W tej sprawie chyba jednak nie.
Wielki Piątek, dzień w którym wspominamy zbawczą mękę i śmierć Jezusa. Dzień niesienia krzyża – chciałoby się powiedzieć. Niósł go On, nosimy i my. Nasze większe czy mniejsze, lżejsze czy cięższe krzyże codziennych zmartwień, problemów, trudności. Tych związanych z tym, co dzieje się w świecie polityki oczywiście też...
Mocno niepokoiły mnie w młodości wypowiedzi w stylu „każdy ma swój krzyż” albo „prędzej czy później chrześcijanin musi wziąć krzyż”. Bo rozglądałem się i jakoś niespecjalnie go w swoim życiu dostrzegałem. Różnorakie problemy nie były moim zdaniem na tyle wielkie, by zasługiwały na nazywanie ich krzyżem. Dziś... Może są większe, może jest ich więcej, a może po prostu mam już mniej sił – nie wiem. W każdym razie dziś już ten krzyż w swoim życiu widzę. Złożony z wielu małych krzyżyków, które pojedynczo nie byłyby warte wspominania. Jednak złożone w całość...
Na ten mój krzyż składa się między innymi obwinianie mnie o to, że mniej dziś ludzi w Kościele. Nie przesadzam. Od kilkunastu już lat regularnie co jakiś czas słyszę (ach ta praca w katolickiej redakcji! - za dużo tych różnych doniesień), że ludzie przestają chodzić do kościoła, bo my, którzy do kościoła chodzimy, wychodząc z niego, nie żyjemy jak chrześcijanie. I mam szczęście, że nie jestem księdzem. Bo gdybym nim był, to byłbym winny z osiem albo i dwadzieścia cztery razy bardziej. Mocno się zastanawiam co takiego powinienem robić albo czego nie robić, by żyć jak chrześcijanin. I mimo szczerych od lat poszukiwań, nie bardzo wiem. Nie, nie jestem chodzącym ideałem chrześcijanina, ale żeby zaraz gorszyć? Bez przesady. No, chyba że jestem całkiem ślepy na swoje grzechy. W takim razie proszę mi konkretne wskazać...
Całkiem po ludzku patrząc – jeszcze nie po chrześcijańsku – oburza mnie, że ktoś próbuje mi przypisać odpowiedzialność za podejmowane przez kogoś innego decyzje. Jaki mam na nie wpływ? Zgorszyłem? Na pewno? A może wcale nie, może ktoś tylko ktoś szuka pretekstu, by usprawiedliwić swoje odejście z Kościoła i gada, jak się gada o rzekomo plotkujących starych babach wychodzących z Mszy. Gdy spytać delikwenta czy podsłuchuje, to się oburzy. No to skąd wie o czym one gadają? Męczy mnie to, naprawdę. I pierwszą rzeczą o której wtedy myślę jest odejść z Kościoła. Jak to czemu? Automatycznie, choć będę żył jak żyłem, z gorszącego paskudy stanę się aniołkiem, którego zgorszyli inni.
A patrząc już nieco bardziej po chrześcijańsku... Gdyby jeszcze ktoś mówił, że niewierzący nie przychodzą do Kościoła, bo ja nie tak żyję – przebolałbym. Tak, jako chrześcijanin powinienem być lepszy niż ci, którzy w Chrystusa nie wierzą. Ale dlaczego oskarżać mnie o czyjeś odejście, skoro, jeśli gorszyłem, ten ktoś, jako chrześcijanin, powinien próbować skłonić mnie do nawrócenia, a nie uciekać z Kościoła, nie tak? Gorszyć można dzieci, gorszyć można maluczkich. Ale takich samych katolików jak ja? Jestem gorszym katolikiem, bo mnie różne grzechy tych ludzi nie zgorszyły, a moje ich tak? Pokrętne myślenie. Fakt, księża mają gorzej. Ich największe nawet grzechy, które słyszą w konfesjonale nie mają prawa gorszyć, ale oni gorszą nawet niecierpliwą uwagą, brakiem uśmiechu czy chodzeniem ze spuszczoną głową. Bo to niby niechrześcijańskie....
A już całkiem po chrześcijańsku na sprawę patrząc... Jest w Ewangeliach piękna przypowieść Jezusa o siewcy. Jest o ziarnie, które padło nie tylko na ziemię żyzną, ale i na drogę, między ciernie albo i na ziemie skalistą. Dlaczego ignorować fakt, że zwyczajnie gleba ludzkie serca może być na przyjęcie słowa nieprzygotowana, a winą obarczać tych, którzy swoje serca na jego przyjęcie lepiej czy gorzej, ale przygotowali? Przecież sam Jezus mówi, że powodem niewiary mogą być „troski doczesne i ułuda bogactwa”. Dziś, w dobie rozbuchanej konsumpcji, powód aż nadto oczywisty.... Jest też u Jana coś o uciekaniu przed światłem tych, którzy chcą, żeby ich złe czyny pozostały w ukryciu. No ale co tam. To nasza wina, bo nie byliśmy świetlanymi wzorami cnót wszelkich.
Wyobraźnia złośliwie podpowiada mi, że trzeba by chyba w duchu szukania winnych czyjegoś odejścia z Kościoła spojrzeć na przypowieść o synu marnotrawnym. Już uszami wyobraźni słyszę kazanie, jak to Marnotrawny odszedł, bo zły ojciec ze złym bratem urządzili mu w domu gehennę. Ale gdyby się nawrócili, to młodszy brat, póki co leczący traumę w ramionach nierządnic, może by wrócił... Nie, zupełnie nie taka jest Ewangelia. I nie taka jest generalnie prawda o powodach odejść z Kościoła. Proszę nie dorzucać do mojego krzyża tego zupełnie niepotrzebnego ciężarka.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Dotychczas najszybszym maratończykiem w historii był inny zawodnik z Kenii Kelvin Kiptum.
Mężczyzna tuż po zatrzymaniu powiedział, kto miał być celem ataku.
Leon XIV nominował na to stanowisko arcybiskupa Wojciecha Załuskiego.
Raport „Global Report on Food Crises 2026” zawiera zatrważające dane...