Na kłopoty – Bartel

Pięciokrotny premier, jeden z twórców lwowskiej szkoły matematycznej, był jednocześnie mistrzem ślusarskim.

Zanim objął gabinet szefa rządu II Rzeczpospolitej, prowadził pociąg pancerny, studiował filozofię, a tak w ogóle światową sławę przyniosła mu książka o perspektywie w malarstwie. O takich ludziach mówi się „człowiek renesansu”. A jednak Kazimierz Bartel, człowiek tak wielu tak różnych talentów, jest dziś prawie zupełnie zapomniany i stawiany w jednym szeregu z marionetkowymi politykami, których Józef Piłsudski używał niczym figurek na swojej szachownicy. To bardzo krzywdząca ocena, nie tylko ze względu na osobistą klasę rektora Politechniki Lwowskiej i prezesa Polskiego Towarzystwa Matematycznego. Także jako polityk Kazimierz Bartel potrafił być niezależny i mieć własne zdanie. Choćby wtedy, gdy wstawiał się za szykanowaną w procesie brzeskim opozycją i apelował do prezydenta Mościckiego o powołanie ponadpartyjnego rządu ocalenia narodowego w obliczu zbliżającej się niemieckiej agresji.

Wsiąść do pociągu… pancernego

Kolej odegrała w życiu Kazimierza Bartla zasadniczą rolę. Nie mogło być inaczej, skoro jego ojciec był maszynistą. Stąd pierwszy w jego życiu dyplom – mistrza ślusarskiego. Zanim podjął studia na Politechnice Lwowskiej, zdążył nawet popracować w warsztatach kolejowych w Stryju. Potem oczywiście stał się wybitnym matematykiem, światowym autorytetem w dziedzinie geometrii wykreślnej. Jeszcze przed wybuchem I wojny światowej został profesorem i objął katedrę, ale w 1919 r. znów wsiadł do pociągu, tym razem pancernego.

W wojnie polsko-ukraińskiej wziął udział jako dowódca I Batalionu Kolejowego i komendant obrony Dworca Głównego we Lwowie. Razem z inż. Bolesławem Nieniewskim opancerzał pociągi, które nie tylko chroniły najbardziej zagrożoną linię Przemyśl–Lwów, ale też czyniły wypady w kierunku Stryja, szerząc popłoch w szeregach Ukraińców. Okrył się wówczas taką sławą, że w grudniu 1919 został powołany na ministra kolei żelaznych. Urząd ten pełnił aż do zakończenia wojny z bolszewikami, z konieczności zajmując się w niewielkim jedynie stopniu transportem cywilnym. Nie brak historyków, którzy twierdzą, że Bartel był jednym z cichych bohaterów tamtych walk, którzy mieli decydujący, a niedoceniany udział w militarnym sukcesie. Sprawnie działająca kolej pozwoliła bowiem szybko przerzucać oddziały wojskowe oraz ewakuować z zagrożonych terenów ludność cywilną. Odmiennie niż w czasie agresji niemieckiej górowaliśmy zdecydowanie nad przeciwnikiem w dziedzinie logistyki. Ogromna w tym zasługa Kazimierza Bartla. To wtedy zdobył opinię sprawnego administratora.

Kolega z politechniki

Po przewrocie majowym stanął na czele rządu. Był to ze strony Józefa Piłsudskiego w równej mierze dowód zaufania do Bartla, jak i uznania dla jego talentów organizacyjnych. Dlaczego poparł zamach? Uważał, że w Polsce AD 1926 nie było faktycznej demokracji, ponieważ rządziły – jak mówił – „oligarchia i konwenktykle przywódców wpływowych klubów”. Jako premier szybko opanował sytuację, stworzył gabinet fachowców, określany jako centrowy, bez partyjnych liderów. Był to gabinet przejściowy, działający jedynie do wyboru prezydenta. W tej nadzwyczajnej sytuacji po raz pierwszy ujawnił nieznany dotąd szerzej talent – zjednywania sobie ludzi. Nawet polityczni oponenci przyznawali, że trudno nowego premiera nie lubić. Osobistą charyzmę Bartel wykorzystywał, pozyskując stronników dla swoich projektów. Nie można było bowiem ograniczać się jedynie do administrowania, rząd musiał opanować poważny kryzys, dlatego zbierał się nie – jak dziś – raz w tygodniu, ale co drugi dzień.

To Bartel podsunął Piłsudskiemu (formalnie pełniącemu w rządzie funkcję ministra obrony) kandydaturę Ignacego Mościckiego, swojego kolegi z Politechniki Lwowskiej, na nowego prezydenta. Nikogo więc nie zdziwiło, że Mościcki po objęciu urzędu głowy państwa powierzył Bartlowi misję utworzenia kolejnego rządu. I tak przez następne cztery lata (z niewielkimi przerwami) kierował on kolejnymi gabinetami, w których pełnił też funkcje ministerialne. Rzecz jasna, szefa resortu kolei, ale także… oświaty, wyznań religijnych i oświecenia publicznego.

Sztuka „bartlowania”

Owe przerwy w premierowaniu Bartla wynikały z taktyki Piłsudskiego, którą w uproszczeniu można nazwać stawianiem raz na dobrego, raz na złego policjanta. Profesor był rzecz jasna tym „dobrym”, ale czasem Marszałek tracił cierpliwość i wtedy gabinet premiera przejmowali Kazimierz Świtalski lub Walery Sławek, uznawani za zwolenników rządów silnej ręki. Co oczywiście odnosi się jedynie do relacji z parlamentem. Bo w kwestii kierowania ministrami to Bartel był prawdziwym „twardzielem”. Z dzisiejszego punktu widzenia jego metody kierowania radą ministrów mogą się wydawać wręcz despotyczne. Resorty w żadnym razie nie były udzielnymi księstwami, a ministrowie nie mogli zajmować się działalnością polityczną. Przed każdym wystąpieniem w Sejmie musieli jego tekst przedkładać premierowi do zatwierdzenia. Bartel żądał od każdego członka rządu, by przed objęciem urzędu dał mu podpisany, lecz niedatowany list z dymisją. Ponoć taką rezygnację in blanco otrzymał także od Piłsudskiego.

Szukał kompromisów z opozycją, był pragmatykiem, nigdy nie palił mostów. Uczynił z tej politycznej taktyki swój znak firmowy. Mówiono wówczas o „bartlowaniu” jako sztuce pozyskiwania przeciwników politycznych dla rządowych projektów. Z tym, że jedni używali tego określenia z podziwem, a inni jako epitetu. Tak czy inaczej Kazimierz Bartel nie widział się w roli ślepego wykonawcy woli Marszałka. Ostatecznie w 1930 r., gdy Piłsudski kazał uwięzić opozycję, złożył mandat poselski.

Senator Rzeczpospolitej

Mamy oto postać nietuzinkową, świetnego matematyka, mistrza kompromisów, ale i polityka, który potrafił powiedzieć: non possumus. Choć przestał być posłem, wciąż zajmował stanowisko w ważnych sprawach publicznych. Już jako rektor Politechniki Lwowskiej wyrażał zdecydowany sprzeciw wobec planów wprowadzenia getta ławkowego dla studentów pochodzenia żydowskiego. Nie był za to kochany przez młodych wszechpolaków, którzy nawet obrzucili profesora jajami i wypuścili na korytarze uczelni świnię z wymalowanym czerwoną farbą napisem „Bartel”.

Prezydent Mościcki doceniał jego prawość i w 1937 r. namówił rektora swojej Alma Mater, by jednak wrócił do aktywnej polityki, tym razem w roli senatora. Bartel przyjął zaszczytną funkcję, pełnił ją do wybuchu wojny i wykorzystał do szukania porozumienia narodowego. Apelował o amnestię dla więźniów i emigrantów politycznych. Domagał się włączenia do rządu przedstawicieli opozycji, w związku z zagrożeniem zbliżającą się wojną. Osobiście wręczył memoriał w tej sprawie Mościckiemu.

Miał wówczas tak duży autorytet po obu stronach politycznej barykady, że nawet po wybuchu wojny, gdy piłsudczyków traktowano jak trędowatych, jego nazwisko nieustannie pojawiało się w kontekście tworzenia oficjalnych polskich przedstawicielstw na terenach zajętych przez Armię Czerwoną. Krążyły plotki o spotkaniach Bartla ze Stalinem, dementowane potem przez jego żonę Marię. Na trzy dni przed inwazją III Rzeszy na ZSRR gen. Sikorski zgłosił Radzie Ministrów kandydaturę Bartla na stanowisko „nieoficjalnego” ambasadora RP w Moskwie. Głośno było też na emigracji o tym, że po wkroczeniu do Lwowa Niemcy zaproponowali Bartlowi utworzenie marionetkowego rządu okupowanej Polski. Nie ma na to żadnych dowodów, okupant nie miał zresztą w ogóle takich planów. Są natomiast świadectwa o tym, że po aresztowaniu pięciokrotny premier RP był przez okupantów poddawany fizycznym i psychicznym torturom. 25 lipca 1941 r. rozstrzelano go, najprawdopodobniej na Piaskach Janowskich.

Skazany na zapomnienie

Podczas kilkuletniej przerwy w pracy parlamentarnej Kazimierz Bartel napisał książkę na temat perspektywy w malarstwie europejskim, tłumaczoną potem na wiele języków. Być może to ona sprawiła, że nie zginął zaraz po zajęciu Lwowa w 1939 roku. Sowieci uznali bowiem, że Bartel przyda im się jako naukowiec. Zgodzono się, by kontynuował wykłady na politechnice, został nawet zaproszony do Moskwy, gdzie zaproponowano mu kontrakt na rosyjskie wydanie jego prac. Natomiast sława gwiazdy lwowskiej szkoły matematycznej jakoś nie zadziałała na Niemców. Ci potraktowali Bartla jako groźnego przeciwnika politycznego. Po śmierci profesora w kościele koło Politechniki Lwowskiej odprawiono Mszę żałobną z pustą trumną.

Bardzo smutny jest epilog tej historii. Po wojnie w teoretycznie wolnym kraju nie oddano należnych honorów wielkiemu Polakowi. Jego żona do śmierci w 1969 r. mieszkała w bardzo trudnych warunkach w Krakowie, pracując jako bibliotekarka. A przecież przed wojną także była senatorem, działaczką społeczną i przewodniczącą Ligi Kobiet. W czasie okupacji pracowała we Lwowie w Polskim Komitecie Opieki nad Więźniami, po wyjeździe do Krakowa pomagała repatriantom. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg
Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
20°C Środa
wieczór
16°C Czwartek
noc
11°C Czwartek
rano
18°C Czwartek
dzień
wiecej »