Pomagają tam gdzie jest najtrudniej: mniejszościom chrześcijańskim, wiernym
prześladowanym. Współfinansują budowę świątyń, zapleczy duszpasterskich.
Opłacają kształcenie księży i katechetów, a nawet pomoc motoryzacyjną. O misji
i dziele "Pomocy Kościołowi w Potrzebie" Radio Watykańskie rozmawiało z ks.
Waldemarem Cisło, dyrektorem Sekcji Polskiej oraz Mieczysławem Gilem,
członkiem rady Sekcji.
RV: „Biblia dla dzieci” to jedno z waszych sztandarowych dzieł.
Ks. W. Cisło: Tak. To jeden z naszych najstarszych projektów, o charakterze typowo pastoralnym. Jego początki sięgają 1979 r. Biblia została przetłumaczona na 153 języki i wydana w ponad 43 mln egzemplarzy. Żeby uświadomić rozmiar i skalę potrzeb tego projektu, powiem, że rocznie misjonarze proszą o 1,3 mln egzemplarzy Biblii w różnych językach. Oczywiście taki projekt musi być finansowany: ktoś, kto kupuje taką Biblię w Europie (w Polsce za 8 zł), ma satysfakcję, że sfinansował 2 lub 3, w zależności od kraju, egzemplarze w kraju misyjnym. Jest to olbrzymia pomoc dla misjonarzy i warto również o tych cegiełkach pamiętać.
Przygotowujemy się także do innej akcji w przyszłym roku, w Wielkim Poście. Rozmawialiśmy już wstępnie z Ordynatem Polowym, z Ministerstwem Obrony Narodowej. Chcemy oprócz Sudanu pomóc także w Iraku. Problem jest tego typu, że w tej chwili chrześcijanie z tych miejsc uciekają.
RV: W historii „Pomocy Kościołowi w Potrzebie” były niestandardowe formy pomocy, jak np.: kościoły-statki albo samochody-konfesjonały, w różnych środowiskach duszpasterskich, gdzie rzeczywistość podpowiadała, że te formy mogą być dobre. Czy wśród obecnych form pomocy jest coś, co mogłoby zdziwić?
Ks. W. Cisło: Nasza pomoc idzie tam, gdzie jest potrzeba. Ksiądz wspomniał o kościołach-statkach, one pływały na Wołdze i docierały do ludzi. Konfesjonał to bardziej prowokacja – o. Józef z biura w Monachium stawał przed dworcem autobusowym, pokazując, że jest coś takiego, jak ruchomy konfesjonał.
Kard. Darío Castrillón Hoyos, do niedawna prefekt Kongregacji ds. Duchowieństwa, kiedyś poprosił jedną z organizacji niemieckich o pieniądze na zakup konia. W odpowiedzi przysłano mu formularz i napisano, gdzie może kupić części zamienne, gdzie jest stacja benzynowa. I ten biedny misjonarz, który mógł dojechać do swojej parafii tylko na koniu, w rozpaczy zwrócił się do o. Werenfrieda, prosząc: „Ojcze, co ja mam odpisać? Przecież koń nie potrzebuje części zamiennych, najwyżej siana trochę.” O. Werenfried uśmiechnął się i wysłał mu pieniądze na tego konia. Potem ten ksiądz misjonarz został biskupem, prefektem kongregacji. Tutaj jest odpowiedź, że jak trzeba, staramy się i też niekonwencjonalnie pomagać.
RV: Polska sama korzystała z takiej pomocy prawie 50 lat. Obecnie od ponad roku działa w Polsce Biuro organizacji. Powstało w 2003 r., a oficjalne państwowe zatwierdzenie otrzymało dwa lata później. Jaki jest owoc jego pracy? Czy Polacy potrafią być hojni?
Ks. W. Cisło: Tak. Mogę się pochwalić, że jesteśmy pierwszym biurem spośród tych 17 narodowych, które w pierwszym roku działalności uzbierało 200 tys. euro, dzięki czemu mogliśmy sfinansować kilka projektów. Idea powstania tego biura w Polsce jest taka, żeby pomimo tego, że w dalszym ciągu pomagamy zakonom kontemplacyjnym, pomagamy kształcić się księżom w tych specjalizacjach, gdzie muszą zdobywać swoją wiedzę za granicą, jak chociażby bibliści, którzy mogą robić licencjaty tylko w Rzymie czy w Jerozolimie, to zaczynamy powoli też zbierać pieniądze, żeby wspierać jeszcze biedniejsze i bardziej potrzebujące Kościoły.