Jak litery w alfabecie

– Bezmiar roślinności zarasta tu zaginioną cywilizację – mówi Adam Szary o terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Odkrywa ją spod dzikich agrestów, chabrów, łopianów.

Jest przekonany, że bez przyrody świat byłby głuchy i niemy. Ciągle uczę się porozumienia z nią, poznając jej metafizyczny język – przyznaje. – Jesion, a nad nim dramatyczna w kształcie chmura, lipy zasadzone, kiedy rodziła się córka, teraz szumiące nad ruinami dworu. To wszystko przekazuje nam jakiś komunikat, jak litery w alfabecie układające się w zdania. W Bieszczadach przyroda towarzysząca mieszkańcom przez ponad cztery wieki od powojnia dziczeje i kryje zgliszcza. – Miejsca, gdzie żyli Łemkowie i Bojkowie, a do II wojny – Polacy, Ukraińcy, Żydzi i skupieni w koloniach Niemcy, przypominają zaginioną Atlantydę – opowiada. – Podczas kończącej bratobójcze rzezie akcji „Wisła” przesiedlono miejscową ludność i zrobiło się pusto. A przed wojną były to jedne z najbardziej przeludnionych terenów nie tylko w Polsce, ale i w Europie.

Idziemy niezatłoczonym przez turystów szlakiem z Tarnawy przez Bukowiec i Beniową do źródeł Sanu. Na trasie wpadamy między strofy poezji, które piszą swoimi barwami i wonią – świerząbek korzenny, poziewnik pstry, przytulia czepna i dziesiątki innych ziół. Co jakiś czas napotykamy jednak fragmenty dramatu – miejsca po dawnych światach. W bezleśnym pustkowiu pojawia się studnia, piwniczka, podmurówka zniszczonego dworu. To, że kiedyś były tu domostwa, zdradzają obrastające je krzewy dzikich malin, haczące ubrania i skórę. Bo tamta krew płynie tu do dziś, nawet w ich owocach.

Cuda

Adam Szary razem z żoną Beatą od 22 lat pracują w Bieszczadzkim Parku Narodowym. – To, że zdecydowaliśmy się tu przenieść ze Śląska, to był pierwszy cud – mówi. – Drugim było odkrycie tej ziemi.

Zachwycił się nią już w latach 80., kiedy w czasach studenckich przyjechał w Bieszczady pierwszy raz i zobaczył ocean buczyny niespotykany gdzie indziej w Polsce. Z wykształcenia jest biologiem – fitosocjologiem zajmującym się tzw. społeczeństwami roślinnymi i ochroną przyrody. Z pasji – etnobotanikiem, badającym związki kultury z naturą. Z natury – pisarzem, który właśnie w Bieszczadach rozwinął swój talent i wydał kilka książek. Urodzony i wychowany na Śląsku, z dala od dzikiej przyrody, po przyjeździe tu zajął się spisywaniem opowieści starszych mieszkańców, żyjących w symbiozie z nią.

Tak powstały „Tajemnice bieszczadzkich roślin”. Tabele, które kreśliłem jako fitosocjolog, zaczęły mnie dusić – przyznaje. W wydanej kilka dni temu książce, będącej rozmyślaniami o życiu „Między mgłami a dymami. Z perspektywy bieszczadzkiego oddalenia”, to, co widzialne, odnosi do niewidzialnego. – Zostaliśmy wrzuceni w świat materii, żeby czerpać z niego treści duchowe – podkreśla. Człowieka sytuuje między ulotnym dymem a mgłą, charakterystyczną dla bieszczadzkiego krajobrazu. „Dym wskazuje na obecność człowieka, dym w końcu ku niebu wzlatuje” – objaśnia. – „Mgła to symbol Tajemnicy. Mgła zawsze wymaga zwolnienia i wytężonej uwagi. We mgle tracimy pewność, że wszystko zależy od nas”. Na okładce jego książki z mgły wyłania się krzyż kościoła w Ustrzykach Dolnych jak pewny punkt orientacyjny.

Błoto

Na górskiej trasie, podobnie jak we mgle, nie wszystko zależy od nas i trzeba się odpowiednio wyposażyć. Najlepiej tak, jak nasz przewodnik – w buty z bieżnikiem, pałatkę przeciwdeszczową, krzesiwo, linkę do cięcia. Podczas wędrówki kilka razy przeszła nad nami burza, potem las zamilkł i słychać było tylko głos puszczyka, jakby czekającego na kolejną. Bo lipce w Bieszczadach bywają nieprzewidywalne w ilości deszczów i burz. Od pierwszych kroków czyha też na naszą wywrotkę słynne bieszczadzkie błoto – w skrócie „sbb”. Z jego powodu powstało powiedzonko, że jak się nie ubłocisz, to nie byłeś w Bieszczadach.

– Wschodnie Karpaty mają odrębną strukturę geologiczną – tłumaczy pan Adam. – Często cienka gleba osadzona tu jest na płytkich łupkach. W II połowie XVI wieku wiele osad było izolowanych przez otaczające je bagna, a szlaki prowadziły graniami – opowiada. Kiedy nie stawiamy pytań, „grzęźniemy w bagnie lenistwa i rozpaczy. Albo wchodzimy do dziupli. To też może być korzystne, jeśli obudzi w nas świadomość własnej grząskości i ciasnoty, stęchlizny i mroku” – podczas wędrówki lepiej rozumie się te słowa z jego książki. I chce się szybko wyjść z błota na pełną pytań łąkę z ukrytymi śladami przeszłości. – Tutejsze łąki stanowią część „krainy dolin” – objaśnia pan Adam. – Żeby istniała łąka, trzeba ją kosić, wypasać na niej zwierzęta, inaczej zmienia się w zarośla i ziołorośla, a potem wraca do lasu. Świat roślin pomaga poznać historię tej ziemi. Patrząc na nie, można się zorientować w topografii dawnych wsi.

Przy nieistniejących kapliczkach rosną zwykle lipy, chaber miękkowłosy, oman wielki. Wokół zburzonych cerkwi smotrawy – mające odniesienie do Jezusa Chrystusa. Nad dawnymi cmentarzami szumią jesiony, lipy, jawory i osiki. Miejsca chałup znaczą grusze, śliwy, jabłonie. W niższych partiach gór i przy dworach szlacheckich, kiedy rodziły się córki, sadzono przy domu lipy, a wiązy i dęby – gdy przychodzili na świat synowie. Wspomnienie podwórza przywołują łany pokrzyw, łopianów, chabrów miękkowłosych, szczaw, dziki agrest i maliny. Ogródki zarasta ostrożeń i perz, a z roślin ozdobnych – przegorzan węgierski.

Dolina

W tym roku pracownicy Bieszczadzkiego Parku wytyczyli dwie ścieżki przyrodniczo-dydaktyczne wzdłuż doliny Sanu. Poznajemy jedną z nich; druga wiedzie z Tarnawy do Dźwiniacza i Łokcia. Przygotowali też aplikację mobilną „Bieszczady&MRB Karpaty Wschodnie” do pobrania na telefon. – Łatwo można odtworzyć usytuowanie dawnej zabudowy, bo rzeka wytyczała ukształtowanie wsi – opowiada pan Adam. Mijamy Bukowiec – wieś widmo założoną w XV wieku. Pozostała po niej podmurówka cerkwi i szczytowe krzyże wieńczące kopuły ukryte wśród lip, topól osik, brzóz, świerków i wierzb. Szpaler wysokich świerków wyznacza teren cmentarza z dwunastoma mogiłami żołnierzy poległych w czasie I wojny. Zginęli na linii przechodzącego tędy frontu, ale nie wiadomo, jakiej byli narodowości i wyznania.

Wzrok przyciąga nasyp odnogi kolejki Sokoliki–Stuposiany, po I wojnie rozbudowanej do Ustrzyk Górnych. Pociąg jeździł tędy z drewnem z Potaszni na stokach Halicza do fabryki beczek spółki Rubinstein & Fromer. Nad wszechobecną na podmokłych terenach wodą krążą ważki, komary, bąki. W toni skaczą traszki, kumaki, owady wodne – pluskolce i żółtobrzeżki, bobry budują żeremie. Ale można tu też spotkać zdecydowanie groźniejsze zwierzęta, widywane na ogół w zoo – wilka, niedźwiedzia, żubra, rysia, żbika, żmiję zygzakowatą i węża eskulapa uznanego za symbol medycyny. – Widziałem go przedwczoraj – mówi pan Adam. – Wchodzi na mój kompostownik, ale wycofuje się, gdy się zbliżam. To wąż dusiciel długości półtora metra, potrafiący doskonale wspinać się po gałęziach.

Z Beniowej zachowały się chrzcielnica z piaskowca w kształcie łodzi ze znakiem ryby na porośniętym lipami terenie dawnej cerkwi św. Michała Archanioła i kilkanaście płyt nagrobnych na cmentarzu. Na nadsańskich łąkach można spotkać też gatunki wysokogórskie, rzadko rosnące nisko, takie jak pszeniec biały, fiołek dacki, wężymord różowy. Kwitnie tu też mieczyk dachówkowaty, który, według wierzeń, zapewniał spokojny odpoczynek poległym w boju. Może chce uczcić pamięć tych, którzy w tej ziemi znaleźli miejsce spoczynku?

Grób hrabiny

– Tu stał typowy dwór szlachecki drewniany, z przeszkloną werandą, nie tak jak chaty z małymi oknami – pan Adam pokazuje jej topografię, stojąc na fundamentach podmurówki budowli. Nieopodal rozciągają się łany turzycy drżączkowatej, którą dawniej wypełniano materace, bo zawiera dużo kumaryny o właściwościach nasennych. Nieistniejący już dwór hrabiego Franciszka Stroińskiego, właściciela dóbr w Siankach, pobliskiej wsi uzdrowiskowej na miarę ówczesnego Zakopanego, usnął na wieki jak jego mieszkańcy. Dzisiaj krzyż z twarzą umęczonego Chrystusa upamiętnia miejsce, w którym wznosił się, dopóki doszczętnie go zniszczono w 1946 roku. Na widocznym z jego niewidzialnych okien Sanie przebiega granica polsko-ukraińska znaczona biało-czerwonymi słupkami.

– Tu rozegrała się romantyczna historia – opowiada nasz przewodnik. – Klara, żona hrabiego, zmarła, nie dożywszy czterdziestki. Mąż bardzo ją kochał i przez 26 lat codziennie, niezależnie od pogody, z kwiatami pokonywał kilka kilometrów na jej grób. Grobowce małżonków zostały splądrowane, zanim terenem zajął się Park Narodowy.

Mówią, że przychodzący na „grób hrabiny” odbywają pielgrzymki świeckie, pragnąc utrwalić swoją miłość. My też, wzruszeni, stoimy w leśnej głuszy nad mogiłami kochającej się pary. Dłonie mchu czule obejmują płyty z ledwie widocznymi imionami. Z tej perspektywy inaczej wyglądają nasze codzienne sprawy.

Czujemy się, jak napisał pan Adam, jakbyśmy oglądali fotografie w starym albumie. Patrząc na nie, znajduje się: „pogodzenie z życiem, a jednocześnie akceptację wszystkiego, co tak szybko biegnie, gdy ja sam stoję w miejscu”. Przy dworze hrabiostwa zachowały się dwie studnie. W jego książce czytamy: „Wędrując do źródeł Sanu, odczuwamy pustkowie, z którym kontrastuje liczba mijanych studni. To symbol duchowej głębi, dającej życiodajną wodę”. Ze studni hrabiego nadal czerpiemy pewność, że miłość jest silniejsza niż śmierć.

Horyzont

„Pustkowie nie musi być pustynią. Największa samotnia jest w głębi każdego z nas. Tam dochodzi do prawdziwego Spotkania” – podkreśla pan Adam. Nasza wędrówka do źródeł Sanu to spotkanie z przeszłością, ale i z sobą samym. Powtarzanie pytania: „Jakie winy popełnili tutejsi mieszkańcy, że musieli utracić te rajskie tereny?”. Jednak nacierające ze wszystkich stron zapachy ziół przypominają, że życie trwa. Nasz przewodnik objaśnia, że mamy tu całą aptekę. Biedrzeniec jest dobry do sałatek i na kaszel. Dziurawiec, tutaj czteroboczny, że można wyczuć kanciki na łodydze, ma działanie antydepresyjne, uspokajające.

W życiu tutejszych mieszkańców ważną rolę odgrywał też mak, niezbędny, by dobrze pożegnać zmarłych. – Na grobach i kaplicach pojawiają się motywy przedchrześcijańskie – opowiada pan Adam. – Makówki, kwiat maku, bluszcz – symbolizujące życie wieczne – i jego odpowiednik, również zimotrwały barwinek. Do połowy XX wieku na tych terenach zachował się pradawny zwyczaj, przypominający praktyki Celtów i Prasłowian, którzy jałowcem okadzali chałupę zmarłego. Żałobnicy siali mak przed trumną w kondukcie pogrzebowym, a wcześniej sypano go do ust zmarłego, żeby zapewnić mu ostateczne zaśnięcie. Bo Bojkowie, podobnie jak starożytni Grecy, uważali, że człowiek ma dwie dusze. Jedna z nich nie chce całkiem opuścić ciała i trzeba jej w tym pomóc.

Żeby nie kierować wzroku wyłącznie na ziemię, pan Adam lubi w wolnym czasie obserwować niebo. – Dlatego pod nasz dom kupiłem działkę, z której widać pełny widnokrąg – mówi. „Napotykamy bariery w przekraczaniu horyzontu. (…) Przestrzeń wiary, nadziei, miłości musi być horyzontem ostatnim” – zapisał, przypominając, co najważniejsze. Stoimy nieopodal źródeł Sanu, na 871-metrowym wzgórzu Wierszek. Na horyzoncie rozciągają się leżące po stronie ukraińskiej Sianki. Małe punkciki to przedwojenna stacja kolejowa, dwie cerkwie, domy. My też z tamtej perspektywy jesteśmy prawie niewidoczni. Za to wszędzie widać wielką przyrodę Bieszczadów, gdzieniegdzie robiącą miejsce człowiekowi. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
25 26 27 28 29 30 1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31 1 2 3 4 5
11°C Sobota
rano
18°C Sobota
dzień
19°C Sobota
wieczór
15°C Niedziela
noc
wiecej »