Jestem realistą. Najlepsze rozwiązania prawne, jeśli nie znajdą zrozumienia u rodziców, zdadzą się na nic.
Przyznaję się do plagiatu. W tytule. Podobny chwyt zastosował – dawno temu – Boy-Żelenski – wydawszy tłumaczenie słynnego dzieła Kartezjusza „Rozprawa metodzie”. Przewidując kiepskie zainteresowanie polecił wydawcy, by do książki dołączyć obwolutę z tytułową zachętą. Skutek łatwy do przewidzenia. Jak sam zauważył gdzieś we wspomnieniach, setki studentów, z twarzą zalaną rumieńcem, wchodziło do księgarni na Krakowskim Przedmieściu i schowaną za pazuchą lekturę niosło do domu, by w ciszy sypialni czytać, o jakiej tajemnej metodzie dla dorosłych pisał Kartezjusz. Nakład rozszedł się w kilka dni.
Cytując Boy’a miałem na myśli trwającą od miesięcy (jeśli nie od lat) dyskusję o dostępnie małolatów do mediów społecznościowych i Internetu. Przyznam, nie jestem specjalistą pokroju Tomasza Rożka i wielu innych psychologów, socjologów, psychiatrów i pedagogów. Zresztą większość naszych Czytelników zapewne śledzi trwającą w przestrzeni publicznej debatę i zna argumenty zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Oczywiście należę do pierwszych. Choć tu zamierzam zdystansować się od rzeczowych argumentów i wskazać na problem nie zawsze dostrzegany. Zatem przykład na pozór nie do rzeczy.
Pani w domu ma psa myśliwskiego. Jest to – na przykład – seter szkocki. Trzyma go w sypialni, często pieści na kolanach, karmi co kilka minut, trzy razy dziennie wyprowadzając na krótkie spacery. Odwiedził ją pewnego dnia teść córki. Myśliwy. Ale pani – powiedział po krótkiej obserwacji – wyrządza psu krzywdę. Po pierwsze jego miejsce jest na świeżym powietrzu. Po drugie nie wyprowadza się go w specjalnej kołderce. Po trzecie nie wolno go co kilka minut karmić. Na co właścicielka: ale niech pan zobaczy jak on prosi niemalże płacząc. On nie prosi – skonstatował myśliwy. On ma takie oczy. Nikt nie ma wątpliwości, ze rozmowa nie zmieniła zachowania właścicielki psa.
On/ona prosi. Argument przekonujący każdą babcię i każdego dziadka. Wystarczy mina dziecka i są w stanie wysupłać z zaskórniaków kwotę na trzeci w tym roku smartfon. Babcia szczęśliwa, bo wnuki pochwalą się ile mają lajków. Dziadek w siódmym niebie widząc esemesa, wysłanego przez pięciolatka. Rodzice tłumaczą koniecznością bycia na bieżąco z osiągnięciami techniki, nauki oraz utrzymywania kontaktów z rówieśnikami i szkołą. Ostatni, znaczy rodzice, sprawdzą co jakiś czas zawartość profilu swoich skarbów, ale już do głowy im nie przyjdzie, by przejrzeć listę kontaktów i grup, do których należy. Najczęściej zamkniętych, obwarowanych hasłem. A tam dzieje się…
Wreszcie do starszego pokolenie nie dociera najważniejszy argument. Algorytm sprawiający, że użytkownik spędza coraz więcej czasu w mediach społecznościowych. Dla starszego pokolenia (w większości) nie istnieje coś takiego jak zagrożenie wirtualne. Niebezpieczeństwem jest obcy na ulicy, diler narkotyków, jadący ze zbyt dużą prędkością samochód. Wszystko, co realne, nie jakiś program sprawiający, że ktoś przedłuża swoją aktywność w Sieci. Podobnie jak nie widzą zagrożenia w fejkowych kontach, botach i farmach trolli, epatujących wiadomościami mającymi za cel dezinformację i sianie nienawiści, rozłamów, niepokoju.
Wniosek jest prosty. Zanim osiągniemy konsensus w sprawach prawnych, określimy wiek małolata, w którym będzie zdolny posługiwać się socjałami nie wystawiając siebie na niebezpieczeństwo; zanim wdrożymy mechanizmy, chroniące małoletnich przed dostępem do nieodpowiednich treści; zanim to wszystko zrobimy, najpierw trzeba wychować, przekonać, zmobilizować rodziców, dziadków – wszystkich, patrzących z podziwem, jak małolaty surfują po Sieci. Co nie będzie proste i łatwe. Wielokrotnie, mówiąc na spotkaniach z rodzicami o związanych z Internetem niebezpieczeństwach, słyszałem szeptane po kątach komentarze: on chce, by nasze dzieci były głupie…
Jestem realistą. Najlepsze rozwiązania prawne, jeśli nie znajdą zrozumienia u rodziców, zdadzą się na nic. Ci dalej, w złudnej trosce o bezpieczeństwo swoich pociech, domagać się będą, by w trakcie lekcji dzieci miały przy sobie smartfony, a dziadkowie pękać będą z dumy, patrząc na aktywność wnuków w Sieci. Powiedzmy sobie szczerze. Jako naród kapitalnie wpisujemy się w czarny humor o pasażerach Titanica. Amerykanie wskoczyli na szalupy zachęceni obietnicą hamburgera, Anglicy wizją uściśnięcia ręki królowej, Niemcy rozkazem, a Polacy uratowali się dzięki temu, iż oficer odpowiedzialny powiedział im, że na łodzie ratunkowe nie wolno wchodzić…
Zatem propozycja. Sformułujmy zasady, napiszmy: tylko dla dorosłych i w kampanii reklamowej dodajmy: tego nie wolno robić...
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
"Są takie piękne słowa: godność, człowieczeństwo. Tego broniliśmy".