Piekło polskich dzieci

Wciąż mało osób – nawet w samej Łodzi – wie, że na terenie tamtejszego getta był jedyny w Polsce niemiecki obóz karny dla polskich dzieci.

Polenjugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt. Według niemieckiego oficjalnego nazewnictwa, był to wychowawczy obóz dla młodych Polaków, kryminalistów lub dzieci pozbawionych opieki. W zarządzeniu Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy hitlerowcy tłumaczą, że miał charakter prewencyjny. Według zapowiedzi hitlerowców, trafiały tam dzieci, które „albo są elementem niebezpiecznym dla niemieckich dzieci, albo dalej mogłyby popełniać jakieś kryminalne czyny”. Pochodziły z terenów włączonych do Rzeszy oraz z Generalnego Gubernatorstwa. W praktyce był to dziecięcy obóz koncentracyjny. Hitlerowcy chcieli, aby był wzorcowy. Mali więźniowie mieli numery. Drelichy zamiast ubrań. Ciężko pracowali. Byli karani biciem i głodzeniem. Znana jest historia Urszuli Kaczmarek – dziewczynki, która nie przeżyła bestialskiego pobicia i karceru. Nie trafiali tam jedynie młodociani kryminaliści i dzieci bez opieki, ale również ci, którzy byli podejrzewani o członkostwo w Szarych Szeregach. Dzieci nie mogły rozmawiać po polsku, a wszelkie obwieszczenia publikowane były w języku niemieckim.

Obóz powstał jako element Niemieckiego Generalnego Planu Wschodniego. „Wyłączono z getta część Marysina, a mianowicie ul. Emilii Plater, Przemysłową, Otylii i teren przy murze cmentarnym. Od razu po zakończeniu ewakuacji władze niemieckie rozpoczęły tam budowę bardzo wysokiego drewnianego parkanu o bezszczelinowej konstrukcji. Wydział Budowlany getta otrzymał od Kripo [niemiecka policja kryminalna – przyp. red.] nakaz dostarczenia niezbędnych robotników. Małe domki drewniane ulegają rozbiórce, natomiast buduje się tam baraki. Terenem tym będą dysponować władze policyjne” – tak jego tworzenie zostało opisane w kronice getta łódzkiego pod datą 18–19 października 1942 r. Dla obozowej załogi robotnicy postawili też kryty kort tenisowy, aby zima nie przeszkadzała im w rekreacji. Niespełna miesiąc później za parkanem znalazło się już 800 dzieci. Terenu pilnowali niemieccy wartownicy.

Obóz przy Przemysłowej

Historia Henryka Kadzińskiego z Dulska (dzisiejszy powiat golubsko-dobrzyński w województwie kujawsko-pomorskim) pokazuje, jak można było tam trafić. Wychowywała go tylko macocha. W domu było biednie. Poszukując jedzenia, chłopak popełniał drobne kradzieże. Miał trzynaście lat, gdy w piekarni w Golubiu-Dobrzyniu ukradł bułkę. Właściciel, niemiecki folksdojcz, złapał go na gorącym uczynku i natychmiast oddał do siedziby niemieckiej żandarmerii. Trafił do Wąbrzeźna, a stamtąd do obozu w Łodzi. W dokumentacji obozowej zapisane zostało, że Heniek Kadziński zmarł na zapalenie płuc 18 lutego 1944 r.

Główna brama znajdowała się przy ul. Przemysłowej, stąd popularna nazwa: obóz przy Przemysłowej. Dzieci zostały całkowicie odizolowane od świata zewnętrznego. Szyły ubrania, wyplatały buty ze słomy, reperowały tornistry, prostowały igły do maszyn szwalniczych. Przyuczali je do tego rzemieślnicy z sąsiedniego getta. Dziewczynki obsługiwały pralnię, kuchnię, pracownię krawiecką i ogród. W 1943 r. we wsi Dzierżązna niedaleko Zgierza powstała filia obozu przeznaczona tylko dla dziewcząt, które pracowały tam na roli.

– Nie zachowały się żadne oficjalne dane. Trudno powiedzieć, ile dokładnie dzieci przeszło przez obóz. Wśród więźniów była duża rotacja. Według jednych szacunków, było to kilka tysięcy. Według innych, nawet kilkanaście – mówi GN dr Adam Sitarek z Instytutu Pamięci Narodowej i Instytutu Historycznego Uniwersytetu Łódzkiego, który badał funkcjonowanie tego obozu. Udokumentowane są zgony 136 dzieci. Ile ich było dokładnie, nie wiadomo. Do śmierci przyczyniały się brutalne chłosty i pobicia, warunki sanitarne i głód. Dla dorastających dzieci przyznawane tam racje żywnościowe nie mogły być wystarczające. Na śniadanie mały kawałek chleba i pół litra czarnej, gorzkiej kawy. Czasami słodzonej sacharyną. Trzy razy w miesiącu była łyżka marmolady buraczanej lub psujący się twaróg. O mleku czy mięsie można było co najwyżej pomarzyć. Obiad to niecały litr wodnistej zupy z brukwi, liści kapusty lub buraków, zwykle bez ziemniaków.

Śmiertelne żniwo zebrał też tyfus. – W czasie epidemii widziałam okropne rzeczy. Chore dzieci, których nie zdążono wywieźć do getta, leżały na izbie chorych bez żadnej opieki. Te, które już umierały, ale jeszcze żyły, wynoszono razem z trupami do trupiarni nago i ładowano do skrzyń lub worków papierowych i tam dogorywały – opowiada Gertruda Nowak, jedna z więźniarek obozu dla polskich dzieci przy ul. Przemysłowej. Zachowały się też porażające listy, jakie pisały do rodziców. – „Kochana mamusiu, wyślij mi paczkę chleba i co możesz” – prosi w jednym z nich mały więzień Józef Bednarz.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7
17°C Niedziela
wieczór
13°C Poniedziałek
noc
11°C Poniedziałek
rano
16°C Poniedziałek
dzień
wiecej »