Samotność w Białym Domu

W ciągu dwóch lat z administracji Donalda Trumpa odeszło ponad 30 osób. Czy prezydent USA ma jeszcze kogoś, kogo chce słuchać?

W pewnym momencie wszyscy odchodzą. Wszyscy. To Waszyngton… – tymi słowami Donald Trump skwitował kiedyś pytanie dziennikarzy o to, czy możliwa jest dymisja szefa Pentagonu gen. Jamesa Mattisa po tym, jak sam zaczął publicznie nazywać go… demokratą (co w ustach republikańskiego prezydenta miało zabrzmieć jak obelga). Niespełna rok później przepowiednia Trumpa sprawdziła się. I nie była to jedyna głośna dymisja w jego administracji.

Zwalniam

Przed laty Donald Trump przez blisko 200 odcinków prowadził telewizyjny talk-show „The Apprentice”, w którym aplikanci starali się o pracę w jednej z jego firm. Uczestnicy czekali z nadzieją na magiczne „You’re hired” („Zatrudniam cię”). Ekscentryczny miliarder i przyszły prezydent o wiele częściej jednak używał w programie innego zwrotu, który brzmiał jak wyrok: „Zwalniam cię” (słynne „You’re fired!”). Hasło tak przylgnęło do Trumpa w masowej świadomości, że swego czasu sam zainteresowany chciał je nawet opatentować w odpowiednim urzędzie. Obserwując od dwóch lat jego sposób zarządzania już nie swoim imperium biznesowym, ale administracją Białego Domu, trzeba przyznać, że niewiele pod tym względem się zmieniło. Z jednym wyjątkiem: oprócz tego, że sam prezydent zwolnił już niemałą liczbę kluczowych dla funkcjonowania państwa współpracowników, coraz częściej to on słyszy od kolejnych osób: zwalniam się. Odchodzą z różnych powodów – osobistych i politycznych – ale efekt jest ten sam: przywódca jedynego supermocarstwa, od którego decyzji zależą losy nie tylko Amerykanów, ma wokół siebie coraz mniej ludzi, których chce i może słuchać. Takiego chaosu i tak częstej rotacji w amerykańskiej administracji jeszcze w historii USA nie było.

Nowicjusze i weterani

Od nazwisk i pełnionych funkcji osób, które zostały zwolnione lub same podały się do dymisji, może zakręcić się w głowie. Ograniczmy się zatem do najważniejszych z punktu widzenia funkcjonowania prezydenta i całego państwa. Zacznijmy od tego, że w ciągu niespełna dwóch lat prezydentury Donald Trump miał już czterech dyrektorów ds. komunikacji, którym podlegają służby prasowe Białego Domu. To przekłada się na słabość prezydenckich przekazów dla prasy, która i tak jest w przewadze nastawiona krytycznie lub otwarcie wroga wobec Trumpa od początku jego prezydentury. Gdy pod koniec lutego 2018 r. odeszła z tego stanowiska (jako trzecia z kolei) Hope Hicks, jedna z najbliższych współpracowniczek prezydenta, właściwie bez podania przyczyn, zauważono, że coraz częstsze dymisje to coś więcej niż tylko naturalna rotacja w kadrach. Tym bardziej że odejście Hicks nastąpiło krótko po innych, jeszcze głośniejszych dymisjach. Pracę dla Białego Domu stracili m.in. były szef sztabu Trumpa oraz kluczowi współpracownicy prezydenta – z których najważniejszy to doradca ds. bezpieczeństwa narodowego gen. Michael Flynn. Jeszcze wcześniej (w sierpniu 2017 r.) odszedł budzący wiele kontrowersji Steve Bannon. O ile dymisja Flynna była spowodowana zatajeniem przez niego kontaktów z Rosjanami jeszcze przed objęciem urzędu przez Trumpa, o tyle Bannon musiał odejść pod wpływem krytyki za opóźnienie reakcji prezydenta na rasistowskie zajścia w Charlottesville.

Wróćmy do lutego 2018 r. Bardzo dotkliwe było odejście – podobnie jak w przypadku Hope Hicks, z własnej woli – podsekretarza stanu ds. politycznych Thomasa Shannona. Stanowisko to nie jest tylko trzecią najważniejszą funkcją w Departamencie Stanu USA. Shannon należał do najbardziej doświadczonych i wpływowych zawodowych dyplomatów. Był też najwyższym rangą dyplomatą, który pozostał w Departamencie Stanu USA po objęciu urzędu przez Donalda Trumpa (pracował dla aż sześciu prezydentów). Dla zilustrowania znaczenia, jakie Shannon miał dla amerykańskiej polityki zagranicznej, niezależnie od aktualnie rządzącej ekipy, przywołam tylko jeden fakt: to on w 1987 r. prowadził w Moskwie negocjacje dotyczące między innymi traktatu INF (o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych średniego i krótszego zasięgu), który ostatecznie podpisali Ronald Reagan i Michaił Gorbaczow.

Bez szefa personelu

Marzec 2018 r. okazał się kontynuacją lutowego pogromu w Białym Domu. Odszedł świeżo mianowany (po dymisji Flynna) doradca ds. bezpieczeństwa narodowego generał Henry Raymond McMaster. Krótko po nim do dymisji podał się Gary Cohn, doradca ds. ekonomicznych. Był to jego protest wobec nałożenia przez Trumpa ceł na import stali i aluminium, wcześniej Cohn krytykował też prezydenta za jego niewystarczającą reakcję na wydarzenia w Charlottesville. Ale żeby nie powiedzieć, że tylko rok 2018 był dla Trumpa pechowy, wróćmy do roku 2017, kiedy latem spadł na administrację prawdziwy cios: został zwolniony szef personelu prezydenta (wiele zależy od osoby pełniącej tę funkcję) Reince Priebus, którego zastąpił John Kelly. Pełnił tę funkcję tylko do końca minionego roku. Już wiosną amerykańska prasa donosiła, że Kelly „traci wpływy i został odsunięty od wielu decyzji” (zaledwie pół roku po objęciu stanowiska!). W dzienniku „The Hill” pisano: „Trump stał się odporny na dyscyplinę, jaką Kelly starał się narzucić w Białym Domu”. Mimo wielu zalet prezydenta USA (oraz będąc świadomym wszystkich wad) trzeba przyznać, że media amerykańskie nie przesadzały: rezygnacja Kelly’ego sprawiła, że przy Trumpie nie pozostał praktycznie nikt, o kim można by powiedzieć, że dobrze rokuje.

Grube ryby mówią: „nie”

Praktycznie o żadnym ze swoich byłych współpracowników Donald Trump nie wypowiada się negatywnie, nawet jeśli jest jasne, że dymisja nastąpiła z powodu różnicy poglądów. Jest jeden wyjątek – jedna z najważniejszych dymisji w czasie tej prezydentury: Rex Tillerson, były szef amerykańskiej dyplomacji. Długo po jego odejściu Trump pozwolił sobie na obraźliwe komentarze pod adresem byłego współpracownika. (Inna sprawa, że sam Tillerson, jeszcze pełniąc urząd, też nie ukrywał, co myśli o Trumpie). Niezależnie od ich wzajemnych porachunków dla naszej części świata nominacja Tillersona, byłego szefa naftowego imperium ExxonMobil, który od prezydenta Rosji otrzymał przed laty medal, budziła obawy o jego sympatie i zależności w międzynarodowej polityce. Niemniej odwołanie szefa dyplomacji i zastąpienie go człowiekiem służb (szef CIA Mike Pompeo) było jednym z największych wstrząsów w administracji.

Równie mocnym, jeśli nie mocniejszym, jest wspomniane na wstępie niedawne odejście szefa Departamentu Obrony, słynnego gen. Jamesa Mattisa. Decyzję podjął nagle i był to z pewnością silny cios dla Trumpa, a przede wszystkim dla polityki bezpieczeństwa i obronnej USA. Każdy jednak, kto w ostatnich miesiącach śledził napięcia między generałem a prezydentem, mógł się tego spodziewać. Mattis, ogłaszając swoją dymisję, powiedział, że prezydent Trump ma prawo „mianować na to stanowisko osobę, której poglądy są bardziej zbieżne z jego własnymi”. Inaczej mówiąc: nie będę dłużej twarzą polityki, z którą się nie zgadzam. Nie jest tajemnicą, że czarę goryczy przelała niespodziewana zapowiedź prezydenta o wycofaniu wojsk amerykańskich z Syrii. Zrobił to bez konsultacji z najbliższymi doradcami w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego, z Kongresem i sojusznikami Stanów Zjednoczonych. Później Trump nieco niuansował swoją zapowiedź, mówiąc, że nie będzie to wycofanie natychmiastowe i całkowite, ale przekaz – budzący także w Polsce słuszne wątpliwości wobec deklaracji i gwarancji bezpieczeństwa – poszedł w świat i żyje swoim życiem.

Nie jest tak, że wszyscy, którzy odeszli od Trumpa – z własnej woli lub decyzją prezydenta – to same światłe i niemające sobie nic do zarzucenia postaci, a tylko Donald Trump, „samotny dyktator”, jest winny tej częstej rotacji. Żadne jednak państwo, a supermocarstwo w szczególności, nie może sobie pozwolić na taką niestałość na stanowiskach kluczowych dla jego funkcjonowania i bezpieczeństwa. Liczne dymisje w Białym Domu mocno osłabiają pozycję USA w świecie. A samego Trumpa – balansującego między decyzjami zdecydowanie dobrymi (w porównaniu z decyzjami poprzednika) a szkodliwymi – pozostawiają praktycznie sam na sam (nie licząc dobrotliwego wiceprezydenta Mike’a Pence’a) z jego własnym oglądem sytuacji.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie... Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    30 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    26°C Poniedziałek
    wieczór
    23°C Wtorek
    noc
    19°C Wtorek
    rano
    18°C Wtorek
    dzień
    wiecej »