Mieszkanie leczy nogi

Nad mieszkaniem pana Władzia dudnią samoloty. Jemu to nie przeszkadza. Inna to, bezdomna perspektywa...

Kilkunastopiętrowy blok na obrzeżach Warszawy. Chyba VIII piętro. Zwykłe M4. Jeden pokój to jeden człowiek i jedna historia. Historia o głupich wyborach albo złośliwym losie lub jedno i drugie. I potem ciąg dalszy: Misja, terapia, zmiana. Takie to mieszkanie, które nie tylko leczy zranione nogi, ale i serca. A może nawet i same dusze. Z perspektywy VIII piętra i wielu lat bezdomności widać przecież więcej…

Władzio na swoim

Pan Władzio krząta się po kuchni. Kuchnia czysta i ogarnięta, trochę jak perfekcyjnego pana domu. Panów raczej, bo przecież dzieli ją z kolegami – sąsiadami z pokojów. Kotlety dzisiaj klepie pan Władzio, nieduże, cienkie, dobrze przyprawione. Do tego będą ziemniaczki tłuczone i mizeria. Samo dobro domowe.

Z dużego okna widać niemal cały świat, a przynajmniej pół Warszawy. Dzieciaki na placu zabaw wyglądają jak małe ludziki lego. Czyjaś babcia drepce – wraca z zakupów, psy obszczekują się niezbyt przyjaźnie. Życie osiedlowe w pełni. A nad nimi co chwilę latają samoloty, bo niedaleko Okęcie. Startują, lądują. A po drodze mijają mieszkanie Władzia, jakby go pozdrawiały w drodze do wielkiego świata. Hałasu co niemiara robią, warczą i wyją. Ale Władziowi to nie przeszkadza. – Jak mój brat był u mnie w odwiedzinach, to mówił: huk nie do wytrzymania. On by nie mógł tu mieszkać, bo nie wie, co znaczy nie mieć gdzie mieszkać – tłumaczy prosto pan Władzio. – Ja ten szum lubię. Kwestia perspektywy.

Ale pan Władzio wcale nie chciał tu, do mieszkania, tak od razu przyjść. Czasu mu zajęło sporo, zanim się przemógł.

– Mogłem być mądrzejszy kilka lat temu i przyjąć propozycję Misji. Ale ja, człowiek wolny, nie chciałem kontroli, patrzenia na ręce, bałem się uwiązania. No, głupi byłem, bo mieszkania treningowe tak nie działają – dodaje pan Władzio, przerzucając kotleta. – Do wszystkiego trzeba dojrzeć… – kończy filozoficznie znad patelni.

Więc do kilkunastu lat bezdomności na własne życzenie zafundował sobie pan Władzio kolejnych kilka. Zanim konkretnie nie zdecydował, że zawalczy o siebie, że wytrenuje w mieszkaniu normalność. Ale po kolei...

Ma 60 lat. Przez 40 pił. Zaczął pić, bo wszyscy u niego na ulicy pili, bo kolegom się nie odmawia, a babkom trzeba imponować. Za wódką szły przestępstwa. Wszystkie po pijaku, wszystkie kończyły się w więzieniu. Nie, nie jakieś długie wyroki. Ale jak się zsumuje wszystkie lata, to będzie 6,5 roku za kratkami.

– Tam ukończyłem jedną terapię, bo musiałem. Nic to nie dało. Wyszedłem z więzienia i chlałem dalej. Trafiłem na ulicę, bo żona wyrzuciła mnie z domu, synowie nie chcieli znać. Chlałem na ulicy, mieszkałem na ulicy. Kiedyś udało mi się znów dostać na terapię. Ale znów z tego nic dobrego nie wyszło, bo motywacja moja była zła. Po prostu chciałem odpocząć od spania na klatkach, więc wolałem odwyk i czyste łóżko oraz ciepłą zupę na obiad...

I życie Władzia wyglądało tak: jak pił, to był na ulicy. Jak na chwilę przestawał, to pracował w piekarniach, bo piekarzem jest świetnym i każdy pracodawca chętnie go przyjmował. Na trzeźwości, oczywiście.

– Ale że chlałem coraz więcej, wciąż zmieniałem robotę. W końcu już nie było odwrotu. Na stałe wylądowałem na ulicy.

Gdy dziś Władzio idzie ulicami Warszawy, a dawni koledzy – bezdomni mówią mu „cześć”, odpowiada i zagada. Nie wstydzi się dawnych kumpli, nie czuje się lepszy. Ot, jemu się udało wyjść z tego bagna, z tych lodowatych nocy ogrzewanych procentami, z przeganiania z klatek schodowych, śmierdzących altanek i wiecznej tułaczki.

– Ponad 10 lat temu trafiłem, nieco przypadkiem, do Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej w Ursusie. Przyszedłem raz i drugi. Coś się powoli zaczęło dziać, ale walka w środku, we mnie, trwała długo. Znów zapiłem, znów na ulicę wróciłem. I tak kilkakrotnie. W końcu przeszedłem kolejną terapię, już w Misji. Z jedną różnicą: naprawdę chciałem się leczyć…

Zaczęło się autentyczne trzeźwienie. Pan Władzio mieszkał wówczas w schronisku, w budynku Misji. – Trzymałem się już wtedy Misji świadomie, bo wiedziałem, że na ulicy od razu zapiję. A szkoda mojej abstynencji! I jakoś to szło. W końcu się zdecydowałem na mieszkanie treningowe, i to była dobra decyzja. Mieszkam tu ponad dwa lata i to zdaje egzamin. Ja zdaję egzamin.

Kotlety też zdają. Chrupiące i pachnące.

– Nikt mnie tu nie kontroluje. Wychodzę, kiedy chcę, pracuję, kupuję do jedzenia to, co chcę, sam gotuję – dla kogoś może to niewiele, ale dla mnie bardzo dużo. Poczucie godności. Dom to dom. A jak muszę gdzieś na dłużej wyjechać, na przykład do syna, z którym od czasu niepicia mam dobry kontakt, to zgłaszam w Misji i jadę.

Pan Władzio pracuje w serwisie sprzątającym. Jeśli w miejscu pracy jest tak samo czysto jak w mieszkaniu, to dobry z niego pracownik. – Kupuję jedzenie, ubrania, komorników spłacam regularnie. Ostatnio nawet byłem na dansingu. Żyć, nie umierać...

Marzenie?

– Czekam na mieszkanie socjalne. Jednoosobowe, godne, niezależne. Dam już radę na swoim...

Krzysztofa pokora domowa

Czterdziestolatek Krzysztof, w pokoju długim i wąskim, wielu sprzętów nie ma. Wszystkie, prócz szafy, kupił sam. Ale nie kupuje zbyt wiele, żeby się potem nie rozczarować. Telewizor, kablówka, fotele wygodne, a jakże. Tapczanik wąski, na szafce kilka zdjęć z przeszłości i jeden nabazgrany różowym flamastrem obrazek: „dla kochanego wujcia”. Całe jego dobre, obecne życie. Tego złego, dawnego, nie chce pokazywać, chociaż decyduje się o nim opowiedzieć.

– Nie zbieram rzeczy, bo mam do siebie ograniczone zaufanie. I w ogóle do życia. Jutro się może sypnąć wszystko, chociaż nie musi. Tego nauczyła mnie ulica… – tłumaczy. – Jak człowiek jest za pewny siebie, szczególnie w naszym środowisku, to łatwo zaliczyć zjazd bez trzymanki i się sparzyć. Po raz kolejny zresztą. To, co mam, to i tak dla mnie wystarczająco.

Jeśli uda się panu Krzysztofowi przejść z mieszkania treningowego na wyższy poziom – do mieszkania socjalnego, wtedy szybko ogarnie resztę: szafy, pralkę czy lodówkę. Pracuje przecież, odkłada. Jest w programie wychodzenia z bezdomności od kilku lat. Powinno się udać.

– Jestem z niewielkiego miasta na Mazowszu. Rodzice pili, zadłużali mieszkanie. Potem ja je przejąłem, z grzybem na ścianie i z długami. Eksmitowali mnie z meliny, za chlanie rodziców. Z czego miałem mieszkanie spłacić? Zresztą nawet nie rozpaczałem, bo to nora była, a nie prawdziwy dom...

Bujał się to tu, to tam. Pracował, jakąś kobietę miał. Wierzył wtedy w miłość. Nie wyszło. I taki z niego „janosik”, że słabszych od siebie chciał bronić, i raz sprawiedliwość wymierzył na dzielni. – Wyrok dostałem, 8 lat, za pobicie takiego jednego… Terroryzował pół miasta, okradał, bił. Ludzie się cieszyli, że dostał za swoje, a ja poszedłem siedzieć. Nie, niewarte to było. Ja nie od wymierzania sprawiedliwości. Ale wtedy głupi i młody byłem. Szkoda lat za kratami...

Gdy miał już wyjść z więzienia, zdał sobie sprawę, że trafi wprost na ulicę. No bo gdzie? Bał się tego. Nie chciał. – Wyjście z więzienia to trudny moment, gdy się nie ma dokąd wrócić. Ja nie miałem. Chwilę się tułałem, trochę pracowałem, jakiś związek mi nie wyszedł. Słabo to wyglądało…

Ktoś kiedyś powiedział mu o Misji. To był impuls: jak stał, tak wsiadł w autobus miejski numer 517 i przyjechał wprost do Ursusa. – Myślę sobie: spróbować warto. Co mi zostało?

Nowe życie zaczął najpierw w noclegowni Pensjonatu Socjalnego „Św. Łazarz” kamilianów. Żeby sobie poukładać myśli i wszystko w głowie. Od trzech lat jest w mieszkaniu treningowym. – Mentalnie przestawiłem się na zwyczajne życie: mam pracę, jestem niezależny, uczę się różnych nowych rzeczy. Teraz takie czasy, że nawet z YouTube’a można się na przykład nowych trendów w wykończeniówce nauczyć. A ja lubię takie grzebaniny, mówią, że jestem złota rączka…

Gdy pan Krzysztof wraca po południu z roboty, przynosi ze sklepu chleb, mówi „dzień dobry” napotkanej sąsiadce. Ona nie interesuje się nim, on nie interesuje się nią. Mijają się i znają tylko z widzenia. Bo teraz takie czasy: ludzie biegają do pracy jak chomiki w kołowrotkach i zadowoleni, jeśli nikt się ich nie czepia, nie chcą się nawet poznać. I zrozumieć. Dlatego czasem pan Krzysztof czuje się samotny. Ale tylko czasem...

Szansa na życiowy sukces

Mieszkania treningowe to pomysł zaczerpnięty z zagranicy. A dokładnie z wyjazdów Adriany Porowskiej, dyrektorki Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej. – Przekonałam się, że na Zachodzie pomoc mieszkaniowa dla osób w kryzysie bezdomności jest znacznie bardziej rozwinięta niż u nas i że idea mieszkań treningowych się sprawdza. Bo ludzie po prostu potrzebują własnej przestrzeni, osobistego schronienia, prywatności. Potrzebują też wsparcia drugiej osoby w rozwiązywaniu problemów bieżących, dnia codziennego. Muszą mieć też kogoś, kto pomoże rozwiązać problemy, z którymi latami nie byli sobie w stanie poradzić – opowiada Adriana Porowska.

Projekt mieszkań treningowych jest w sumie prosty: to wsparcie mieszkaniowe dla ludzi, którzy wiele lat czekają w kolejce na mieszkania komunalne, przekazane z zasobów gminy. – W ten sposób rozładowujemy kolejkę w schronisku dla osób bezdomnych, a konkretny człowiek nie czeka w nim kilku lat i nie zajmuje łóżka – tłumaczy Porowska. – Osoby, które decydują się na przystąpienie do projektu i chcą zamieszkać w mieszkaniu treningowym, przeprowadzają się „na swoje”, ale otrzymują od nas opiekę. Mają wsparcie pracownika socjalnego, psychologa czy doradcy zawodowego. Wychodzimy wspólnie do kina, teatru, filharmonii czy wyjeżdżamy do Zakopanego. Udało nam się też zabrać kilku panów do Rzymu, do papieża. Chcemy pokazać ludziom, jak można spędzać wolny czas. Do tej pory część z nich piła w wolnym dniu od pracy. Teraz muszą zagospodarować ten czas, chcemy rozbudzić w nich pasje, marzenia i pokazać, jak małymi krokami dojść do celu.

Wszystko po to, by osoby w kryzysie bezdomności uwierzyły w siebie, twardo stanęły na nogi i miały odwagę na kolejny krok, którym będzie życie poza wsparciem Misji.

Obecnie trwają dwa projekty dotyczące mieszkań treningowych. – Jeden współfinansuje miasto stołeczne Warszawa, a bierze w nim udział 30 osób. Są to ludzie, którzy mogą starać się o lokal z zasobów stolicy. Drugi projekt jest finansowany przez prywatnych sponsorów, a uczestniczą w nim osoby z innych gmin oraz takie, których sytuacja prawna jest na tyle skomplikowana, że obecnie nie mogą złożyć wniosku o lokal w Warszawie. W sumie kilkadziesiąt osób korzysta z tych rozwiązań.

Technicznie wygląda to tak, że Misja podpisuje umowę z właścicielami mieszkań. A lokatorzy z Misją. Częściowo płacą za mieszkanie, muszą też wywiązywać się z zasad: zero picia, terapia, kontakt ze specjalistami z Misji. Właściciele mieszkań wiedzą oczywiście, kim są lokatorzy. Podobno, mimo początkowego lęku i oporów, są zadowoleni: Misja dogląda i sprawdza mieszkania, a lokatorzy sprawiają się dużo lepiej i trzeźwiej niż na przykład… studenci. Z wieloma właścicielami Misja współpracuje od lat.

Choć bywają i wpadki. – Trzeba pamiętać, że część osób w kryzysie bezdomności to osoby z chorobami i zaburzeniami psychicznymi, a także osoby uzależnione od alkoholu i innych substancji psychoaktywnych. Wymagają więc większego wsparcia, także ze strony psychiatry i psychologa. Są i ludzie, którzy nie potrafią mieszkać w pokoju czy w mieszkaniu z innymi, dlatego powinni mieć zapewnione osobne mieszkanie – tłumaczy Porowska. – Nasz program mieszkań treningowych przeznaczony jest dla osób, które są w stanie pracować i pokonywać przeciwności losu przy niewielkim wsparciu specjalistów. Zwykle ktoś, kto już zdecydował się na ten krok, trzyma się zasad, bo po prostu widzi w tym wielką szansę.

Do biura Misji puka pan Olek. Ma umówioną rozmowę z psychologiem. Potrzebuje tych spotkań, mimo że już wyszedł na prostą, a jego mieszkanie treningowe to po prostu dom. Dom, o którym nawet bał się kiedyś marzyć. Pan Olek, dziś schludny i z przyjaznym spojrzeniem, jeszcze kilka lat temu wyglądał zgoła inaczej. A mieszkał nie w mieszkaniu, lecz w okolicach Dworca Centralnego. Żył z tego, co dali przechodnie…

Przyjechał do Misji w klatce. Tak mówią mieszkańcy schroniska na wóz, w którym straż miejska dowozi nowych mieszkańców. Siedział z tyłu, skulony. Nie mógł chodzić, bo w środku upalnego lata nosił na nogach buciory z kożucha. Miał nogi okutane grubym kożuchem, gorącym jak piekło. Odparzył więc sobie stopy i miał zamiast nich dwie ropiejące rany. – Kilka tygodni te stopy opatrywaliśmy, żeby mu lekarze nie obcięli. Udało się. Zamieszkał w naszym schronisku. A gdy tylko pan Olek doszedł do siebie, na własnych nogach poszedł do pracy…

W końcu przyjął propozycję kolejnego etapu: by pójść do mieszkania treningowego. Podjął wyzwanie. W mieszkaniu treningowym sobie radzi, chociaż „momenty” były. Oj, były... Tak to jest, gdy wiele lat człowiek jest na ulicy, a potem musi dostosować się i uporządkować głowę i serce. A może nawet i duszę. Ale jak to mówią: ćwiczenie, trening właśnie, czyni mistrza. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg
Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8
2°C Sobota
wieczór
2°C Niedziela
noc
2°C Niedziela
rano
2°C Niedziela
dzień
wiecej »