Kultura wszystkich

O „czarnej liście” twórców oraz różnorodności i wartościach w kulturze mówi wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego prof. Piotr Gliński.

Bogumił Łoziński: Kto otwiera ministerialną „czarną listę”?

Prof. Piotr Gliński: {BODY:BBC} (śmiech){/BODY:BBC} Nie wiem, może pan mi podpowie, bo w tej materii moja wiedza jest skromna. Choć czasami czytam o takich listach.

Reżyser Paweł Pawlikowski twierdzi, że istnieje czarna lista filmowców, którzy nie mogą być wspierani przez ministerstwo kultury.

Pan Pawlikowski powiedział coś takiego dwa lata temu. Obecnie, w wywiadzie po zdobyciu w Cannes nagrody dla najlepszego reżysera za film „Zimna wojna”, chyba trochę zweryfikował tę opinię. Aczkolwiek zdaje się, że wciąż uważa, iż coś takiego istnieje w ramach tego, co my nazywamy normalnym mecenatem państwa. W tej sferze zawsze są jakieś wybory. I do dokonywania tych wyborów, w rozsądnym zakresie, minister kultury ma demokratyczny mandat. Jedni twórcy otrzymują wsparcie państwa, a inni nie, albo dostają je w mniejszym zakresie. Oczywiście nie ma żadnej listy i wielu twórców, którzy pewnie mieliby kłopot, aby podać mi rękę – jak to narysował jeden karykaturzysta – drugą rękę wyciągają po środki publiczne. I mają do tego prawo. To nie jest nic nadzwyczajnego, bo państwo powinno łożyć przede wszystkim na rzeczy wartościowe, i takie jest główne kryterium podziału środków publicznych na kulturę, choć – przyznaję – jest ono złożone.

Twórcy krytyczni wobec obecnego rządu skarżą się, że są pomijani.

Chciałbym bardzo wyraźnie powiedzieć, że wszyscy polscy twórcy, którzy w ostatnim czasie odnieśli sukcesy zagraniczne – Małgorzata Szumowska, Paweł Pawlikowski czy Olga Tokarczuk – korzystali i korzystają ze wsparcia mecenatu państwa. Ostatnio przyznałem też grant np. pani Krystynie Jandzie na sztukę o Grzegorzu Przemyku. Ja wiem, że oni mówią, iż „łaski nie robię”… ale i do takiego sądu w wolnym kraju każdy ma prawo. W demokracji jest tak, że osoba, która „nie podaje ręki ministrowi kultury”, ma prawo otrzymać pieniądze publiczne. Choć jednocześnie trzeba podkreślić – i to dedykuję moim adwersarzom – że takie demonstrowanie lekceważenia, a czasem agresji wobec demokratycznie ustanowionego przedstawiciela władzy jest jednak dla demokracji zabójcze. W długiej perspektywie niszczy kulturę demokratyczną, reguły życia publicznego. Swoimi politycznymi fochami, mową nienawiści, dążeniem do zniszczenia, „unieważnienia” adwersarza, a nie pokonania go w pojedynku na racje, tą całą „paniką moralną” i pogardą dla inaczej myślących robią państwo krzywdę nie ministrowi kultury, ale polskiej kulturze, i to tej szeroko rozumianej. Polsce po prostu. Ja niekiedy rozmawiam z ludźmi kultury, którzy mnie i nasz rząd mieszają z błotem, często w sposób niezrozumiale agresywny, bo uważam, że powinniśmy przełamywać uprzedzenia i złe emocje. Właśnie dla dobra demokracji i kultury życia publicznego. Z panem Pawlikowskim zamieniłem kilka słów po premierze „Zimnej wojny”, gratulując mu, i usłyszałem, że jeśli my potrafimy rozmawiać, to może teraz w Polsce będzie lepiej. Zgadzam się, w tym sensie, że od tego zależy jakość naszego życia publicznego. Musimy nauczyć się żyć w społeczeństwie różnic. Bo różnice są – nie po to, żeby je zagłaskiwać, ale by o nich rozmawiać. A rozmowy, dialogu boi się tylko ten, kto nie ma argumentów i dąży do rozwiązań siłowych. Ja w każdym razie nie będę robił tego, co czynił poprzedni rząd, nie będę gardził, dehumanizował i wykluczał… Ale będę jednocześnie twardo bronił swoich poglądów i przekonań, bo uważam, że mam mocne argumenty…

Jednak środowisko lewicowo-liberalne zarzuca obecnej władzy, że jest pomijane, bo się jej sprzeciwia.

Od początku mówiłem, że będzie korekta. Polega ona na tym, że ci twórcy, którzy dotychczas nie otrzymywali wsparcia od państwa, a więc – nieco upraszczając – o wrażliwości konserwatywnej i prawicowej, czy twórcy lokalni, na pewno mają w tej chwili łatwiejszy dostęp do państwowych środków niż poprzednio. To jest po prostu sprawiedliwe, bo wcześniej była olbrzymia nierównowaga. Tak działa wahadło demokracji. Staramy się też doceniać wiele mniejszych inicjatyw, oddolnych, dotychczas niezauważanych, bo miały trudniejszy dostęp do ministerstwa czy jakichś salonów. Dla mnie Polska lokalna jest bardzo ważna, bo to też jest nasz wspaniały zasób kulturowy. Paradoksalnie może film Pawlikowskiego, o którym mówiliśmy, jest pewnym ewenementem pod tym względem, ponieważ przedstawia to, co bardzo wielu tzw. mainstreamowych liderów opinii traktowało co najmniej z lekceważeniem, to znaczy polską kulturę ludową, a nawet jej przetworzoną w tzw. zespołach pieśni i tańca formę, jako coś ciekawego, pięknego i – co zauważył np. w jednym z wywiadów pan Tomasz Kot – zdolnego zafascynować zagranicę.

Robert Gliński skarży się, że odkąd jego brat został ministrem kultury, nie otrzymuje dotacji na swoje filmy.

Za mojego ministrowania zrealizował jeden film – „Czuwaj”. Notabene za chwilę będzie premiera. Natomiast jest faktem, że ja nie mogę osobistą decyzją przeznaczać pieniędzy na jego filmy. Co najmniej dwukrotnie była taka sytuacja, że z punktu widzenia merytorycznego powinienem mu przyznać środki, ale tego nie zrobiłem. Robert dwukrotnie zrzekał się też – tylko dlatego, że jest moim bratem – dużych pieniędzy w ministerialnym konkursie scenariuszowym, który wygrał. Uważam, że to są normalne demokratyczne standardy, dla twórcy czasami niełatwe. Dodam, że przynajmniej dwa projekty, nad którymi pracuje od dawna mój brat, to filmy historyczne: zwycięskie w konkursie scenariuszowym „Sanatorium Gorkiego”, film o Katyniu i obraz o życiu ks. Ziei, uczestnika wojny 1920 roku, kapelana AK, członka KOR-u.

Jak Pan ocenia „Zimną wojnę”?

To jest bardzo dobry film. Świetnie zagrany, prawdziwy, podobały mi się zdjęcia, muzyka, reżyseria. Scenariusz jest może najmniej efektowny, bo to jest prosta historia, która wydarzyła się naprawdę w strasznych czasach. Żelazna kurtyna rozłączała kochających się ludzi. To jest film o trudnej miłości, w jakimś sensie toksycznej, a jednocześnie pięknej. Opowiada o ludziach, którzy nie mogą żyć bez siebie, ale i ze sobą nie bardzo. Po II wojnie światowej takich historii, dramatów, niestety było bardzo dużo.

Ważnym elementem programu rządu jest budowanie pozytywnego wizerunku Polski na arenie międzynarodowej. Czy „Zimna wojna” taki obraz przekazuje?

Tak. Choć nie wiem, czy wszyscy jej twórcy z takiej konstatacji obecnego ministra byliby zadowoleni… {BODY:BBC} (śmiech){/BODY:BBC} Tak, bo mówi prawdę o fatalizmie tamtego systemu, ujawnia, jak nieludzki system polityczny odciskał piętno na ludzkich, polskich losach. Poza tym pokazuje, jak piękna i utalentowana jest Polska.

Na jakim etapie jest obiecywany przez Pana projekt hollywoodzkiej superprodukcji filmowej o chwalebnych kartach naszej historii?

Przeklinam dzień, w którym powiedziałem „holly­woodzka produkcja”… {BODY:BBC} (śmiech){/BODY:BBC} Natomiast nigdy nie mówiłem o Melu Gibsonie czy Clincie Eastwoodzie, choć mi to przypisano. Rzeczywiście zapowiadałem powstanie panoramicznego filmu historycznego, który mógłby przekazać światu kwestie, o których dotychczas nie opowiedzieliśmy. Każdy naród ma prawo do swojej narracji, do przekazania czegoś ważnego o sobie. Mamy prawo próbować to zrobić, a minister kultury – wręcz taki obowiązek.

Po ponad 2,5 roku rządów PiS efektów tych prób nie widać.

Tego rodzaju przedsięwzięcia przygotowuje się przez lata, do tego dochodzi konflikt polityczny w Polsce, który wpływa na życie kulturalne, powodując olbrzymi rozdźwięk także w środowisku artystycznym, a to wszystko skutkuje tym, że na realizację takiego projektu potrzeba czasu. Podział w środowisku to rzecz bardzo smutna. Dla mnie traumatycznym przykładem tego konfliktu jest sprawa filmu „Smoleńsk” i – mówiąc delikatnie – wielka krzywda, jaką środowisko filmowe wyrządziło swemu dobremu koledze, reżyserowi tego obrazu Antoniemu Krauzemu. Tylko dlatego, że miał odwagę wyrazić inny pogląd w ważnej sprawie politycznej niż ten dominujący na salonach i oczekiwany przez ówczesne władze. Wielu zachowało się wtedy wobec niego po prostu – znowu używam określeń łagodnych – nieprzyzwoicie. Nie potrafili wzbić się ponad środowiskowy konformizm i plemienne lojalności, nagle zapomnieli o tolerancji i pluralizmie, a teraz – wielu z nich – mieni się obrońcami demokracji. W takiej atmosferze bardzo trudno było zrobić szybko duży, dobry film. Nam jest teraz znacznie łatwiej, ale blizny jątrzą…

Natomiast uruchomiliśmy bardzo wiele działań w tej sprawie i obecnie przygotowywanych jest kilkanaście różnych produkcji o nieopowiedzianej polskiej historii. Mam nadzieję, że będą to też piękne i ciekawe polskie historie…

Jakie to filmy?

Część wystartowała jeszcze przed objęciem przeze mnie resortu, więc to nie była nasza inspiracja, ale je wspieramy, np. film o Piłsudskim w reżyserii Michała Rosy, w zespole Filipa Bajona. Od dawna jest też przygotowywany obraz dotyczący rodziny Ulmów w reżyserii Rafała Wieczyńskiego. Mam nadzieję, że we wrześniu zaczniemy zdjęcia do filmu o rtm. Pileckim w reżyserii Leszka Wosiewicza. To ma być duża, realistyczna produkcja. Przygotowujemy dwa dramaty wojenne o pierwszej i drugiej wojnie światowej, w obu główni bohaterowie nie są Polakami, ale walczą w polskich szeregach. Gotowy jest scenariusz do obrazu o Szmulu Zygielbojmie, wspieramy „Klechę”, film o legendarnym księdzu Gurgaczu. Trwają prace nad kilkoma serialami: o czasach Legionów czy armii Andersa. Tych produkcji w różnych fazach powstawania jest kilkanaście. Ale wspieramy też inne filmy, Zanussiego, Krzystka…

Czy któryś z nich ma szanse odnieść światowy sukces?

Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że tak, ale sukces światowy jest naprawdę bardzo trudno osiągnąć i naprawdę trudno to przewidzieć.

Powiedział Pan, że państwo powinno łożyć środki na dzieła wartościowe. Jakie to dzieła?

To jest wypadkowa wielu różnych kryteriów: wartości czysto artystycznych, może najtrudniejszych do określenia, nieprzewidywalnych czasami, wartości wzmacniających ludzkie więzi i wspólnoty, tożsamościowych, wartości bliskich wielu ludziom, ale jednocześnie takich, które nie są agresywne wobec innych, wartości niedocenianych przez poprzednich mecenasów kultury, wartości wyrównujących szanse w społeczeństwie, wartości interesujących poznawczo, ale także np. takich, które dają ludziom sympatyczną rozrywkę…

Jakie wartości powinna przekazywać sztuka?

To jest trudne pytanie. Wiele osób czeka na odpowiedź, aby zrobić z tego olbrzymią awanturę. O ile wiem, moja formacja polityczna nie ma takiej recepty zapisanej w programie. {BODY:BBC} (śmiech){/BODY:BBC} Chcemy raczej tworzyć najlepsze warunki do kreowania wolnej i mądrej sztuki.

Ale wielu jest po prostu ciekawych, czy te wartości pokrywają się z ich porządkiem aksjologicznym.

Według mnie minister kultury ma obowiązek uwzględniać pewien pluralizm wartości, ponieważ takie, zróżnicowane, jest polskie społeczeństwo. Natomiast ten minister jako polityk otrzymał demokratyczny mandat od większości, która wyznaje określone zasady, więc powinien zachować tu odpowiednie proporcje. Jesteśmy partią centrokonserwatywną, centroprawicową, a więc mamy obowiązek promowania wartości, do których się przyznajemy. Powinno być zatem miejsce dla różnych idei, ale z dominantą tych, które są związane z aktualną większością. Takie są zasady demokracji. Po mnie przyjdzie kiedyś ktoś o innych poglądach i będzie przechylał wahadło w inną stronę… W wymiarze politycznym jestem umiarkowanym konserwatystą, republikaninem odwołującym się do aksjologii chrześcijańskiej. We współczesnym świecie wspólnota musi być zintegrowana wokół wartości podstawowych, tożsamościowych, naszego dziedzictwa. Mądrze rozumiane dziedzictwo i historia są nam potrzebne, aby rozróżniać dobro i zło, dorobek i manowce, heroizm i zdradę, mieć punkt odniesienia do oceny ludzkich wyborów, a to właśnie tworzy trwałą, wartościową wspólnotę. I decyduje o jej przyszłości. •

Piotr Gliński

jest profesorem socjologii. W czasach PRL działał w demokratycznej opozycji. Od 2012 r. polityk związany z PiS. ma żonę i dwoje dzieci.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • gut
    07.07.2018 15:58
    Bardzo ciekawy artykuł! ;) Trzeba przyznać i oddać to, że wicepremier pan prof. Piotr Gliński czyni wiele ciekawych i istotnych inicjatyw w kontekście polskiej kultury. :-)
  • Spoko
    09.07.2018 13:10
    "To nie jest nic nadzwyczajnego, bo państwo powinno łożyć przede wszystkim na rzeczy wartościowe, i takie jest główne kryterium podziału środków publicznych na kulturę, choć – przyznaję – jest ono złożone." - tylko kto te wartości ocenia!?
    A czy produkcję hollywoodzką wspiera państwo!?
    Kręcenie filmów martyrologicznych na pewno przyciągnie widzów.
    Jaki minister taka kultura - żałosne.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    11 12 13 14 15 16 17
    18 19 20 21 22 23 24
    25 26 27 28 29 30 1
    2 3 4 5 6 7 8
    0°C Wtorek
    noc
    0°C Wtorek
    rano
    3°C Wtorek
    dzień
    3°C Wtorek
    wieczór
    wiecej »