Choć Polskę spowija sieć światłowodów i masztów telefonii komórkowej, cyfrowe wykluczenie nie jest przeszłością. Przybrało inną formę.
Dałem upust wyobraźni. Zobaczyłem wejście na górski szlak. Przed nim tablica z informacją jaką aplikację należy ściągnąć, by przejść przez bramkę. Dalej, po jej przekroczeniu, należało wprowadzić dane w jakim kierunku i którym szlakiem zamierzam wędrować. Po pół godzinie marszu zszedłem na skraj widokowej polany by odpocząć i przekąsić małe co nieco. Gdy odkręcałem korek od termosu na ekranie telefonu pojawiło się, w małych odstępach czasowych, kilka pytań. Potrzebna pomoc? Zagubiłeś się? Dlaczego wszedłeś w teren zamieszkiwany przez rzadki gatunek motyla? Dlaczego nie odpowiadasz? Mamy wysłać straż parku?
Acha, pomyślałem, jestem śledzony i szybo wróciłem na szlak. Raz, by nie płoszyć rzadkiego gatunku motyli, dwa nie mieć do czynienia ze strażą parku.
Science fiction? Gdy przed laty czytaliśmy Orwella „Rok 1984” myśleliśmy podobnie. Nie przeczuwając jak szybko owoc literackiej wyobraźni stanie się rzeczywistością. Podobnie z książkami Stanisława Lema. Zresztą nie tylko literaci miewali wizje. Pamiętam opowieść starego gazdy. Wspominał dziadka, mającego pod koniec życia przekonywać: zobaczycie, przyjdą takie czasy, gdy jeden będzie stał w Studzionkach, drugi na Wierchach i będą ze sobą gadać. Jak, nie wiem. A przecież w tamtym czasie w Zasadnem nie było telefonu. Nawet tego tradycyjnego, na kablu.
Dziadek nie przewidział jednego. Że za pomocą geolokalizacji będzie można określić położenie pierwszego i drugiego z dokładnością do jednego metra. Korzysta z niej chociażby Facebook proponując zawarcie wirtualnej znajomości z kimś, kto w tramwaju siedzi na fotelu przed nami, a Google na osi czasu zapisze odwiedzane przez nas sklepy, wystawy, kina, by lepiej targetować reklamy. Oczywiście można tę funkcje wyłączyć. Ale by to zrobić trzeba mieć naście lat i być biegłym w obsługiwaniu ustawień smartfonu. Gdy tymczasem dla wielu ludzi mojego pokolenia i starszych szczytem umiejętności jest posługiwanie się książka telefoniczną i odczytywanie sms-ów w starej Nokii 3210. I to nie zawsze. Mojej świętej pamięci mamie musiałem kupić specjalny telefon. Gdy wcisnęła 2 dzwoniła do mnie, 3 – do opiekunki, 4 – do lekarza. Przed śmiercią i tego już nie potrafiła.
Wspominam w kontekście postępującej cyfryzacji życia. Profil zaufany, e-PIT, e-ZUS, e-dowód, e-pacjent i masa innych. Podczas ostatnich odwiedzin w urzędzie pani zapytała czy mam już założoną skrzynkę do odbioru korespondencji. A właściwie dwie: osobistą i dla parafii. Do tego piny, puki, klucze dostępu. Za chwilę dojdą kolejne do e-faktur. Niby ułatwienie, niby szybciej, niby bez jeżdżenia i stania w kolejkach. Tylko o człowieku coraz bardziej zagubionym, bezradnym, nierozumiejącym mechanizmów, prawdopodobnie w przyszłości karanym (bo nasze prawo jest strasznie restrykcyjne) za nieodebranie jakiejś faktury lub dokumentu, nikt nie mówi, nie widzi go. Nikt nie mówi o babci, która zgubiła kartkę z numerem kodu do odebrania lekarstwa w aptece i po raz kolejny musi zjawić się w gabinecie lekarskim. O staruszku odchodzącym z kwitkiem od notariusza, bo zapomniał kodu PUK do dowodu i nie może złożyć e-podpisu. O siedemdziesięcioletnim proboszczu, martwiącym się jak teraz będzie odbierał faktury za prąd, gaz i telefon. Bo on nigdy nie miał i już raczej nie zamierza mieć komputera.
Ostatniemu (poprzednim zresztą też) nie dziwię się. Pokolenie – podobnie jak ja – wychowane na książkach, notatkach, pisaniu podań, a przede wszystkim kontakcie człowieka z człowiekiem. W urzędzie, szkole, kościele, szpitalu.
Przy okazji wspominam dzień, gdy pojawiłem się jako pacjent na jednym ze szpitalnych oddziałów. Przyjmujący mnie lekarz zainteresowany był jedynie potwierdzeniem numeru PESEL. Cała reszta nie była rozmową z chorym. Była rozmową z pojawiającymi się na ekranie komputera wynikami. Na koniec wcisnął ENTER i wysłał mnie do pielęgniarki oddziałowej.
Wracając do proboszczów… Wielu z nich, w moim wieku i starszych, coraz częściej przejawia chęć wcześniejszego przejścia na emeryturę. Przypomnę: kanoniczny wiek to 75 lat. Bynajmniej nie dlatego, że zmęczeni są laicyzacją, antyklerykalizmem (tu, gdzie pracuję, prawie go nie ma), latami spędzonymi w szkole. Są zmęczeni i nie radzą sobie z postępującą, państwową i kościelną, biurokracją. Wiesz – słyszę – ja już tego nie ogarniam.
Nie dziwię się. O ile przed laty, gdy zaczynała się moja przygoda na wiara.pl, nie miałem problemu z nauczeniem się na pamięć kodu HTML, bo cały proces redagowania odbywał się „z palca”, dziś też już nie ogarniam. Nie tyle redakcyjnych mechanizmów, bo te nie zmieniają się (na szczęście) od kilku już lat. Nie ogarniam wszystkich związanych z cyfryzacją nowości.
Przed laty ukuto zwrot „cyfrowe wykluczenie”. Za dwoma słowami kryła się całkiem spora grupa niemająca dostępu do Internetu. Czym było przekonałem się w 2003 roku, gdy przyszedłem do Skrzynek. Mając pobrać zdjęcie z redakcyjnej bazy foto klikałem w obrazek i szedłem przygotować kolację. Bywało, gdzieś po 45 minutach, zdjęcie wreszcie miałem w komputerze. Dziś, niemalże na siłę, operator wcisnął mi 1 giga, bo podobno mniejszych prędkości położony we wsi światłowód już nie obsługuje. Co nie znaczy, że „cyfrowe wykluczenie” jest przeszłością. Nie jest. Przybrało inną formę. Wykluczona jest spora część społeczeństwa, która „nie ogarnia”. Przy czym nie chodzi o upośledzenie umysłowe. Chodzi o wiek. Mający swoje prawa i ograniczenia. Młodzi tego nie rozumieją. Ale zrozumieją szybciej, niż im się wydaje.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Decyzja wynika z zaniepokojenia NATO działaniami Rosji w Arktyce.
ABW musi wyjaśnić powiązania Swietłany Czestnych z rosyjskim reżimem.
Jednym ze znaków czasu jest wzrastająca liczba zaburzeń psychicznych.
To byłaby pierwsza papieska wizyta w tym księstwie w czasach nowożytnych.
Za ustanowieniem unijnej listy bezpiecznych krajów pochodzenia głosowało 408 europosłów.
Wróg wykorzystuje wrażliwość rodzin. Los Ukraińców jest im obojętny.