Dostrzeganie zła powinno byś dla nas szansą na bardziej zdecydowane opowiedzenie się za dobrem.
Pierwszy piątek lutego... Sporo się w tym tygodniu działo. Ot, sprawa gróźb, jakie funkcjonariusz SOP miał kierować pod adresem dziennikarza Telewizji Republika. Hm... Choć groził zdecydowanie bardziej konkretnie niż pewna schorowana emerytka panu Owsiakowi i zdecydowanie większa szansa, że mógłby te groźby zrealizować, nikt nie przyszedł rankiem go aresztować. Nadeszła też wieść o zwolnieniu z pracy konsultantki krajowej w dziedzinie neonatologii, pani profesor Ewy Helwich, bo ośmieliła się uznać, że szczepionkę BCG przeciw gruźlicy lepiej podać po uzyskaniu wyników testu o możliwych przeciwwskazaniach niż robić to przed ich poznaniem. Ha: róbcie tak dalej – chciałoby się powiedzieć – a ruch antyszczepionkowy będzie rósł jak na drożdżach. Zresztą to, jak silny w Polsce jest dziś, zawdzięczamy podobnemu traktowaniu dyskusji na temat szczepień w przeszłości.
A w świecie mamy aferę z aktami Epsteina (z rodziny żydowskich emigrantów z Polski; jego dziadek urodził się w Białymstoku). Tak, przerażające, że jest w świecie sporo ludzi „klasy Epsteina” – jak to określił francuski dziennik „Le Figaro” – wpływowych, którzy wierzą, że są ponad prawem. Postawy jakoś dziwnie nam znajome z naszego własnego podwórka... No tak, ale w środę obiecałem napisać parę słów w kontekście zapowiedzi kolejnych święceń biskupich bez zgody papieża u lefebrystów....
Smutna to dla mnie wieść – oczywiście. Rozłam będzie się pogłębiał. Pamiętając jak to bywało w przeszłości nie sądzę, by udało się ten krok powstrzymać. Jeśli nie za pół roku, to za rok, dwa, trzy, ale zostanie zrobiony. Pamiętam jak często w pismach Nowego Testamentu pojawia się wezwanie do jedności. Pamiętam jak sam Jezus w swojej modlitwie przed śmiercią prosi Boga Ojca o to, by jego uczniowie jedność zachowali. Mimo to „jeden, święty, powszechny i apostolski” Kościół ciągle się dzieli. Od samego początku jego dwutysiącletniej historii. Bóg jest wobec naszych decyzji bezradny? A może trzeba spytać inaczej? Czyli dlaczego, mimo iż jedność jest tak wielką wartością, Bóg te podziały w łonie chrześcijaństwa dopuszcza?
Nie jest to oczywiście żadna oficjalna nauka Kościoła, ale próbując oczyma wiary na te sprawy spojrzeć przypuszczam, że chodzi o to, byśmy umieli zachować jakąś równowagę; że to, iż się podzieliliśmy jest sposobem na trzymanie się w ryzach zdrowej wiary. Ot, katolicyzm a prawosławie. Pierwsi od drugich mogą uczyć się, że Kościół nie musi być silnie scentralizowany, jak jakaś armia z wodzem na czele; może być bardziej synodalny. Drudzy od pierwszych, że Kościół nie powinien identyfikować się z narodami; to prosta droga do usprawiedliwiania religią panowania jednych nad drugimi.
A wspólnoty poreformacyjne, czyli np luteranie, czego nas uczą? To na przykład przypomnienie o konieczności ciągłego wracania do źródeł czyli czytanie Pisma Świętego. By Kościół był apostolski nie tylko przez apostolską sukcesję, ale i trzymanie się nauki apostołów (bo Nowy Testament to spisana przez Apostołów i ich uczniów nauka apostolskiego Kościoła, nie wprost nauka Jezusa Chrystusa). Są też owe wspólnoty wyrzutem w kontekście wypaczeń w kulcie świętych czy nadmiernego koncentrowania się na grzechu (lekki czy już ciężki i spowiedź, a więc pierwszy lekceważony), zamiast na czynieniu dobra. Myślę też – proszę mi za to głowy nie urywać – że w jakiejś mierze są dla nas przypomnieniem, że liturgia nie powinna stawać się czcigodnym zabytkiem obyczajów wszelkich, ale powinna wyrażać w sposób w miarę jasny i prosty to, o co w niej chodzi. Ot, nie wdając się w dyskusje o przeszłości takie dzisiejsze wyrażenie: „uroczysta Msza święta”. Która nie jest, choć najczęściej skromną, uroczystością? Przecież w każdej, niezależnie od tego, czy recytowanej, odprawianej w wiejskim kościółku dla pięciu osób, czy w wypełnionej ludźmi katedrze, z bogatą „oprawą liturgiczną”, „z udziałem licznych biskupów”, jest uwielbieniem „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie” wraz z Duchem Świętym Boga Ojca, nie tak? Czyż nie jest sprawą drugorzędną nie tylko „oprawa”, ale i ile w niej uczestniczy osób, skoro w każdej nie tylko człowiek, ale przede wszystkim Chrystus wielbi Ojca swoim posłuszeństwem aż do śmierci?
A chrześcijanie „kolejnych reformacji”, ewangelikalni, charyzmatyczni? Czyż nie są dla nas przypomnieniem, że w Kościele faktycznie działa Duch Święty? Nie tylko przez papieża i biskupów? Czyż nie otwierają nam oczu na różnorodność charyzmatów w Kościele, które, gdy mądrze z nich korzystać i mądrze je ukierunkowywać, mogą przysporzyć Kościołowi wiele dobra; dużo więcej, niż może dać zamknięta na te dary instytucja?
Podobnie więc oczyma wiary próbuję patrzyć na lefebrystów i szerzej, wszystkich tradycjonalistów. Czemu Bóg to dopuszcza? Myślę, że to dla dzisiejszego Kościoła ostrzeżenie przez zbytnim uleganiem wpływom tego świata. Choć czasy się zmieniają, w Kościele zdaje się wracać docenienie wartości wiernego Chrystusowi i apostolskiej tradycji nauczania, to przecież nie brakowało w czasach posoborowych i nie brakuje też dziś takich, którzy otwierają Kościół na świat tak szeroko, że przeciąg wywiewa z niego wszystko, co w nim dobre, cenne, prawdziwe i piękne, a nawiewa ze świata całą masę przeróżnych śmieciowych nowinek. Może tradycjonalizm jest właśnie po to, byśmy tak beztrosko tych drzwi, okien i lufcików wszelkich jednak nie otwierali? Byśmy otwierali, owszem, ale bez robienia przeciągu?
Tak, wierzę, że Chrystus, jak obiecał, pozostał z nami. Wierzę, że w Kościele ciągle działa Duch Święty. Dlatego ufam, że to, co dzieje się w Kościele jest z Bożej perspektywy najlepszą wersją historii, jaka mogła się nam przytrafić
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |