Mądrość finiszu

Kto chce umrzeć na swoich warunkach, ryzykuje wieczność w fatalnych warunkach.

Pół roku temu głośno było o 29-letniej chorej Amerykance Brittany Maynard, która zmarła „na własnych warunkach”. Polegało to na tym, że odebrała sobie życie z pomocą lekarza, w obecności rodziny i przy aplauzie zachwyconych mediów. Takich zdarzeń jest coraz więcej, bo też wzrasta poparcie społeczne dla eutanazji. Widać to choćby po komentarzach w internecie. Wystarczy wyrazić krytykę wobec takich rzeczy, a już odzywa się chór „empatyków”: „Ty nie wiesz, co to znaczy cierpieć”.


Ludziom coraz częściej wydaje się, że cierpienie, lub tylko jego przewidywanie, uzasadnia odebranie sobie życia. I dzieje się to w czasach, gdy możliwe jest przynajmniej częściowe uśmierzenie prawie każdego bólu. Oznacza to, że mentalność eutanazizmu bierze się nie tyle z bezradności wobec cierpienia, ile z postchrześcijańskiej filozofii, która mówi, że życie pozbawione komfortu nie ma żadnej wartości. Ta filozofia sączy do umysłów komunikat, że jeśli przed śmiercią nie możesz już korzystać ze standardowych przyjemności życia, to nie ma na co czekać. Nie możesz się realizować na wybiegach miss piękności, na siłowniach i na kortach, nie możesz korzystać z seksu, za słaby jesteś na podróże, a i jedzenie ci nie smakuje – to daj sobie spokój. Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj – masz umrzeć za rok, umrzyj już dziś. Bo życie w cierpieniu to nie życie. 
A niektórzy są tak bezczelni, że próbują całą tę arcypogańską filozofię ubierać w szaty chrześcijaństwa, sugerując, że Bogu podoba się takie „godne odejście”.


Tymczasem Bóg mówi coś dokładnie odwrotnego. Życie Jezusa okazało się najbardziej owocne na jego ostatnim etapie, gdy skończyły się wszelkie wygody i nawet najprostsze przyjemności. Tamtego czwartkowego wieczoru, gdy Zbawiciel z uczniami przekroczył potok Cedron i wszedł do ogrodu Getsemani, miał przed sobą już tylko męczarnię ponad miarę wyobrażeń. Wiedział, że od chwili, gdy umrze, dzieli Go już tylko pasmo udręk, jakich nikt z ludzi nigdy nie znosił i znosił nie będzie. Krwawy pot i modlitwa o „oddalenie tego kielicha” są aż nadto wymownym świadectwem, że Jezus dokładnie wiedział, co Go czeka. I że – uwaga! – to nie była śmierć na „Jego warunkach”. Żadne tam „godne umieranie” z muzyczką i w estetycznej oprawie. Z posłuszeństwa Ojcu przyjął to, co Go miało spotkać. Powiedział „wykonało się”, gdy się rzeczywiście wykonało, gdy kielich został wysączony do ostatniej kropli.


Eutanazista, oczywiście, sprawę załatwiłby już w Getsemani, bo po co się tak męczyć. A jednak każdy etap życia jest wartościowy – zwłaszcza ten ostatni, najtrudniejszy. „Po udrękach swej duszy ujrzy światło i nim się nasyci” – prorokował Izajasz o Mesjaszu (Iz 53,11). 


Świat za priorytet uważa pozbycie się udręk, choćby razem z życiem. Ale pytanie, czy wtedy człowiek ujrzy światło?


Jezus powiedział: „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 10,22). Wytrwanie nie jest potrzebne temu, komu jest łatwo. Wytrwały do końca żyje na warunkach Boga. Jak Jezus. I z Nim też zmartwychwstaje.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
19°C Sobota
dzień
20°C Sobota
wieczór
19°C Niedziela
noc
18°C Niedziela
rano
wiecej »