Ubecy i złodzieje

W czasach PRL funkcjonariusze służb specjalnych dopuszczali się pospolitych przestępstw kryminalnych, takich jak kradzieże czy przemyt. Czynnie uczestniczyli też w procesie uwłaszczania nomenklatury.

Gdański oddział IPN przygotował interesującą publikację pt. „Brudne wspólnoty. Przestępczość zorganizowana w PRL w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku”. Praca przedstawia kryminalne działania, w które obok złodziei i oszustów zaangażowani byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, a nawet wojskowi czy partyjni aparatczycy. Książka zawiera opracowania specjalistów – historyków, kryminologów, socjologów czy prawników, w których opisują oni współpracę ubeków i złodziei.

Zorganizowani przestępcy

Szczególną wartość opracowania mają akta Zarządu Ochrony Funkcjonariuszy MSW (ZOF). Celem tej powołanej przez gen. Czesława Kiszczaka w 1984 r. struktury było kontrolowanie samych ubeków. Funkcjonariusze tej jednostki mieli specjalne uprawnienia. Mogli prowadzić pełną inwigilację pracowników MSW, wzywać ich na rozmowy, mieli dostęp do dokumentów. W ciągu 5 lat działalności ZOF sprawdził informacje dotyczące 3 tys. funkcjonariuszy i doprowadził do zwolnienia ponad 800 z nich, w 1200 przypadkach podjął działania dyscyplinujące. Naganne zachowania funkcjonariuszy dotyczyły najczęściej przestępstw kryminalnych i gospodarczych oraz wykroczeń dyscyplinarnych.

Przykładem może być sprawa milicjanta płk. Jana Stępnia. W MO pracował od 1963 r. W latach 80. był naczelnikiem wydziału Komendy Głównej MO, który zajmował się przestępczością zorganizowaną. ZOF zwrócił uwagę na Stępnia i podległych mu funkcjonariuszy w związku z nieudolnym prowadzeniem dochodzeń. Chodziło m.in. o druk na wielką skalę (nawet 30 tys.) fałszywych banknotów 50- i 100-złotowych, do tego na bardzo dobrym sprzęcie poligraficznym. Źle przeprowadzona operacja MO doprowadziła do wypuszczenia fałszywek na rynek. Funkcjonariusze ZOF stwierdzili, że Stępień nie jest w stanie kontrolować swoich ludzi i tajnych współpracowników. Okazało się, że jeden z jego TW zdołał przemycić do Wiednia 21 kg srebra. Samego Stępnia podejrzewano o wpływanie na śledztwa, aby nie zakończyły się złapaniem przestępców. Miał chronić cinkciarzy i angażować się w handel dziełami sztuki, także fałszywymi. Część zarzutów została potwierdzona w śledztwie, jednak Stępnia nie wyrzucono z milicji, lecz jedynie zdegradowano do stopnia kapitana. Z jego teczki wynika, że stołeczni funkcjonariusze MO angażowali się w przedsięwzięcia wspólnie z fałszerzami dysponującymi nowoczesnym offsetem. Drukowali fałszywe dolary, kartki na benzynę, a także materiały dla podziemia i z treściami katolickimi. Jak się okazuje, perspektywa zysku była silniejsza niż kategorie wroga ideowego czy politycznego. Paradoks sytuacji polega na tym, że funkcjonariusze z wydziału ds. przestępczości zorganizowanej sami dopuszczali się oszustw, za które mieli ścigać.

Uwłaszczenie nomenklatury

Na przełomie lat 80. i 90. w Polsce i innych krajach bloku wschodniego (poza NRD) doszło do uwłaszczenia nomenklatury, czyli przejmowania państwowego majątku przez komunistyczną elitę, w tym funkcjonariuszy MSW. Zjawisko to jest niewątpliwie jedną z największych patologii transformacji, pozwoliło bowiem ludziom z PRL-owskiego aparatu władzy osiągnąć znaczne korzyści materialne, często fortuny, kosztem państwowego majątku. Zamiast być pozbawionymi praw obywatelskich czy trafić do więzień, komuniści wchodzili w III RP jako elita ekonomiczna. Można powiedzieć, że Polacy zostali skrzywdzeni przez komunistów dwa razy – najpierw przez zniewolenie zbrojne, polityczne i ideologiczne, a potem przez kradzież majątku wypracowanego przez zwykłych ludzi, co negatywnie zaważyło na sytuacji materialnej większości społeczeństwa po 1989 roku.

W Polsce proces uwłaszczenia nomenklatury na masową skalę zapoczątkował rząd Mieczysława Rakowskiego w 1988 r. Wprowadził on szereg ustaw w założeniach mających zwiększyć wolność gospodarczą, a które w rzeczywistości pozwalały na uwłaszczenie nomenklatury bez łamania tak ustanowionego prawa. Dotyczy to zwłaszcza ustawy o konsolidacji gospodarki narodowej, która pozwalała przekazywać majątek państwowy do działalności gospodarczej.

Mechanizm uwłaszczenia nomenklatury szczegółowo opisuje w książce dr Tomasz Kozłowski. Odbywało się ono najczęściej przez tzw. spółkę nomenklaturową, która była ściśle powiązana z danym przedsiębiorstwem państwowym. Udziałowcami takiej spółki byli członkowie kadry kierowniczej przedsiębiorstwa oraz aparatu partyjnego i państwowego bądź członkowie ich rodzin, związani więzami zależności partyjnej, administracyjnej lub towarzyskiej, czyli właśnie nomenklatura. Działanie takiej spółki odbywało się według kilku schematów. Najmniej patologiczny był model symbiozy, w którym prywatna spółka korzystała z przedsiębiorstwa państwowego, ale nie działała na jego szkodę. Zdecydowanie pasożytniczy wymiar ma metoda polegająca na tym, że spółka stawała się jedynym odbiorcą produkcji przedsiębiorstwa. Kupowała jego wyroby po zaniżonej cenie i sprzedawała za dużo wyższą kwotę. Straty firmie przynosił też mechanizm działania spółki, która wyręczała przedsiębiorstwo w niektórych pracach, tyle że wykorzystywała do tego materiały oraz maszyny przedsiębiorstwa i pobierała bardzo duże opłaty za swoje usługi. Chyba najskrajniejszą formą patologii było przejmowanie przwez spółki przedsiębiorstw na podstawie zaniżonych wycen.

Fortuny ubeków

W proces spieniężania politycznych wpływów zaangażowani byli oczywiście – jako istotna część nomenklatury – funkcjonariusze MSW. Nie tylko kontrolowali proces uwła­szczania, ale sami w nim uczestniczyli. Tylko w 1988 r. do prywatnego biznesu przeszło ok. 3,5 tys. pracowników służb specjalnych.

W 1976 r. władze PRL pozwoliły na prowadzenie przedsiębiorstw polonijno-zagranicznych, w których inwestorami byli przedsiębiorcy polskiego pochodzenia. W 1982 r. było już ponad 180 takich podmiotów, w następnym roku powstały kolejne 232. Podmioty te były infiltrowane przez kontrwywiad. Ich prezesi chętnie zatrudniali ludzi zajmujących wcześniej wysokie stanowiska partyjne lub administracyjne, a także byłych pracowników SB w celu wykorzystania ich wiedzy i kontaktów. Zjawisko to przybierało takie rozmiary, że stanowiło problem dla służb specjalnych. Gdańskie SB skarżyło się w piśmie z 1986 r., że nie może skutecznie sprawdzać firm polonijnych, gdyż w pracę służb kontrolnych ingerują osoby wysoko postawione w hierarchii województwa.

Z kolei w piśmie naczelnika Wydziału XIII Departamentu II MSW z maja 1988 r. czytamy: „W toku kontrwywiadowczej ochrony przedsiębiorstw polonijno – zagranicznych uzyskujemy szereg sygnałów wskazujących na zatrudnianie w tych przedsiębiorstwach byłych funkcjonariuszy resortu Spraw Wewnętrznych, żołnierzy WP, organów administracji państwowej i aparatu partyjnego, a także członków ich rodzin”

W książce IPN opisano konkretne przypadki takich zjawisk, np. sprawa firmy polonijnej Lenex. Jej właścicielem był obywatel RFN Momcilo Filipović. W 1983 r. przedsiębiorstwo uzyskało od Urzędu Wojewódzkiego w Skierniewicach koncesję na produkcję, jednak kontrola wykazała, że w ogóle jej nie podjęło. Pojawiło się podejrzenie, że firma zaangażowana jest w nadużycia gospodarcze, m.in. przez korumpowanie administracji państwowej oraz funkcjonariuszy MSW. W 1984 r. sprawą zainteresowała się bezpieka i objęła przedsiębiorstwo kontrolą operacyjną. Okazało się, że zażyłe kontakty z Filipoviciem utrzymuje ppłk Jan Sołtys z Departamentu V MSW. Sołtys dążył do zmonopolizowania kontaktów SB z Lenexem w celu osiągania osobistych korzyści. W firmie zatrudniony został np. syn Sołtysa, który dzięki pośrednictwu Filipovicia wyjechał do pracy w RFN. Prowadzone przez ZOF dochodzenie nie zakończyło się wyciągnięciem konsekwencji dyscyplinarnych. Sprawa ta pokazuje, że MSW tolerowało patologiczną symbiozę swoich pracowników z polonijnymi firmami.

W książce opisano też działalność przestępczą, jaką prowadzili pracownicy wywiadu na arenie międzynarodowej, i proces uwłaszczania nomenklatury na przykładzie powstałego na początku 1989 r. Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Celem działającego pod kontrolą służb specjalnych Funduszu było spłacanie polskiego długu i gospodarowanie środkami na ten cel. To „gospodarowanie” skończyło się jedną z największych defraudacji środków publicznych w III RP. Chodzi o kilka miliardów dolarów. Na czele FOZZ stał tajny współpracownik Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI) Grzegorz Żemek.

Mając doświadczenie w dzia­łalności międzynarodowej, liczne kontakty, znajomość realiów państw Zachodu czy funkcjonowania przedsiębiorstw kapitalistycznych, funkcjonariusze wywiadu PRL bez problemu uwłaszczali się m.in. na centralach handlu zagranicznego czy firmach polonijnych. Jeśli prześledzimy przeszłość niektórych najbogatszych Polaków, okaże się, że byli funkcjonariuszami lub współpracownikami służb specjalnych PRL, a fortuny zdobyli właśnie przez uwłaszczenie nomenklatury.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 31 1
    2 3 4 5 6 7 8
    9 10 11 12 13 14 15
    16 17 18 19 20 21 22
    23 24 25 26 27 28 29
    30 1 2 3 4 5 6
    17°C Czwartek
    rano
    26°C Czwartek
    dzień
    27°C Czwartek
    wieczór
    22°C Piątek
    noc
    wiecej »