Kryzys, który potrwa

Na polsko-białoruską granicę dotarło już kilka tysięcy osób z Bliskiego Wschodu. Rosja w zamian za spokój chce pieniędzy. Nie ma się co łudzić, że kryzys szybko się skończy.

Imigranci niszczą zasieki i rzucają kamieniami w polskich funkcjonariuszy, a przed kamery posyłają dzieci proszące o pomoc. Jednocześnie naprawdę nie mają dokąd pójść, bo białoruscy funkcjonariusze nie pozwalają im wrócić do Mińska. Nie dopuszczają ich nawet do przejścia granicznego, gdzie przybysze mogliby wystąpić do Polski o azyl. Polska broni granicy, jednocześnie próbując utrudnić przerzut ludzi z Bliskiego Wschodu na Białoruś. Nie wiadomo, czy można liczyć na konkretną pomoc ze strony Unii Europejskiej. Przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel sugerował, że UE mogłaby sfinansować budowę muru na granicy, ale Komisja Europejska wyraźnie mówi, że pieniędzy nie będzie.

Szczyt kryzysu

W tym roku Straż Graniczna odnotowała prawie 32 tys. prób nielegalnego przekroczenia granicy polsko-białoruskiej. W sierpniu zdarzyło się to 3,5 tys. razy, w październiku 17,3 tys., a w listopadzie już 3,2 tys. Listopadowy wynik nie oznacza, że sytuacja się uspokaja. Przeciwnie, 8 listopada na granicę dotarła największa dotychczas grupa imigrantów. W okolicach Kuźnicy Białostockiej tłum liczący od 2 do 4 tys. osób próbował sforsować zasieki, używając do tego pni ściętych drzew oraz nożyc do cięcia drutu. Policja i wojsko użyły gazu łzawiącego. Przybysze zostali po białoruskiej stronie i rozstawili namioty w pobliżu granicy. Pod kierunkiem umundurowanych Białorusinów część próbowała przedostać się przez zasieki w innym miejscu. Według szacunków Straży Granicznej, po kilku dniach w prowizorycznym obozie znajdowało się około tysiąca osób. Oprócz Straży Granicznej sytuacji pilnowało wtedy już 15 tys. żołnierzy, a także policjanci. W stan najwyższej gotowości postawione zostały brygady Wojsk Obrony Terytorialnej z Podlasia, Lubelszczyzny i województwa warmińsko-mazurskiego.

Nikt nie przejdzie

Mieszkańcy Kuźnicy, z którymi rozmawialiśmy, zapewniają, że nie mają się czego bać. Od chwili wprowadzenia stanu wyjątkowego niespełna 2-tysięczna miejscowość jest pełna policjantów i żołnierzy. Zajścia przy ogrodzeniu granicznym nie dotykają bezpośrednio kuźniczan. – Mieszkam 300 lub 400 m od miejsca, gdzie było to zdarzenie, i niczego nie słyszałem – mówi wójt Paweł Mikłasz.

– W Kuźnicy problemu się nie odczuwa – potwierdza pracownica miejscowej firmy transportowej. – Jedni są zaniepokojeni, inni nie, ja będę się bała, kiedy coś zacznie się dziać.

Po wybuchu kryzysu dzieci z miejscowej szkoły podstawowej dostały tydzień wolnego. Normalnie funkcjonowały za to miejscowe przedszkole i Gminny Ośrodek Kultury i Sportu. Nie zamknięto też firm. One jednak odczuwają skutki zamknięcia granicy. – Żyję z tego, że jeżdżą tiry i ludzie robią zakupy. Teraz nikt nie przyjeżdża, więc mamy nieciekawie – tłumaczy właściciel jednego ze sklepów. Jak dodaje, ani teraz, ani przed wybuchem największego kryzysu w Kuźnicy nie widywano osób z Bliskiego Wschodu. Zdarzało się to w mniejszych miejscowościach. – Do znajomych moich rodziców raz przyszli – opowiada. – Byli zmarznięci, bo koczowali w lesie. Co za ludzie, nie wiadomo, ale potrzebowali pomocy.

Wojna dzieci

Według polskich służb imigranci znajdujący się na granicy to na ogół Kurdowie z Iraku, choć są i przedstawiciele innych nacji. Trafili się nawet Afrykanie, którzy mówią, że pochodzą z Mali, a ostatnie 2 lata spędzili w Moskwie. Większość osób widocznych na nagraniach z granicy to młodzi mężczyźni, ale są też kobiety i dzieci. Najmłodszych imigrantów chętnie pokazują białoruskie i rosyjskie media. Trafił do nich m.in. filmik, na którym mniej więcej 12-letni chłopiec łamaną angielszczyzną woła przez ogrodzenie do policjantów, że nie ma jak wrócić. Na innym nagraniu mała dziewczynka prosi polskich funkcjonariuszy o wodę. Do sieci trafił też materiał pokazujący, jak pierwszemu z tych dzieci dorośli mężczyźni dmuchają dymem papierosowym w oczy, żeby wyglądał na zapłakanego. Jest też nagranie, na którym w podobny sposób traktowane są kilkuletnie dziewczynki. Stanisław Żaryn, rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych, pokazywał wiadomości z portali społecznościowych używanych przez imigrantów, gdzie są oni pouczani, jak zachować się wobec dziennikarza stacji BBC, który następnego dnia ma się pojawić po białoruskiej stronie granicy. Inne przecieki wskazują na to, że służby prowadzące przybyszów radzą im zabierać ze sobą dzieci w każdej grupie usiłującej przedostać się przed granicę.

Jednocześnie ludzie znajdujący się w prowizorycznym obozie mają świadomość, że wpadli w pułapkę. Mundurowi nie pozwalają im cofnąć się do Mińska. Pojawiły się już doniesienia o biciu osób, które tego próbowały. Jak informują polskie służby, zdarzyło się też, że kilkudziesięcioosobowa grupa została wepchnięta przez żołnierzy tuż przed druty kolczaste, żeby można było nagrać przejmujący film. Wschodnie media pokazują jednak nagrania, na których mundurowi ratują imigrantów, rozdając im żywność i wodę. Klara Sołtan-Kościelecka, działaczka polskich organizacji pozarządowych przebywająca na Bliskim Wschodzie, zwróciła uwagę, że na bliskowschodnim portalu społecznościowym jedno z tych nagrań podpisano po arabsku: „Najpierw zagłodzić na śmierć, a potem nakarmić”.

Reżyseria: Władimir Putin

Nie ma wątpliwości, że Białoruś nie jest niezależna w swoich działaniach. To nie ktoś z przedstawicieli władz w Mińsku, ale minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow rzucił hasło, by Unia Europejska zapłaciła Białorusi za odesłanie przybyszów z powrotem. Ławrow nawiązał do fali migracyjnej, która dociera do Europy przez Turcję. W 2016 r. UE zgodziła się zapłacić Turkom 3 mld euro w zamian za zablokowanie przepływu ludzi. Rosyjski minister chciałby więc, aby tym razem podobnie postąpiono wobec Białorusi. Wielu komentatorów zauważa podobieństwa między kryzysem obecnym a tym z lat 2015–2016. Podobne jest nawet to, w jaki sposób w obu tych sytuacjach grano obrazami cierpiących dzieci. Różnicę stanowią jednak cele obu operacji. Turkom zależało przede wszystkim na pieniądzach. Teraz celów może być więcej. Poprzez obecną sytuację władze Białorusi mogą naciskać na Europę, by zniosła sankcje nałożone na reżim w Mińsku, mogą też mścić się na Polsce za wspieranie białoruskiej opozycji. Pistolet w postaci problemu imigracyjnego przyda się też Moskwie podczas różnych negocjacji z państwami Europy, m.in. w kwestiach energetycznych. Kryzys jest ponadto testem sprawności działań Polski i całej Unii Europejskiej na granicy z Rosją i Białorusią. Można się obawiać i takiego scenariusza, w którym duża grupa imigrantów trafia do Polski, więc inne państwa strefy Schengen wprowadzają kontrole na granicy z naszym państwem.

Prezydent Rosji Władimir Putin nie pozostawia wątpliwości, że to on jest głównym rozgrywającym. Rosjanie do patrolowania białoruskiego terytorium wysłali swoje samoloty, w tym naddźwiękowe Tu 22M3 zdolne do przenoszenia pocisków nuklearnych. Nieco wcześniej do mediów trafiły kontrolowane przecieki o tym, że Rosjanie zamierzają umieścić na Białorusi broń atomową. W dodatku kilka tygodni wcześniej Putin i Łukaszenka uzgodnili program integracji w 28 dziedzinach, co zwiększa zależność Białorusi od Rosji. Wśród omówionych dziedzin jest obronność. Kiedy jednak kanclerz Niemiec Angela Merkel chciała rozmawiać z Putinem o sytuacji na polskiej granicy, ten odesłał ją do Łukaszenki.

Sami na froncie?

Większość przybyszów deklaruje, że chciałaby dostać się do Niemiec. Nie musi to jednak oznaczać, że Polska może liczyć na wsparcie zachodniego sąsiada. Kontakty między Berlinem a Moskwą budzą obawy, że sprawa zostanie załatwiona ponad naszymi głowami. W dodatku Nils Schmid z socjaldemokratycznej partii SPD sugerował, że osoby znajdujące się na polsko-białoruskiej granicy można by umieścić na Ukrainie. Można się zatem spodziewać, że przynajmniej część polityków znad Szprewy skorzysta z okazji pozbycia się problemu cudzymi rękami, jeśli pojawi się taka możliwość. W przypadku Unii Europejskiej również nie wiadomo, czy Polska może na cokolwiek liczyć. Warszawa chciała, by Unia sfinansowała częściowo warte 1,5 mld zł ogrodzenie, które ma powstać na granicy z Białorusią. Komisja Europejska wyraźnie odpowiedziała, że nie ma na to szans. Nieco inne stanowisko zaprezentował szef Rady Europejskiej Charles Michel. Niektóre kraje Unii popierają pomysł wyłożenia pieniędzy, ale nie ma tu jednomyślności. Wątpliwości budzi też to, czy Polska powinna zwracać się o pomoc do Frontexu, unijnej agencji zajmującej się ochroną granic. Frontex składa się z urzędników i analityków, a jego funkcjonariusze to w rzeczywistości pogranicznicy oddelegowani przez poszczególne państwa UE. Agencja miewa dobre informacje wywiadowcze i niektórymi dzieliła się z opinią publiczną podczas kryzysu w latach 2015–2016. Jeśli chodzi o wschodnią granicę Unii, wydaje się jednak, że to Polska mogłaby służyć wiadomościami Frontexowi, a nie odwrotnie.

Bez wsparcia sojuszników naszemu krajowi trudno jednak będzie zatrzymać transport ludzi z Bliskiego Wschodu na Białoruś. Tu jednak osiągnięto pierwsze sukcesy: Turkish Airlines, czyli tureckie linie lotnicze, zapowiedziały, że nie wpuszczą na pokłady swoich samolotów obywateli Iraku, Syrii i Jemenu lecących do Mińska. To jednak tylko pierwszy krok. Potrzebne jest też m.in. informowanie potencjalnych imigrantów, że białoruskim szlakiem nie dostaną się do Niemiec. Polskie służby są świadome tego, że kryzys nie skończy się szybko. Oby tylko nie skończył się tragicznie – z powodu zimy albo w sytuacji, w której reżyserzy przedsięwzięcia uznaliby, że płaczące dzieci to za mało i potrzebna jest prawdziwa śmierć.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
26 27 28 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31 1 2 3 4 5
-1°C Wtorek
rano
1°C Wtorek
dzień
1°C Wtorek
wieczór
1°C Środa
noc
wiecej »