Kocioł kaukaski

Przy konflikcie wokół Górskiego Karabachu nawet wojna w Syrii wydaje się łatwa do wyjaśnienia. Choć padają strzały i giną ludzie, odmrażany co chwilę spór między Armenią a Azerbejdżanem sprawia wrażenie dobrze zaprogramowanej gry wojennej.

Niedzielny poranek 27 września. Sporne tereny zostają ostrzelane ze strony Azerbejdżanu, kilka godzin później resort obrony tego kraju oficjalnie ogłasza, że rozpoczął „operację wojskową w Górskim Karabachu”. Strona ormiańska odpowiada ogniem i wprowadzeniem stanu wojennego. I Azerowie, i Ormianie mówią o ofiarach śmiertelnych zarówno wśród wojskowych, jak i cywilów… Na pozór wszystko brzmi dość przewidywalnie: ot, jedna z lokalnych wojenek, nieróżniąca się niczym od wielu innych konfliktów na Kaukazie. W rzeczywistości to nie „jedna z wojenek”, tylko raczej ciągle odmrażana wojna – matka wszelkich konfliktów w poradzieckim świecie. Wielowymiarowa, nierozstrzygalna i angażująca trzy regionalne potęgi: Iran oraz przede wszystkim Rosję i Turcję.

Inkubator

O Górskim Karabachu ostatnio było głośno w 2016 roku, gdy doszło do tzw. wojny czterodniowej. Wtedy młodsze pokolenie po raz pierwszy usłyszało o tym zakaukaskim regionie, wciśniętym między Armenię a Azerbejdżan, formalnie należącym do tego drugiego, choć zamieszkiwanym niemal wyłącznie przez Ormian; regionie uznającym się za niezależne państwo, choć nieuznawanym przez nikogo na świecie, łącznie z utrzymującą je Armenią, walczącą o odbicie go Azerbejdżanowi.

Nieco starsi pamiętali, że wojna czterodniowa była powtórką, na mniejszą skalę, regularnej wojny między tymi dwoma narodami z lat 1988–1994. Tak naprawdę jednak ten konflikt jest żywy nieustannie. Do mniejszej niż obecnie, ale realnej wymiany ognia lub innych incydentów dochodzi tam niemal w każdym tygodniu. Konflikt azersko-ormiański o Górski Karabach toczy się praktycznie „od zawsze”, a w XX wieku stał się szczególnie wyraźny, nawet jeśli w okresie ZSRR (i Armenia, i Azerbejdżan były republikami radzieckimi) wydawał się „zabetonowany”.

Powiedzieć, że w tym konflikcie za Armenią stoi Rosja, a za Azerbejdżanem Turcja, to jakby nic nie powiedzieć. To jedna z tych sytuacji, w której próba wytłumaczenia, kto z kim, przeciw komu i w sojuszu z kim walczy, jest nie lada wyzwaniem. Sami mieszkańcy Górskiego Karabachu zdają się mówić: „Im chodzi o politykę i ambicje. Nam chodzi o przetrwanie”. Nie mają pewności, kto wróg, kto sojusznik. Ta niepewność to intuicyjne potwierdzenie natury tego konfliktu, który choć opiera się na realnych wzajemnych animozjach Azerów i Ormian, sprawia wrażenie wojennego inkubatora i narzędzia do wzajemnego szachowania się przez regionalne potęgi i zarazem utrzymywania względnej równowagi sił.

Ofiar nikt nie pyta

„Nam ta wojna została narzucona. Azerowie nie chcieli nawet słuchać, co mieliśmy do powiedzenia. Mój naród musiał ją podjąć. Teraz już nikt nad nią nie panuje, staje się coraz większa i większa” – czytam w „Dobrym miejscu do umierania” Wojciecha Jagielskiego wyjaśnienie ze strony ormiańskiego katolikosa Wazgena I. A wersja Azerów jest taka: „Poszło o to, że Ormianie nie chcą i nigdy nie chcieli żyć z nami w zgodzie, uważają się za lepszych, mądrzejszych. Wydaje im się, że są Bóg wie kim. Chcieli nam odebrać Karabach, bo kiedyś, przed wiekami, była tu Wielka Armenia” – tłumaczył autorowi Aga-Sani, azerski przewodnik.

Ormianie wierzą, że Azerowie nienawidzą ich za to, że są przeszkodą w zjednoczeniu się z Turcją (nazywają Azerów Turkami). Sami patrzą z nadzieją na Rosję, choć to Moskwa prawie sto lat temu „podarowała” Karabach Azerom, gdy liczyła na wspólne interesy z Turkami. Azerowie zaś, przy wsparciu Turcji, najchętniej przerobiliby Ormian na Turków właśnie. Albo wygnali lub wybili co do jednego. A i Rosjanie, dopóki Związek Radziecki trwał, wspierali przez pewien czas Azerów w walce z niepokornymi Ormianami z Karabachu. Przestali po upadku ZSRR i nieudanym puczu Janajewa. W ten sposób wepchnięci w ten kocioł bez pytania o zgodę mieszkańcy Górskiego Karabachu od dziesięcioleci narażeni są na nieustanną rywalizację nie tylko między Azerbejdżanem i Armenią, ale przede wszystkim między Rosją i Turcją.

Spalona ziemia

Armenia, choć nigdy nie uznała niepodległościowych dążeń rodaków z Karabachu, powołuje się na wspomnianą już wojnę z lat 1988–1994, gdy Azerbejdżan robił wszystko, by wszelkie ślady po Ormianach zniknęły z Górskiego Karabachu raz na zawsze. Azerowie z kolei pamiętają, że kiedy Ormianie zaczęli wygrywać kolejne bitwy, to nie zatrzymali się na „granicy” Górnego Karabachu, tylko wkroczyli w głąb Azerbejdżanu, dokonując spustoszenia w azerskich wioskach. Nie była to jednak rzeź ani szalona zemsta. Jagielski tak to tłumaczy: „Spalona ziemia była gwarancją bezpieczeństwa. Miała oddzielić od siebie ludzi tak, by może kiedyś znów udało im się zapomnieć o zabijaniu”. Teoretycznie wojnę wygrała Armenia. Ale nie wygrali jej Ormianie z Górnego Karabachu.

W 2016 roku wojska azerskie otworzyły ogień do separatystów w odpowiedzi na ostrzał z ich strony w kierunku azerskich cywilów mieszkających w pobliżu Górskiego Karabachu. Władze Armenii zagroziły wtedy, że uznają niezależność Republiki Górskiego Karabachu. Oliwy do ognia dolewał prezydent Turcji. Recep Tayyip Erdoğan zapowiedział, że Górski Karabach „pewnego dnia powróci” do Azerbejdżanu, do którego należy tylko formalnie. Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź Rosji: stacjonujące w Armenii rosyjskie oddziały rozpoczęły niezapowiedziane wcześniej ćwiczenia.

Sojusznik z o.o.

Rola Rosji w tym konflikcie jest chyba najmniej czytelna i tym samym pogłębiająca wspomniane przed chwilą poczucie niepewności mieszkańców Górskiego Karabachu. Przypomnijmy, że to bolszewicka Rosja w 1923 roku przekazała Azerbejdżanowi terytorium, które wówczas w ponad 90 proc. było zamieszkiwane przez Ormian. W latach 80. XX wieku ludność ormiańska stanowiła już tylko 75 proc. ludności Górskiego Karabachu, ale wtedy też tendencje niepodległościowe były największe od początku trwania tego „eksperymentu”. Miejscowi przeprowadzili referendum, w którym oczywiście większość wypowiedziała się za niepodległością. Wcześniej jednak napisali do władz ZSRR, by te zechciały przyłączyć ich z powrotem do Armenii. Bez skutku (wtedy Moskwa wspierała jeszcze otwarcie Azerbejdżan). Dziś Rosję z Armenią wiąże formalny sojusz wojskowy, na terytorium Armenii znajdują się dwie rosyjskie bazy wojskowe. Teoretycznie więc i Armenia, i mieszkańcy Górskiego Karabachu mogą liczyć na pomoc Moskwy w przypadku przeciągającej się nowej odsłony wojny z Azerbejdżanem. Tyle tylko, że Moskwa na razie wymiguje się od pomocy, tłumacząc, że Ormianie nie zostali zaatakowani w uznanych granicach Armenii, tylko w separatystycznym Karabachu, który formalnie należy do Azerbejdżanu. Skąd ta gra? Czy chodzi tylko o obawę przed otwartym konfliktem z Turcją, która wspiera Azerbejdżan? Nie tylko. Rosjanie są ostrożni, bo nie chcą utracić wpływów również w Azerbejdżanie, któremu… od lat sprzedają broń. Gdzie tu logika? Sami Ormianie od dawna zadają pytanie o wartość tego „ścisłego sojuszu”, w którym Rosja dostarcza broń ich największemu wrogowi.

Bez wyjścia

Równie niejasne jest stanowisko Iranu, który z jednej strony pozwolił na przemarsz przez swoje terytorium wojskom ormiańskim, które miały zaatakować od południa cele azerskie, z drugiej zaś strony część elit politycznych Iranu wolałaby wspierać Azerbejdżan, który jako kraj szyicki jest mu bliższy także ze względów religijnych. Chyba najbardziej jednoznaczna jest w tym konflikcie Turcja. Prezydent Erdoğan już dawno nazwał Armenię „największym zagrożeniem dla pokoju w regionie”. Ale nawet on nie chciałby, żeby konflikt o Górski Karabach wymknął się spod kontroli, bo region leży dość blisko rurociągów, którymi gaz i ropa płyną do Europy.

Przy tym wszystkim Turcja powołuje się na konkretną podstawę prawną, która działa na korzyść Azerbejdżanu: ochrona integralności terytorialnej. Ormianie zaś powołują się na drugą zasadę prawa międzynarodowego, czyli na prawo narodów do samostanowienia. A że Górski Karabach nie tylko dzisiaj, ale „od zawsze” zamieszkiwali Ormianie, sprawa ta z punktu widzenia Armenii jest „oczywista”. Samozwańcza republika z jednej strony próbuje utrzymać swoją autonomię, z drugiej najchętniej włączyłaby się formalnie do Armenii właściwej. Dzisiaj i tak jest w dużej części od niej zależna, choć ma swoje autonomiczne władze, a zarazem na arenie międzynarodowej jest traktowana jako integralna część Azerbejdżanu. Nie trzeba być specjalistą, by czuć, że to jest konflikt po ludzku niemal nierozstrzygalny. Azerowie wprawdzie górują nad Ormianami liczbą wojsk i potencjałem gospodarczym, ale to ci drudzy uchodzą za dużo bardziej doświadczonych żołnierzy. Możliwe zatem, że również obecna odsłona skończy się jakimiś symbolicznymi dla obu stron sukcesami – jedni podbiją część wiosek w Górskim Karabachu, drudzy odbiją inne. O ile nie będzie gotowości Turcji i Rosji do realnego rozstrzygnięcia konfliktu, to do niczego więcej nie dojdzie. Tyle polityki. W całej tej grze są jednak realne ofiary. I końca tej śmiertelnie niebezpiecznej zabawy mocarstw nie widać.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 1
2 3 4 5 6 7 8
8°C Poniedziałek
dzień
10°C Poniedziałek
wieczór
9°C Wtorek
noc
6°C Wtorek
rano
wiecej »