„Do objawienia i do świadectwa!”

To z Izajasza (8,20). Mówił w kontekście grzechu radzenia się wróżbitów, ale....

Dwudziesty piąty dzień lutego, niebo nad naszymi głowami w kolorze lekko tylko rozjaśnionego ołowiu :) Ale jutro ma być lepiej. W Polsce i świecie po staremu, czyli nieciekawie. Zwłaszcza gdy co i rusz odkrywa człowiek ciągle nowe nieścisłości w swoim obrazie tego, co go otacza. Ot, rano myje sobie człowiek spokojnie zęby, a tu nagle zaczyna się zastanawiać jak to jest z tym naszym wzrostem PKB? Liczby wskazują, że o jakiś tam procent rok do roku rośnie. Tyle że przy oficjalnie paroprocentowej inflacji i widocznej przy sklepowej kasie drożyźnie, co to właściwie znaczy? Faktycznie mamy „na głowę” więcej czy tylko więcej w przeliczeniu na stale zmniejszające swoja wartość złotówki, euro czy dolary? A drożejące (chyba już nie) złoto: jest warte coraz więcej, czy pieniądze, za które się je kupuje są warte coraz mniej? No i rozmyślając na tym wszystkim i dziwiąc się swojej ślepocie wychodzi człowiek z łazienki niedogolony, bo się zamyślił... Ale dziś o czymś innym. Trochę w nawiązaniu do sporu, jaki toczy się (czy toczył się) wokół kształtu dialogu katolicko-żydowskiego w Polsce... 

No bo tak: nie mam wątpliwości, że to Pismo Święte, a już na pewno Nowy Testament, powinien zawsze być podstawą dla uprawiania teologii. Tradycja, ta pisana z dużej litery oczywiście też, ale nie gmatwajmy za bardzo... To jest podstawa. Myślę, że doskonale rozumieli to chrześcijanie pierwszych wieków. Ot, spory trynitarne, dyskusje na temat tego, czy Jezus jest Bogiem czy nie? Ariusz twierdził że nie. No bo jest przecież jeden Bóg, nie tak? Jak można Bogiem nazywać Jezusa, skoro Bogiem jest Ojciec? Na zdrowy rozsądek to porzucenie wiar w jednego Boga. A jednak inni, w tym święty Atanazy, obstawali przy swoim. Nie używali rozumu? Używali, tylko czytali też owe pisma (dla nas dziś Pismo Święte, Nowy Testament). I tam czarno na białym, w wielu miejscach, napisano, a w jeszcze większej ilości miejsc zasugerowano, że Jezus jest Bogiem. Czy rozum powinien to świadectwo Apostołów i ich uczniów odrzucić czy raczej powinien starać się jakoś wytłumaczyć tę sprzeczność, postarać się jakoś wyjaśnić tę tajemnicę? Kościół wybrał to drugie wyjście. I choć nie sposób rozumem ogarnąć, że Jeden w swej naturze Bóg, to trzy Osoby – Ojciec, Syn i Duch Święty, tak właśnie wierzymy. Bo taką wiarę przekazali nam Apostołowie. 

Podobnie z rozumieniem tego, jak Jezus może być jednocześnie i człowiekiem i Bogiem. To też w rozumie się nie mieści, prawda? Próbowano więc różnych „racjonalnych” wyjaśnień. Ot, że Jezus był tylko Bogiem, a Jego ludzkie ciało było tylko pozorne. Przeciwnicy takiego „logicznego” rozumowania zaraz krzyknęli: to co, śmierć Jezusa na krzyżu była tylko teatrzykiem? Nie cierpiał prawdziwie? To czy prawdziwe może być nasze przez Niego odkupienie? No to może inaczej – pomyśleli kierujący się racjonalnością. Wiadomo: człowiek to ciało i dusza. W Chrystusie ludzka dusza zastąpiona została przez bóstwo. Pasuje? Pasuje. Ale – zaraz, zaraz – zauważyli inni. Czy można w takim wypadku powiedzieć, że człowieczeństwo Jezusa było pełne? A jeśli nie, to jak to wszystko, co przeżywał na ziemi, mogło być autentyczne? Ostatecznie więc dopracowano się formuły, że w jednej Osobie Jezusa Chrystusa złączone są pełne dwie natury, boska i ludzka. Znów, „racjonalność” na taki pomysł reaguje sceptycznie, ale jako prawdziwy człowiek i prawdziwy Bóg został Chrystus pokazany w Nowym Testamencie. I właśnie temu źródłu teologowie i Kościół pozostali wierni. 

Tego typu sytuacje powtarzały się w historii Kościoła jeszcze wielokrotnie. Ciągle czyjś „zdrowy rozsądek” czy inne, podobne czynniki próbowały poprawiać objawienie. Zjawisko to zaobserwować można także w teologii XX wieku. Ot, wystarczy zajrzeć do Encyklopedii Katolickiej, do hasła dotyczącego współczesnych chrystologii. Wszystkie skonstruowane są w podobny sposób: jest koncepcja, a cytaty z Pisma Świętego służą jako podpórki dla tych koncepcji; mają je uzasadniać. Takie zjawisko można zauważyć nawet w teologii biblijnej, gdzie część autorów narzuca (narzucała) tekstom Pisma Świętego jakieś zewnętrzne ramy interpretacyjne. Przyznaję, odetchnąłem z ulga, gdy wziąłem do ręki „Jezusa z Nazaretu”  Benedykta XVI, który nie wpycha go w ramy jakiegoś własnego myślowego konstruktu, a stara się iść za myślą Ewangelistów...

I wydaje mi się, że właśnie tak trzeba uprawiać teologię. Kaznodziejstwo zresztą też. Nie traktując testów natchnionych jako podpórki dla własnych koncepcji, ale czerpiąc z nich jako ze źródła, koncepcje na nich opierając. Siłą rzeczy żadna sensowna teologia nie może więc być wprost sprzeczna z tym, czego uczy Pismo Święte. Czy to gdy chodzi o odpowiedź na pytanie jaki jest Bóg, czy chodzi o rozumienie istoty Kościoła i jego relacji do Izraela, czy gdy chodzi o to, co czeka człowieka po śmierci. Prawdą oczywiście jest na przykład, że to nie uczynki zbawiają człowieka, ale Jezus Chrystus; zbawia więc wiara w Niego. Tyle że jest w Nowym Testamencie całe mnóstwo tekstów, w których mowa o osądzeniu przez Boga ludzkich czynów. To nie jest sprzeczność. Po prostu, jak się wczytać w te biblijne teksty, dla ich autorów wiara nie jest samą tylko deklaracją, ale też przyjęciem pewnej życiowej postawy...

Lektura Pisma Świętego, Nowego Testamentu, nie jest czymś trudnym. Ale nie jest też czymś trywialnym, pozwalającym tylko przerzucić wzrokiem. Bardzo ważne jest w niej na przykład, by być świadomym istnienia różnych – ogólnie – form literackich czy figur stylistycznych. Ot, nie traktujemy dosłownie nauczania Jezusa z Kazania na górze, by unikając grzechu wyłupić sobie oko czy odciąć rękę. Rozumiemy, że to hiperbola. Błędem będzie więc odczytywanie innych fragmentów tej samej mowy Jezusa dosłownie. Ot, nauczania o nadstawieniu drugiego policzka...  

No i  nie powinniśmy czytać poszczególnych zdań Pisma w oderwaniu od ich kontekstu. Przede wszystkim tego, co w najbliższym ich otoczeniu, ale też tego kontekstu, jakim jest cała dana księga, a ostatecznie nawet całe Pismo Święte. Trzeba zawsze próbować uchwycić myśl autora. Ot, słowa Jezusa: „Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela”. Wysnuwać z tego wniosek, ze Jan jest największym świętym, większym nawet od Maryi? Wystarczy przeczytać do końca, co powiedział wtedy Jezus: „Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on”. To zmienia perspektywę, prawda? Niestety, czasem buduje się teologię na wyrwanych z kontekstu zdaniach. I wychodzi z tego co wychodzi...

W Wyznaniu Wiary powtarzamy, że wierzymy „w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”. Jeśli chcemy naprawdę być Kościołem apostolskim musimy trzymać się nauki Apostołów ( to oni i ich uczniowie zostawili nam Nowy Testament, nie sam Jezus), a nie zadowalać się tylko sukcesją apostolską... 

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Autoreklama

Autoreklama

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
17°C Sobota
wieczór
14°C Niedziela
noc
10°C Niedziela
rano
14°C Niedziela
dzień
wiecej »