Równanie do prawdy

Początek właściwej drogi to uznanie, że ta, którą się idzie, jest zła.

Jednym z bohaterów mediów w minionym tygodniu był proboszcz, który – jak podano – miał odwlekać pochowanie zmarłego syna leciwej parafianki, bo ta nie miała pieniędzy. Po wyjaśnieniach kurii sprawa okazała się nieco inna, ale rzecz już poszła w Polskę. Ja sam otrzymałem wymownego e-maila z informacją o tym zdarzeniu od osoby, która wiele lat temu zerwała z Kościołem i od tego czasu kolekcjonuje argumenty za słusznością swojej decyzji. Podobnych osób jest wiele. Pewien szczególnie aktywny komentarzowo użytkownik serwisu Gosc.pl, który nie przepuszcza żadnej okazji do wykazania grzechów ludzi Kościoła, powiedział mi przez telefon, że „monitoruje” kościelne instytucje, bo nie chce, żeby Polska stała się drugim Iranem. Nie zauważył, że do „Iranu” – religijnie i demograficznie – dużo bliżej krajom Zachodu, w których „grzechów Kościoła” niewiele, bo i Kościoła tam na lekarstwo.

Trud takich „monitorujących” jest jednak, śmiem twierdzić, dość jałowy – to żadne odkrycie, że duchowni grzeszą. To niewielka trudność zauważyć, że w ogóle inni (których nie popieramy) grzeszą. Ba – to nawet samo wchodzi w ręce. Cudze grzechy łaszą się do obcych, bo prawowici właściciele z zasady ich nie chcą. A obcy chętnie je przyjmują, bo na tle cudzych draństw własne wyglądają jak cnoty. Drań w zestawieniu z kanalią wygląda jak aniołek. Kanalia zatem, najlepiej w sutannie, to artykuł pierwszej potrzeby dla tych, co chcą równać w dół. – No jeśli ksiądz robi takie rzeczy, to wybaczcie, ale czego oczekujecie ode mnie? – zdają się mówić tacy ludzie.

To dość skuteczna metoda uspokajania własnego sumienia, tyle tylko, że ona niczego nie rozwiązuje i niczego nie leczy. Jest raczej jak coraz grubszy makijaż na coraz bardziej chorej skórze. To, powtórzmy, nic trudnego zauważyć, że inni grzeszą. Trudno jest uznać, że ja grzeszę. I z tym nasza cywilizacja ma podstawowy problem. To dlatego w wielu krajach „cywilizowanych” konfesjonały znikają albo służą za schowek na miotły. Bo sakrament pokuty wymaga pokuty. Własnej. Za własne grzechy. Jak nic innego na świecie zmusza człowieka do wypowiedzenia prawdy o sobie. A w społeczeństwie zadowolonym z siebie łatwo rodzi się poczucie, że nie ma za co pokutować. Co mam wyznać? Za co mam pokutować?

Byłem niedawno w ekipie kursu „Nowe Życie” dla alkoholików z grup AA. Każdy z nich przyznał kiedyś, że jest alkoholikiem, powiedział to publicznie i podjął decyzję „nie piję”. I każdy z nich jest świadom, że jego życie osobiste, rodzinne, społeczne, a czasem i fizyczne wisi na włosku i zależy od wytrwania w abstynencji. Gdy przedstawiali się, zawsze dodawali: „Jestem alkoholikiem”. To człowieka ustawia i zmusza do rezygnacji z udawania.

Nigdy dotąd nie przebywałem wśród ludzi tak pozbawionych wyniosłości, a przez to – takie miałem nieodparte wrażenie – nadzwyczaj pięknych. Pewnie dlatego, że tacy ludzie nie zestawiają się z gorszymi od siebie, lecz z prawdą. A stąd już bardzo blisko do Jezusa. Nic dziwnego, że gdy się do Niego zwracają, On z łatwością czyni dla nich cuda.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
19°C Sobota
dzień
20°C Sobota
wieczór
19°C Niedziela
noc
18°C Niedziela
rano
wiecej »