Zgliszcza

Nauczyciel ma prawo dobrze zarabiać. Tak samo jak pielęgniarka czy ratownik medyczny. Pytanie, czy nauczyciel, ratownik, pielęgniarka i wielu innych mają prawo do każdej formy protestu? A jeżeli tak, to jaka jest cena podejmowania najdrastyczniejszych jego form?

Odpowiedzi na te pytania nie są proste. Czy ratownik medyczny ma prawo nie pojechać do wypadku? Czy pielęgniarka ma prawo zostawić chorego, który wymaga pomocy? Czy nauczyciel może zostawić swoich uczniów w najbardziej krytycznym momencie, czyli w trakcie egzaminów, od których zależy ich dalsza edukacja? W idealnym świecie takie sytuacje nie powinny się zdarzać. U nas tak się zdarzyło. Czyja to wina?

W tak silnie spolaryzowanym społeczeństwie jak nasze niektórzy bez zastanowienia wskażą na rząd. W końcu to władza jest odpowiedzialna za finansowanie edukacji, to rząd decyduje o tym, ile zarabiają nauczyciele. Każda dysfunkcja systemu jest więc winą rządu. Wynikającą albo z błędów kolejnych reform, albo z bezczynności.

Z drugiej jednak strony (ze strony rodzica) to nie do Ministerstwa Edukacji rodzice wysyłają swoje dzieci, tylko do szkoły, ufając, że w tejże szkole nie stanie się im nic złego. Jeżeli w szkole dzieje się coś niepokojącego, rodzice w pierwszej kolejności idą do wychowawcy, potem do dyrektora. Idą do nauczycieli, którzy są bezpośrednio odpowiedzialni za proces nauczania. Elementem tego procesu są egzaminy, do których dzieci przygotowują się długimi miesiącami. Jeżeli egzaminy zostają zakłócone, winę za to ponoszą nauczyciele, którzy nie chcą ich przeprowadzić.

Gdzie jest granica?

Każdy strajk wiąże się z utrudnieniami. Najlepiej by było, gdyby pokrzywdzeni naciskali bezpośrednio na tych, którzy są przyczyną ich krzywdy. Tyle tylko, że rząd jest w takiej konfrontacji na znacznie lepszej pozycji. Nauczyciel postawiony pod ścianą przestaje uczyć, a to oznacza, że dzieci mają przymusowe wakacje. Rodzice natomiast mają kłopot, bo muszą zorganizować opiekę. Jeżeli postulaty strajkujących spotkają się ze społecznym zrozumieniem, gniew czy niechęć tych, których dotknęły niedogodności, nie skupia się jednak na strajkujących, tylko na rządzących. To może być potężna broń w rękach wszystkich niezadowolonych ze swojej sytuacji. I duży kłopot, szczególnie przed wyborami, dla rządzących. Nauczycieli jest w Polsce kilkaset tysięcy. Razem z rodzinami i rodzicami uczniów może ich być kilka milionów. To ogromna siła nacisku na władzę. Jest tylko jeden warunek: rodzice muszą mieć przekonanie, że strajk jest zwrócony przeciwko rządzącym, a nie przeciwko dzieciom. Z badań opublikowanych przed wybuchem strajku jasno wynikało, że większość pytanych popiera nauczycielski protest. Byli wśród nich nawet zwolennicy partii rządzącej. Ale gdy zapytano o strajkowanie podczas egzaminów (gimnazjalnych, ósmoklasisty i maturalnych), ponad 70 proc. pytanych było przeciwko. To znaczy, że takiego rozwiązania nie popierali nawet przeciwnicy PiS (stanowiący ok. 60 proc. społeczeństwa), którzy popierali postulaty nauczycieli. To jedno badanie pokazało, gdzie przebiega granica, po przekroczeniu której nauczyciele stracą poparcie rodziców. Tą granicą były egzaminy. Późniejsze badania pokazały, że tylko 11 proc. społeczeństwa zdecydowanie popierało ich zakłócenie.

ZNP, reprezentacja nauczycieli, albo tych badań nie znała, albo uznała, że nie warto się nimi przejmować. Rząd wyciągnął z tych liczb odwrotne wnioski. Jeżeli zakłócenie egzaminów jest dla rodziców nie do zaakceptowania, trzeba zrobić wszystko, by nie zostały one zakłócone. Szybko więc zmieniono przepisy tak, by uprawnienia pedagogiczne (a nie praca w konkretnej placówce) wystarczyły do zasiadania w komisjach egzaminacyjnych. Egzaminy się odbyły, a nauczycielska broń w praktyce okazała się niewypałem.

Obraz szkoły

Szkoła ze strajku wychodzi poobijana z dwóch powodów. Rząd narzucił narrację, z której wynikało, że nauczycielom chodzi tylko o pieniądze, a nie o naprawę systemu edukacji. To, że system szkolny trzeba naprawić, jest jasne niemal dla wszystkich. Kilka tygodni temu NIK opublikował raport, z którego wynikało, że poziom nauczania matematyki w polskich szkołach jest tak niski, że – aby nie narażać rodziców na koszty korepetycji – lepiej zrezygnować z egzaminowania z tego przedmiotu np. na maturze. Strajkujących nauczycieli udało się jednak przedstawić jako wrogów wszelkich zmian. Niestety, sporo w tym prawdy. To związki zawodowe wielokrotnie blokowały próby zmian w Karcie nauczyciela. Sam przewodniczący ZNP Sławomir Broniarz mówił, że rozmowa o jakości edukacji może zostać podjęta dopiero po spełnieniu postulatu strajkowego. To tylko potwierdzało narrację, że w strajku chodzi jedynie o pieniądze. Łatwo było do tego przekonać społeczeństwo, tym bardziej że w Polsce szereg grup zawodowych (także z wyższym wykształceniem) zarabia mniej niż nauczyciele, a podwyżka o 1000 zł jest dla wielu ludzi trudna do wyobrażenia.

Z punktu widzenia wizerunku szkoły i nauczycieli prawdziwym samobójstwem było jawne okazywanie wrogości tym pedagogom, którzy zdecydowali się na pomoc w organizacji egzaminów. Byli to emerytowani pedagodzy, często katecheci, ale także nauczyciele, którzy nie przystąpili do strajku. Pogarda, wrogość i zwykłe chamstwo – takie obrazki z polskiej szkoły zaczęły trafiać do mediów, również społecznościowych. Jedne stacje telewizyjne o takich przypadkach nie informowały, inne „grzały temat” na okrągło. Rodzice kilkunastoletnich dzieci to pokolenie, które w dużej mierze czerpie informacje z internetu. Tam zdjęcia, relacje, a nawet filmy z takich zdarzeń rozchodziły się błyskawicznie. Czy były podbijane przez tzw. trolle? Oczywiście, że były, ale nikt nie może zaprzeczyć, że do takich sytuacji dochodziło. I to często. Jaki obraz szkoły i nauczycieli, czyli ludzi, którym na wiele godzin każdego dnia powierza się dzieci, zostawiało to w głowach rodziców?

Komu powierzamy dzieci?

W pierwszych dniach egzaminów jeden z nieprzychylnych rządowi dzienników zamieścił na okładce zdjęcie szpaleru ubranych na czarno nauczycieli, którzy tupaniem i buczeniem witali tzw. łamistrajków (to słowo wyszło od strajkujących). Takie obrazki stoją w jawnej sprzeczności z tym, czego rodzice oczekują od szkoły i nauczycieli. Tolerancja na inne poglądy (czy w Polsce jest obowiązek strajkowania?), otwartość czy wolność wyboru – to wszystko zostało dość boleśnie zweryfikowane. Na niekorzyść szkoły oraz nauczycieli.

Na to nałożyły się zamieszczane przez samych pedagogów w mediach społecznościowych relacje z happeningów, w czasie których śpiewający protest songi nauczyciele obrażają uczniów (sławne „wyciskamy sok z buraków” z Gliwic) czy poruszają się na granicy dobrego smaku (nie tylko muzycznego). Obrazki maturzystów, którzy proszą o klasyfikację, bo inaczej nie przystąpią do matury, i obojętnych na to nauczycieli tylko dolały oliwy do i tak mocno rozpalonego ogniska. W komentarzach pod takimi relacjami pytano, komu powierzamy nasze dzieci.

Po kilkunastu dniach tak prowadzonego (i pokazywanego) strajku od nauczycieli zaczęli odwracać się nawet ci, którzy wcześniej najgłośniej zagrzewali ich do walki. Prezydenci miast, którzy wcześniej obiecywali wypłacenie pensji za dni strajku, zaczęli się z tych obietnic wycofywać. Jak wynika z badania opinii społecznych, niechęć zaczęli wykazywać nawet zwolennicy opozycji.

Związki zawodowe strajk zawiesiły, bo straciły polityczne wsparcie. Sławomir Broniarz powiedział, że zawieszenie wynika z poczucia odpowiedzialności za maturzystów. To zabrzmiało co najmniej mało wiarygodnie po tym, jak nie wykazano odpowiedzialności za zdających egzaminy gimnazjalistów i ósmoklasistów. W tym kontekście należy zapytać, czy sprzeczne z logiką wypowiedzi budują autorytet szkoły, czy go trwonią.

Pole minowe

Z jednej strony ogromne rozgoryczenie środowiska nauczycielskiego, z drugiej utrata zaufania i autorytetu szkoły – to obraz po nauczycielskim strajku. Na to nakładają się konflikty wewnątrz rad pedagogicznych. Jak teraz ma wyglądać współpraca nauczycieli między sobą, skoro wielu z nich jeszcze kilka dni temu obrażało koleżanki i kolegów, którzy nie chcieli strajkować? Tak głębokie podziały w środowisku oznaczają paraliż szkoły. Upokorzeni nauczyciele częściowo na własne życzenie pozbawili się szacunku części uczniów i rodziców. A jest to część bardzo duża, jeśli weźmiemy pod uwagę odsetek osób nieakceptujących tej formy strajku. Szkoła, w której uczą ludzie pozbawieni szacunku i zrozumienia, wątpiący w sens swojej misji, nie spełnia podstawowych warunków, jakie są przed nią stawiane. Ale – co trzeba powiedzieć jasno – polska szkoła nie spełnia tych warunków także dlatego, że jest niedoinwestowana i szargana nieprzemyślanymi reformami. A wina za to leży po stronie rządu.

Kto odbuduje polską szkołę? Na razie nie widzę na horyzoncie nikogo, kto jest do tego zdolny. Ten konflikt będzie się tlił pod powierzchnią szkoły i może ponownie wybuchnąć w każdej chwili. A szkoła z miejsca oderwanego od polityki staje się polem minowym. I choć na rozbrajaniu tych min wielu chce zbić kapitał, tak naprawdę klucz jest w rękach premiera. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9
21°C Poniedziałek
wieczór
17°C Wtorek
noc
14°C Wtorek
rano
20°C Wtorek
dzień
wiecej »