Wojna o miasta

Jeśli rewolucja pokoleniowa w polskiej polityce miałaby się kiedyś zacząć, to może właśnie teraz – od samorządu.

Późną jesienią w ponad stu polskich miastach będziemy wybierać prezydentów. Prawo i Sprawiedliwość staje przed bardzo trudnym zadaniem, bo w większości z nich rządzą politycy opozycji lub niezależni samorządowcy. Nie mając zbyt wiele do stracenia, PiS postanowiło zainwestować w młodych, mniej znanych kandydatów. Grzegorz Schetyna, podsumowując ich prezentację, kpił, że w wielu miejscach partia rządząca po prostu „oddaje wybory walkowerem”. Optymizm lidera Platformy Obywatelskiej wydaje się racjonalny, jeśli założymy, że mieszkańcy miast są w większości zwolennikami utrzymania status quo. Z kolei strategia Jarosława Kaczyńskiego może okazać się skuteczna, jeśli przy urnach górę weźmie – równie naturalna – potrzeba zmiany. Także pokoleniowej.

Platforma rządzi

Najwięcej obecnych prezydentów polskich miast nie nosi już w kieszeni legitymacji partyjnej. Zazwyczaj gdy tylko zyskiwali samodzielną pozycję, lądowała ona na dnie szuflady. Ale cztery lata temu w przypadku 58 grodów szyld partyjny jednak się przydał. Kandydaci związani z PO zostali włodarzami 28 miast, SLD – 13, PiS – 12, a PSL – 5. Platforma rządzi w tych największych i najważniejszych. W 2014 r. zdobyła lub utrzymała m.in. Bydgoszcz, Lublin, Warszawę, Poznań, Łódź, Gdańsk czy Radom, a popierani przez nią urzędujący prezydenci wygrali ponownie we Wrocławiu i Krakowie. Największym miastem, w którym zwyciężył wtedy oficjalny kandydat PiS, był Nowy Sącz.

Te proporcje zmieniają się wraz z wielkością aglomeracji. Kilka spektakularnych zwycięstw partia Jarosława Kaczyńskiego (wówczas w opozycji) zanotowała cztery lata temu w małych i średnich miastach. Sukces odnieśli tam głównie kandydaci bardzo młodzi. Na przykład Marek Masterek podbił serca mieszkańców Starachowic, mając 25 lat, a cztery lata starszy Lucjusz Nadbereżny wygrał w Stalowej Woli.

Dwa wnioski z poprzednich wyborów wydają się zatem oczywiste: w metropoliach wyborcy cenią stabilizację i zazwyczaj dochodzi tam do reelekcji, natomiast w mniejszych ośrodkach rośnie skłonność do „przewietrzenia” ratusza. PiS próbował wprowadzić ograniczenie limitu kadencji do dwóch już w tych wyborach, ale się wycofał. Pozostaje mu zatem tylko jedno: postawić na młodość.

Drużyna trzydziestolatków

I taki jest też wspólny mianownik drużyny trzydziestolatków wystawionej do wojny o duże miasta przez Zjednoczoną Prawicę. Patryk Jaki kandydujący w Warszawie, Sylwester Tułajew w Lublinie czy Kacper Płażyński w Gdańsku to politycy jeszcze w 2014 r. nieznani. W Olsztynie o fotel prezydenta chce powalczyć Michał Wypij, w Łodzi startuje Waldemar Buda, w Krakowie PiS stawia na Małgorzatę Wassermann. Zapewne rację ma Grzegorz Schetyna, nisko oceniając wiosną 2018 szanse tych kandydatów na zwycięstwo, ale wiele może zmienić dobrze przeprowadzona kampania wyborcza. Jak wiele – pokazuje choćby przykład prezydenta Dudy, któremu w momencie ogłoszenia kandydatury praktycznie nikt nie wróżył sukcesu.

Oczywiście wybory samorządowe mają swoją specyfikę. W przypadku dużych miast gra toczy się o zarządzanie ogromnymi budżetami i kierowanie wieloletnimi inwestycjami. Tu socjotechnika, energia, a nawet charyzma mniej znaczą dla głosujących niż doświadczenie i przewidywalność kandydata. W kampanii urzędujący już prezydenci będą mieć zatem ogromną przewagę nad młodymi pretendentami. Chociaż…

Demografia ma znaczenie

Tadeusz Ferenc, prezydent Rzeszowa, za dwa lata dobije do osiemdziesiątki, Jacek Majchrowski rządzący Krakowem nieprzerwanie od 2002 r. w styczniu skończył 71 lat. Oba miasta dynamicznie się rozwijają, w nadchodzącej kadencji staną przed kolejnymi wyzwaniami. Od prezydentów wymagane będzie nie tylko końskie zdrowie, ale też zdolność odnalezienia się w świecie nowych technologii, stawienia czoła innej niż dekadę temu rzeczywistości gospodarczej.

Do tego dochodzi kwestia patologii, jakie narosły przez lata w polskich metropoliach jako „skutki uboczne” błyskawicznego rozwoju. Ich symbolem jest warszawska afera reprywatyzacyjna, która Hannie Gronkiewicz-Waltz zamknęła drogę do kolejnej kadencji, a Patrykowi Jakiemu otworzyła realne szanse na wygraną. Jeśli w kampanii wyjdą na jaw kolejne nieprawidłowości, młodzi politycy PiS, którzy już wykazali się rozbijaniem układów i wrażliwością społeczną, mogą stać się dla wyborców prawdziwą alternatywą. Zwłaszcza wobec słabości ruchów miejskich, dobrze diagnozujących problemy, ale nie potrafiących wygenerować własnych liderów, takich choćby jak Jan Śpiewak, warszawski aktywista i radny ze Śródmieścia.

Utrzymać warowne grody

PiS, stając do wojny o wielkie miasta, nie ma nic do stracenia, PO – bardzo wiele, bo to przecież bastiony głównej partii opozycyjnej. Obrona może okazać się trudna, co pokazuje przykład czterech klejnotów w koronie: Warszawy, Gdańska, Wrocławia i Krakowa. Prezydent stolicy zmieni się na pewno, z Pawłem Adamowiczem w Gdańsku już nie jest Platformie do twarzy, ale może zostać zmuszona do poparcia go np. w drugiej turze. We Wrocławiu Grzegorz Schetyna postawił na Kazimierza M. Ujazdowskiego, a w Krakowie na Jacka Majchrowskiego. Pierwszy uchodzi za konserwatystę, drugi „serce ma po lewej stronie”, żaden nie jest kojarzony z PO. Kraków trzeba traktować jako przypadek szczególny, bo urzędujący prezydent wcale nie potrzebuje poparcia partii. Mało tego, jeśli „da jej kosza” i nie zgodzi się na wspólną listę do rady miasta, Platforma może ponieść spektakularną porażkę w swoim mateczniku.

Strategiczne posunięcia Grzegorza Schetyny nie są dla wyborców PO czytelne, bo prowadzi je według zasady „cel uświęca środki”. Dla niego ważne jest to, by wygrać, utrzymać warowne grody, nawet kosztem wsparcia kandydatów z innych środowisk. Tylko po co? Dla stanowisk, wpływów? Takie pytania mogą sobie zadawać wyborcy partii, której jednym z głównych wyznaczników ideowych była samorządność.

Opozycja drugiej młodości

Formalnie PO też przedstawia się jako partia stawiająca na młodych. Tyle że przykład Rafała Trzaskowskiego dobiegającego powoli pięćdziesiątki pokazuje, że chodzi raczej o „drugą młodość”. Patrząc na wiece zjednoczonej opozycji organizowane przez KOD, można odnieść wrażenie, że jest ona zamknięta w pokoleniu, które tworzyło zręby III RP. Dwa lata nie wystarczyły, by wydobyć się z traumy porażki wyborczej, odebranej właśnie jako akt niewdzięczności ze strony młodych. Symbolem takiej postawy był komentarz Adama Michnika: „Nie oddajmy Polski gówniarzom” oraz specyficzne wezwanie prof. Janusza Czapińskiego: „módlmy się, by jak najszybciej emigrowali”.

Ten ton pobrzmiewa dziś znów w lekceważącym podejściu do wieku i dorobku kandydatów PiS na włodarzy miast. Jeśli pójdzie za tym brak pokory w ocenie dorobku urzędujących prezydentów, nie należy wykluczać kolejnego szoku. Nie można bowiem ignorować faktu, że w odróżnieniu od mniejszych ośrodków, które starzeją się i wyludniają, w wielkich aglomeracjach przybędzie młodych wyborców. I może im zabraknąć szacunku dla siwych włosów czy niewątpliwych przecież osiągnięć. Przekora to w końcu przywilej młodości.

Najpierw samorząd

Na razie sondaże wskazują na wolę utrzymania status quo w dużych miastach. To może się zmienić, ale nie musi. Sytuacja ekonomiczna we wszystkich wymienionych metropoliach jest bowiem bardzo dobra. Koniunktura sprzyja rządzącym i zniechęca wyborców do podejmowania ryzyka.

Statystyki pokazują, że aspiracje w przypadku pokolenia trzydziestolatków są dziś zdecydowanie wyższe niż możliwości ich zaspokojenia. Najwięcej dłużników pochodzi z dużych aglomeracji. Są to przede wszystkim młodzi, którzy z prowincji przeprowadzili się do wielkiego miasta. Socjologowie psioczą, że rośnie nam pokolenie obojętne na sprawy publiczne, całkowicie zajęte własnymi karierami i zamknięte w prywatności. Do tego dochodzi niesmak wobec stylu, w jakim uprawiana jest dziś polityka, z którego jednak nie wynika determinacja, by ten styl zmienić.

W dyskusjach politologów przeważa opinia, że trwanie przy władzy pokolenia 50+ spowodowane jest nie tyle jego siłą, ile brakiem następców. Wszystko to prawda, ale wraz z wzięciem kredytu i odpowiedzialności za założoną rodzinę rośnie też zainteresowanie sprawami publicznymi. Najpierw właśnie tymi najbliższymi, dotyczącymi życia codziennego, osiedla, komunikacji, dostępności do przedszkola. Jeśli więc rewolucja pokoleniowa w polskiej polityce miałaby się kiedyś zacząć, to pewnie właśnie od samorządu. Na razie dotyczyć ona będzie raczej korzystania z czynnego niż biernego prawa wyborczego.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    30 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    22°C Wtorek
    wieczór
    17°C Środa
    noc
    14°C Środa
    rano
    21°C Środa
    dzień
    wiecej »