Na te same historie można spojrzeć zupełnie inaczej.
Właśnie wybieram się w góry. Pagórki chyba – zamruczy ktoś preferujący wysokie szczyty. Jak tam będzie jeszcze nie wiem. Mam nadzieję, że ogrzewanie nie spłata żadnego figla, woda nie zamarznie, śniegu nie napada po pas. Nie wiem jak będzie, ale wiem jak było przed laty, kiedy zimą wybrałam się do Pewli z mężem i dwiema koleżankami. Wiem, bo spisałam to. Nawet w dwóch wersjach. Więc mogę dziś sobie przypomnieć i podać dalej z niewielkimi poprawkami.
Jak było? Zależy, z której strony się spojrzy. Pierwsza wersja: przez czarne okulary. Pobyt w Pewli zaczęliśmy od pogrzebu. Niby tak trochę wypadało, ale właściwie po co, skoro zmarłą żegnał spory tłum? Lidka z Mirką w tym czasie szczękały zębami w nieogrzanym domu. Pierwsza noc była zresztą, mimo dokładania do pieca, koszmarnie zimna.
Sprawa zakupu kawałka ziemi, a właściwie drogi do naszej posesji, trochę się skomplikowała. I w gminie, i w starostwie mają w papierach bałagan kosmiczny. No i na razie nie wiadomo, co dalej. Uda się ten kawałek ziemi kupić czy będziemy się włóczyć po sądach w sprawie zasiedzenia?
Nasz nowy sprzęt – odśnieżarka- wysiadł po chwili użytkowania. Ma mój chłop zdolności. Albo jego szef, który mu ten sprzęt wcisnął, reklamując, że niby niezawodny. Machając szuflą, jako tako odśnieżyliśmy wjazd, żeby się chociaż autem dało wjechać i wyjechać. A jeździć muszę. Z sąsiadką Zosią. A to do ośrodka zdrowia, a to mszę zamówić. Przed kościołem łatwo było zawrócić, ale licho mnie pokusiło, żeby pojechać wyżej i wpakowałam się w zaspę.
Trochę gadam z Zosią, jakieś jałowe to plotkowanie. Trochę łażę z Lidką po górach, brodząc w wilgotnym śniegu. Mój mąż głównie gapi się w telewizor.
Druga wersja: przez różowe okulary. Kawkujemy, piwkujemy, łazimy po zaśnieżonych zboczach, ściślej – Lidka łazikuje ze mną, a Mirka i mój mąż wybierają spokojniejszy styl wypoczynku. Odkrywamy nowe ścieżki. Śniegu w sam raz. Ponieważ mocni chłopcy w quadach ostatnio upodobali sobie Pewel i jej górki, koleiny śnieżne ułatwiają nam marsz.
Pobyt w Pewli zaczęliśmy od pogrzebu. Kiedy stanęliśmy na cmentarzu, rozbłysło nagle słońce. Nie tylko nam wydało się to niesamowite. A następnego dnia mąż zmarłej długo ściskał rękę mojego męża na znak spokoju i głęboko spojrzał mu w oczy. Pewnie było to nieme podziękowanie za to, że byliśmy, choć nie musieliśmy jako ci z zewnątrz wiejskiej wspólnoty.
Odśnieżarka nawaliła, więc mamy trochę gimnastyki dla zdrowotności. Dodatkową porcję ruchu zapewniają nam biegi do pieca w piwnicy. Sprawa tego kawałka ziemi, drogi do naszej posesji, postępuje powoli, ale znowu zrobiliśmy mały krok naprzód.
Jak zwykle sporo gadam z sąsiadką Zosią. O duszach czyśćcowych, o dawnych czasach i ludowych piosenkach. Trochę śpiewamy. No i jeździmy tu i tam… Raz wkopałam się przy tym w zaspę, ale dzięki trzem chłopakom, którzy akurat byli w pobliżu, przygoda zakończyła się szczęśliwie…
Pewnie, że optymizm i uśmiech na co dzień nie są do zbawienia koniecznie potrzebne, a wbrew starej maksymie smutny święty to też święty, ale jednak z radosnym spojrzeniem na świat jakoś lżej bywa.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |