Bilans jest dodatni, nie żałujemy ani jednego dnia

Po niesamowitym wieczorze pełni sił ruszyliśmy w dalszą drogę. Jakże przyjemniej się jedzie gdy świeci słońce, wieje lekki wiaterek.

Zapowiada się miły dzień, powoli wchodzimy w rytm, kilometr za kilometrem pokonujemy kolejne odcinki naszego szlaku. Zatrzymujemy się na ostatnią lampkę wina w rejonie Winelands . Chyba Opatrzność nad nami czuwała, ponieważ w momencie przekroczenia progu winiarni spadł rzęsisty deszcz.  A w środku kominek buchający ogniem, przepiękny francuski  wystrój wnętrz i pani zapraszająca na poczęstunek. Cóż więcej trzeba strudzonemu wędrowcy?  Pokrzepieni ruszamy dalej.

Oko w oko z wężami

Mniej więcej po 5 kilometrach naszą uwagę przykuwa  „park węży”. Ci „odważniejsi” decydują się zobaczyć „wroga” na własne oczy. Powitał nas nieprzyjemny zapach, mieszanka agresji i strachu, tu spotykają się oprawca i ofiara. Naszym oczom ukazał się widok, który przekroczył najśmielsze wyobrażenia. Oto niebezpieczne bestie zamknięte w bardzo lichych terrariach, zabezpieczone małym, zardzewiałym skobelkiem.  Poczułam gęsią skórkę, ale ciekawość była silniejsza. Gdy staje się „oko w oko” z najbardziej jadowitymi wężami, człowiek zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, które czyhają na niego w prawie każdym miejscu tego kraju. Walcząc ze strachem, decydujemy się na „spotkanie” z wężem bez szyby. Właścicielka wyciąga 1,5 metrowego stwora i po krótkim czasie przekazuje go Waldkowi. Paleta barw, która pojawiała się na jego twarzy była różnorodna, emocje rosły z sekundy na sekundę.

Na farmie Ernsta i Karli

Jedziemy dalej, ale już bardziej świadomie, każdy szelest jest zastanawiający. Nie wiem co jest lepsze, świadomość zagrożenia czy jej brak.  Postanawiamy zakończyć dzisiaj dzień wcześniej, zrobiliśmy ponad 60 km. Asia włącza swój „radar” i namierza kolejny nocleg. Wybór pada na farmę w Wellington.  Witają nas gospodarze: Ernest i Karla, dwa psy i dwa koty – mieszanka wybuchowaJ. Po krótkim wprowadzeniu, kim jesteśmy, co tutaj robimy i czego potrzebujemy, Ernst proponuje nam swoją gościnę. Chyba naprawdę jesteśmy w czepku urodzeni, dostajemy do dyspozycji mały domek gospodarczy z kuchnią i łazienką, i co  najważniejsze z kominkiem. Ernst jest bardzo bogatym Burem, dumnym ze swojego pochodzenia, posiadającym grubo ponad 5 tys. sztuk bydła, udziały w miejscowej winiarni Wine Muel i tyle hektarów ziemi, że potrzebuje samolotu, aby je dopilnować. Proponuje  dwudniowy pobyt, abyśmy mogli zregenerować nasze nadwątlone siły. Po gorącej kąpieli i pysznej kolacji ( braj, na którym były kiełbaski, stek, kurczak – palce lizać) siedzimy przed kominkiem, zapatrzeni w blask ognia, myśląc o tym, co za nami, a co jeszcze nas czeka.  Na razie bilans jest dodatni, nie żałujemy ani jednego dnia. Późnym wieczorem kładziemy się spać w doskonałych humorach.

Pierwszy kryzys, pierwsze łzy

Tak właściwie to tylko ja jeszcze z czystym sumieniem nie mogę uciec do krainy Morfeusza , obowiązki lidera są jasne – napisać zaległe relacje, wybrać zdjęcia, przygotować się do pisania artykułu do „Rowertouru”.  Dochodzi trzecia, gdy kończę swoją pracę, ekipa przewraca się na drugi brzeg, Grzesiu z Waldkiem chrapią jak lokomotywa, jutro znowu powiedzą, że oni nic nie słyszeli, patrzę w ogień, myśląc o swoich bliskich, których zostawiłam, zostawiliśmy tyle tysięcy kilometrów stąd. Gdzieś tam pojawia się pytanie,  czy to co, tu przeżywam jest warte tej rozłąki, tęsknoty. Pierwszy kryzys, pierwsze łzy, ale po nich na szczęście spokojny sen.  Gospodarze zapraszają nas na śniadanie. Pierwszy raz jadłam tosty z dżemem i żółtym serem, rewelacja!  Jeśli ktoś nie jadł, musi koniecznie spróbować. Oczywiście była jeszcze jajecznica i kiełbaski własnej roboty.

Jak będziecie żonami

Chłopcom szykuje się kolejny męski wyjazd, Ernst zabiera ich na aukcję bydła, podobno na trzy godziny, potem   okazało się, że nie było ich osiem.  Piszę artykuł do gazety, Asia odpowiada na maile, zwiedzamy okolicę.  Po dwunastej łączymy się z Radiem Szczecin. Po drugiej stronie Sławek i Piotrek . Zdaję relację z tego jak mijają nam dni w RPA, co planujemy robić dalej. Piętnaście minut mija zbyt szybko, aby oddać ogrom przeżyć. Mijają godziny, a chłopaków nie ma, zaniepokojone idziemy do Karli, a ona mówi nam słowa bardzo wymowne:

„ Jak będziecie żonami, to będziecie wiedziały  –  kiedy mężczyzna mówi, że będzie za trzy godziny, to na pewno będzie dużo, dużo później”,

Ona już się do tego przyzwyczaiła, ma męża i dwóch synów. Bardzo późnym popołudniem wracają nasi panowie uśmiechnięci, rozemocjonowani, podejrzanie rozluźnieni, ale po twarzach widać, że nie są pewni naszej reakcji. Mają szczęście, że nie są naszymi mężami ;) Po pewnym czasie dajemy im jednak szansę podzielić się wrażeniami, pokazać zdjęcia, w końcu przecież udało im się sprzedać na aukcji 20 sztuk bydła. Potem jednak okazało się, że wraz z Ernstem spenetrowali okoliczny przemysł winiarski. Ach Ci faceci, ciężko z nimi, ale bez nich jest jeszcze gorzej!

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
27°C Piątek
wieczór
23°C Sobota
noc
18°C Sobota
rano
20°C Sobota
dzień
wiecej »