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.