Katechetom nie zaszkodzi konkurencja

Podstawowa katecheza odbywa się w rodzinie, a ta szkolna jest jej dopełnieniem – podkreśla w rozmowie z KAI abp Kazimierz Nycz, podsumowując 20. rocznicę powrotu lekcji religii do polskich szkół.

Z abp. Kazimierzem Nyczem, metropolitą warszawskim, b. przewodniczącym Komisji Wychowania Katolickiego KEP, rozmawiało KAI


KAI: Czy minione 20 lat obecności katechezy w szkole przyniosło wspólnocie Kościoła w Polsce spodziewane dobro?

– Nie da odpowiedzieć na to pytanie nie wracając do przeszłości. Należę do pokolenia, które w zakresie katechezy szkolnej i przyparafialnej przeżyło wszystkie te etapy, które pozwalają zrozumieć proces ostatnich 45, 50 lat. Jako uczeń podstawówki miałem katechezę w szkole, przeżyłem jej usunięcie, a później, już jako ksiądz i biskup – byłem świadkiem jej powrotu do szkoły. Nie postrzegam jednak tego wydarzenia w kategoriach sprawiedliwości dziejowej lecz widzę w nim raczej powrót do pewnej rzeczywistości, która była obecna w Kościele w Polsce przed wojną i po wojnie i która jest obecna bez przerw w Kościele w Niemczech, we Włoszech, w Austrii i w wielu innych mniejszych krajach. Czyli: katecheza, która szuka swoich miejsc i szuka ich przede wszystkim w rodzinie i w parafii, bo tam jest to właściwe miejsce wtajemniczenia i katechezy.

Niemniej, jak pięknie powiedział papież Jan Paweł II w dokumencie „Catechesi tradendae”: „Miejscem nie do pogardzenia jest także publiczna szkoła”. Co wynika z tego stwierdzenia? Mianowicie to, że szkoła nie może być miejscem jedynym i wyłącznym, ale jednym z wielu miejsc ważnych dla katechezy Kościoła i to z pewnym ograniczeniem wynikającym z charakteru tego miejsca. W warunkach szkolnych nie da się bowiem spełnić wszystkich celów katechezy. Owszem, w sposób daleko posunięty można realizować nauczanie, ale już takie kwestie jak inicjacja, modlitwa czy liturgia we wspólnocie są zbyt trudne do realizacji w szkole i dlatego pozostaje ona tylko jednym z wielu miejsc katechezy.
Jeżeli rozpatrujemy bilans 20 lat obecności katechezy po jej powrocie do szkoły, to powiedziałbym tak: Kościół skorzystał z katechezy szkolnej jako szansy prowadzenia jej w jeszcze jednym miejscu. Ale łudzi się kto by uważał, że w takim razie można zamknąć salki katechetyczne, a pracę z młodzieżą zastąpić działalnością różnych stowarzyszeń, ruchów czy grup inicjacyjnych. Tylko przyglądając się trzeźwo i krytycznie temu, co się obecnie dzieje, można zrozumieć, dlaczego sama katecheza szkolna nie wystarczy.

KAI: Ale czy program, który od 20 lat starają się realizować katecheci w szkołach nie przyniósłby lepszych owoców w salkach przy parafii? Pomijam tu oczywiście możliwość dotarcia do większej liczby uczniów.

– Powiem coś, co będzie pewną demitologizacją, ale po 20 latach można to zrobić. Otóż w 1961 roku przenieśliśmy się ze szkoły do parafii ze szkolnym właśnie modelem katechezy: z jej programem, podręcznikami, formą i modelem. W salkach przy parafii realizowaliśmy katechezę szkolną, taką jaką narzucono w 1961 roku. Często wynikało to z nadziei, że jednak wkrótce wrócimy z powrotem. Poza tym czasy wtedy były takie, że trudno było wypracowywać nowy model katechezy – podręczników, programów dla katechezy parafialnej, czyli bardziej zbliżonej do ołtarza, do liturgii. Dopiero w latach 70. dzięki wprowadzeniu na polski grunt ruchu odnowy kerygmatycznej, a potem antropologicznej w katechezie, praktycznie rzecz biorąc głównie dzięki jezuitom: o. Janowi Charytańskiemu i jego szkole weszły do katechezy parafialnej podręczniki kerygmatyczne, oparte na katechezie biblijno-liturgicznej, które w jakimś sensie przez następne 15 lat, do 1990 roku kształtowały polską katechezę, ale też nie wiązało się to ściśle z odejściem od modelu, czy formy katechezy szkolnej.

Osobiście więc, jeśli chodzi o formę katechezy, nie widzę tak bardzo wielu różnic między tym, co się działo w szkole do roku 1961, realiami katechezy prowadzonej przez kolejne 29 lat przy parafii i tym, co się dzieje w tej chwili. Oczywiście, kiedy powróciliśmy z katechezą do szkoły w roku 1990 i kiedy trzeba było się zmierzyć z korelacją do przedmiotów i podręczników szkolnych, to podręczniki katechetyczne, jezuickie nie bardzo pasowały do tej rzeczywistości. Dlatego zasługą tych 29 lat jest owoc swoistej „konfrontacji” z programem szkolnym, zmierzenia się ze szkołą, z problemem korelacji z innymi przedmiotami szkolnymi tak, aby nie być „obok”, ale wchodzić w dialog z biologią, z historią, z językiem polskim. Otóż ważnym owocem tej konfrontacji było dopracowanie się poważnej, wydanej 10 lat temu podstawy programowej oraz realizujących ją podręczników. Powiem więcej: dokonana dwa lata temu modyfikacja podstawy kształcenia ogólnego szkoły, także nas zmusiła do modyfikacji programu.

KAI: Niemniej katechezie realizowanej w szkole grozić może zawieszenie w próżni. Pojawiają się opinie, w tym wypowiadane przez biskupów, że nie zaspakaja ona ani tych, którzy nie mają jakiegokolwiek duchowego wtajemniczenia ani bardziej ugruntowanych religijnie, którzy poszukują czegoś więcej. W związku z tym katecheci „uśredniają” przekaz, do czego nie byliby zmuszani w salce katechetycznej.

– Zgadzam się z tą oceną. Bardzo często mówię, że przy wszystkich problemach i trudnościach związanych z katechezą w szkole, ta właśnie jest największa. Proszę jednak pamiętać, że na lekcji matematyki nauczyciel ma podobny problem: w tej samej klasie są uczniowie wybitni i bardzo słabi, bo taki jest model polskiej szkoły – nie ma możliwości zestawienia klas.

Gdyby katecheta miał w jednej grupie osoby zaangażowane w życie oazowe, to rzeczywiście może zrobić kilka kroków do przodu. Ale realia są inne, zwłaszcza w mieście, bo tam klasę tworzą dzieci z rodzin zupełnie obojętnych, zimnych, które posyłają dziecko, bo np. uważają, że to mu nie zaszkodzi, jak i takie, które są bardzo wtajemniczone dzięki przynależności do rozmaitych grup parafialnych. Tak, to jest trudność i to zupełnie podstawowa. Nie mam gotowej recepty dla katechety, jak rozwiązać ten problem. Jedynym sposobem, i to możliwym wyłącznie na poziomie szkoły podstawowej, gdzie dzieci pochodzą zazwyczaj z jednej parafii, jest zaproszenie ich do grup parafialnych.

Cały czas towarzyszy nam wyzwanie uzupełniania katechezy szkolnej. Podkreślam: podstawowa katecheza wtajemniczająca odbywa się w rodzinie, w parafii, we wspólnotach i w grupach. Natomiast katecheza szkolna jest jej ważnym dopełnieniem. Jeżeli odwrócimy sprawę, to wtedy zaniedbamy rodzinę i parafię, jako miejsca katechezy najwłaściwszej.

KAI: W liście z okazji 20-lecia katechezy biskupi napisali, że rodzina nie może przerzucać prawa do religijnego wychowania i wykształcenia dzieci na Kościół i szkołę. Widać więc, że jest tu problem, ale czy większy niż 20 lat temu?

– Nauczyciele mówią, a ja oceniam to podobnie, że z chwilą kiedy szkoła się uwiarygodniła, kiedy przestaliśmy o niej mówić, że ideologizuje i kiedy w jakimś sensie uwiarygodnił ją także Kościół wchodząc do niej z katechezą – rodzice wyłączyli się ze współodpowiedzialności. Niechętnie pojawiają się na dniach otwartych, na wywiadówkach, uważają, że oddają dziecko w pewne ręce szkoły, która jest już naszą szkołą i w związku z tym niech robi z moim dzieckiem wszystko, co trzeba, i to zarówno w wymiarze dydaktycznym jak i pedagogicznym, „bo ja nie mam czasu”. Ale to jest niebezpieczne, bowiem szkoła i katecheza zamiast wspomagać rodziców, próbują ją zastępować, co jest oczywiście rzeczą niemożliwą.

KAI: Z badań Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego wynika, że uczniowie bardzo wysoko oceniają podejście, jakie mają do nich katecheci, natomiast bardzo krytycznie oceniają swój stosunek do nich. Dlaczego tak jest?

– Trudno powiedzieć, trzeba by zapytać o to samych uczniów. Ale można mniemać, że jest to kwestia postrzegania rangi religii jako przedmiotu szkolnego. Jeżeli dany przedmiot jest ważny przy rekrutacji na studia, to uczeń go traktuje poważnie, nawet jeśli go nie lubi. Natomiast jeśli wynosi z rodziny przekonanie, że religia nie stanowi wielkiej wartości, zwłaszcza wówczas, gdy został na religię zapisany, a nie sam się zapisał... Zdecydowana polaryzacja następuje na poziomie liceum. Myślę, że w warszawskich liceach niewielu jest takich uczniów, którzy przychodzą na religię tylko dlatego, że im rodzice kazali. Ci, którzy są obecni, chcą z jakiś powodów z tej religii korzystać: to albo bardzo wierzący, albo bardzo szukający, albo uważający, że to jest im potrzebne do ogólnego wykształcenia.

Problem, o którym pan wspomniał, jest niewątpliwie problemem gimnazjum. Nakłada się na to wiele przyczyn, np. trudny wiek, krótki etap edukacyjny. Przyczyną może być także to, że na poziomie gimnazjum procent przychodzących na religię jest jeszcze zbliżony do 100 proc. w wioskach i do 90 w miastach, stąd polaryzacja, o której mówiłem nie jest taka duża. Tutaj więc szukałbym odpowiedzi na pytanie, dlaczego doceniają pracę katechetów i słabiej oceniają swoje zachowanie wobec nich. Natomiast to, że są krytyczni, że się potrafią do tego przyznać, trzeba pochwalić.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
29°C Wtorek
noc
22°C Wtorek
rano
27°C Wtorek
dzień
28°C Wtorek
wieczór
wiecej »