Miód na serce

Miejsce paradoksów. Monumentalne, a wyciszone, wielkie, a zarządzane przez braci mniejszych. I choć rocznie odwiedza je ćwierć miliona pielgrzymów, można w nim odsapnąć. 28 maja 1965 roku abp Wojtyła zanotował w kronice: „Nie jest łatwo zapomnieć Waszą bazylikę”. Jak zwykle miał rację.

Nareszcie! Za oknami zieleń łąk północnego Podkarpacia zlewa się z żółtymi falami rzepaku, a jaskrawoczerwone maki przytulają się do chabrów. Aż trzy miesiące czekaliśmy na to, by wyjechać w trasę i poczuć wiatr we włosach. Nie interesuje nas dziennikarstwo zza biurka. Drugim przystankiem w naszym cyklu wakacyjnym jest Leżajsk. Gigantyczna bazylika w niewielkim uśpionym miasteczku od wieków robi wrażenie na tych, którzy padają na kolana przed obrazem Matki Bożej Pocieszenia.

Ręce pełne roboty

Na spotkanie wychodzi o. Rufin Andrzej Kyc. Zanim poznałem go w realu, śledziłem jego wpisy na Facebooku. Może dlatego mam wrażenie, że znamy się od stu lat?

− Bernardyni mają poczucie, że wracają tu do domu – opowiada. − Znają doskonale każdy tutejszy kąt, bo tu formowali się w nowicjacie. Czy pamiętam pierwsze spotkanie z Leżajskiem? Oczywiście! Byłem przytłoczony rozmachem tego sanktuarium, kilometrami korytarzy, które nazywamy żartobliwie lotniskami. Powiem szczerze: do tego miejsca nie trzeba dorabiać pobożnej ideologii. Wystarczy zerknąć na wota dziękczynne – dowód tysięcy wysłuchanych próśb.

O bladym świcie ptaki za oknami urządzają dziki koncert, a dzwon o 6.10 obudzi nawet umarłego – śmieją się bernardyni. Zbierają się na modlitwę, potem na Eucharystię, a następnie idą do refektarza na śniadanie. A potem?

− Każdy ma sporo obowiązków – opowiada o. Rufin. − Ja każdego dnia katechizuję i zajmuję się nowicjatem. To ponad 5-tysięczna parafia, ale pracujemy przede wszystkim przy duszpasterstwie pielgrzymów.

By przekonać się o tym, jak silna jest wiara ludzi Podkarpacia, trzeba zobaczyć morze 40 tysięcy świec, które płoną w Parku Sybiraków na rzeszowskim koncercie „Jednego serca”, czy barwną procesję Bożego Ciała przechodzącą ulicami Krosna.

W chwili wybuchu pandemii bernardyni nie czekali, aż wierni wrócą do kościołów. Na dwa tygodnie przed Wielkanocą sami do nich wyszli, oczywiście z zachowaniem wszelkich środków ostrożności. Ogromne wrażenie robił widok braci, którzy od godz. 6 do 19 spowiadali na zielonej trawie. Mieli szczęście: nie lało.

− Nawracały nas te spowiedzi – wspomina o. Rufin. − Spotykaliśmy ludzi twarzą w twarz, widzieliśmy w nich ogromny głód Boga. Wyszliśmy z tej pandemii umocnieni. Zresztą czasy kryzysów powodowały zawsze rozrost zakonu, rozpalały na nowo nasz charyzmat. Kryzys, który dziś przeżywamy, nie umywa się do tego, który zastał Franciszek z Asyżu – człowiek, który zechciał być mały w wielkim Kościele…

Głowa do góry!

Naprawdę można tu dostać oczopląsu. „Chyba nie wyjdziemy stąd przez najbliższy tydzień” − jęknął po wejściu do bazyliki Henio, fotoreporter. Na temat samej świątyni napisano opasłe książki. Architekci zachwycali się jej włoskim rozmachem, a muzykolodzy cmokali z zachwytu, zerkając na gigantyczne organy, w których ornamentyce mitologia przeplata się z Ewangelią. Międzynarodowe Festiwale Muzyki Organowej i Kameralnej przyciągają co roku tłumy z całego kraju.

Klasztor wygląda jak forteca. Taką funkcję pełnił zresztą podczas I wojny, gdy wojska austriackie chroniły się tu przed rosyjskim ostrzałem. Kościół, który od 1928 roku jest bazyliką mniejszą, odwiedza rocznie ćwierć miliona pielgrzymów.

Dla Rzymian znakiem potwierdzającym cud związany z bazyliką Santa Maria Maggiore był śnieg, który pokrył Wieczne Miasto. W Leżajsku Bóg zainterweniował przez… rumianki. Gdy marszałek wielki koronny Łukasz Opaliński zaprosił na Podkarpacie wybitnego włoskiego architekta Antonia Pellaciniego, ten miał wizję rumianków, które ułożyły się w kształt świątyni i dokładnie wskazały miejsce, w którym miała stanąć.

Grube mury stanowią doskonałą izolację i sprawiają, że latem w klasztorze można odsapnąć od upału. A ponieważ ze względu na ochronę organów i dzieł sztuki w kościele nie może być ogrzewania, bernardyni doskonale wiedzą, co to znaczy odprawiać Mszę przy minus trzydziestu stopniach.

Cud

Powstanie sanktuarium poprzedziły nadzwyczajne wydarzenia. Klasztorne kroniki opisują historię Tomasza Michałka z odległej o 7 kilometrów wsi Giedlarowa. Był (a jakże!) pracownikiem browaru. W 1590 r. na pniu drzewa mieli mu się objawić Maryja z Józefem. Usłyszał: „Nie trwóż się, Michałku, tu Boga swego, a Syna mego chwałę i pomoc moją poznacie. Idźże tedy do starszego, co jest dozorcą tego miasta, powiedz mu, iż Syna mojego jest ta wola: aby imieniem moim kościół mi tu zbudowali, w którym by ludzie modląc się, mogli otrzymać przeze mnie to, czego by potrzebowali”.

Posłuchał, poszedł i powiedział. Nie poszło jak po maśle. Oskarżono go o herezję, a nawet torturowano. Po wyjściu z więzienia piwowar wykonał krucyfiks i postawił go w leżajskim lesie. Rychło zasłynął on cudami, a do krzyża zaczęli pielgrzymować ludzie z całego kraju. Miasteczko szeptało o cudach i łaskach, których doświadczali pątnicy. I choć starano się nawet podpalić miejsce kultu, ogień dziwnym trafem omijał krucyfiks. Z czasem został on umieszczony w przeszklonej kapliczce za głównym ołtarzem bazyliki, gdzie pozostaje do dziś.

W 1594 r. w Leżajsku stanął drewniany kościół. Po 14 latach osiedlili się tu dwaj sprowadzeni z Przeworska bernardyni. W latach świetności modliło się w tym miejscu około stu zakonników. Do dziś wrażenie robi rzeźbiony chór, na którym śpiewali liturgię godzin.

− ​Kroniki pokazują Michałka jako człowieka, który szuka głębi, mistyka kontemplującego Boga w przyrodzie – opowiada o. Kyc. − Może dlatego tak dobrze czują się tu franciszkanie? Nawiasem mówiąc, sama Maryja w trzecim objawieniu poprosiła, by sprowadził tu braci Biedaczyny z Asyżu. Historia Michałka jest pełna napięć, zawirowań. Traci rodziców, służy po różnych domach, aż w końcu dostaje pracę w browarze. Potrafi czytać i pisać, błyskawicznie robi karierę. To człowiek, który nigdy nie spoczywa na laurach. Mistrz piwowarstwa szuka odosobnienia, zaszywa się w leżajskich lasach. Stroni od ludzi, by pobyć sam na sam z Bogiem. Kroniki wspominają, że wchodził z Nim w tak głęboką więź, że tracił poczucie czasu.

Oko w oko

Wizerunek Maryi powstał przed 1590 r. To późnogotyckie malarstwo małopolskie, typ Мatki Bożej Śnieżnej. Od początku cieszył się wielkim kultem, a w 1634 r. został uznany za cudowny. Władysław IV po zwycięstwie w 1642 r. pod Chocimiem złożył tu swoje wotum, a trzynaście lat później hetman Stefan Czarniecki zawierzył los wojsk w czasie potyczek ze Szwedami.

− Niezwykle ciekawa jest historia powstania tego obrazu – opowiada o. Rufin. − Bóg wyprowadził piękno z pękniętych życiorysów. Erazm, twórca obrazu, był osobą rozpoznawalną w Leżajsku, należał do elity zarządzającej miastem. Gdy nieoczekiwanie stracił żonę, jego świat runął. Spakował manatki i na długo słuch po nim zaginął. Znał świat, bo już jako młodzieniec uczył się malarstwa w Krakowie. Po wielu latach w kościele bożogrobców nagle zjawił się nowy wikariusz. Ludzie od razu go rozpoznali. Ks. Erazm stał się dobrym duchem miasta i jego mentorem. Posługiwał najuboższym, udzielał duchowych porad. Gdy spotkał Michałka, ujrzał w nim człowieka pełnego pasji dla Boga. Znaleźli wspólny język. Niezwykłe spotkanie kontemplatyków… Ks. Erazm zdecydował się na namalowanie wizerunku. Kroniki wspominają, że dłużej modlił się, niż malował. Myślę, że podczas tej pracy Bóg dotykał jego serca i leczył wszelkie rany. To niezwykły wizerunek. Ponieważ oczy Jezusa są wpatrzone w Maryję, dochodzisz do Niego przez Nią. Jezus spogląda na nas przez oczy mamy.

Jak w ulu

Niegdyś bernardyni słynęli z miodów. Dziś niestety nie wytwarzają już tych szlachetnych trunków, a przepisy kurzą się w klasztornych kronikach. Pod murami klasztoru słychać jednak nieustanne brzęczenie. Rój wylatuje z ula. Dobrze, że mamy na twarzach maski. „Spokojnie, żadnych energicznych ruchów – uspokaja brat Władysław (kawał życia spędził za oceanem, zna klasztor na wylot i chętnie oprowadza wycieczki). – Niektórzy młodzi ojcowie czy nowicjusze obawiają się, że ich pszczoła ugryzie. Jak ma ugryźć, skoro nie ma zębów? – uśmiecha się spod kapelusza. Rozmawiamy o tym, że w jednym ulu może mieszkać 50 tysięcy pszczół, o wizerunku Matki Pocieszenia i o 668 spektakularnych cudach, o których wspominają kroniki, a za nami stoją słoiki pełne miodu: 270 litrów bursztynowego nektaru. Palce lizać!

W sezonie tętniący życiem klasztor rzeczywiście przypomina ul. Działa tu wiele wspólnot. Samych ministrantów jest ponad setka. Wiele grup spotyka się w nowoczesnym, zawiadywanym przez o. Bartymeusza FOK-u (Franciszkański Ośrodek Kultury). Są oaza, grupa biblijna, teatr, grupy młodzieżowe, „Akademia odkrywcy” dla dzieciaków…

Gdy Bóg w tobie śpiewa

„Kilku chasydów zadręczało starowinę, która przez lata służyła u Elimelecha z Leżajska, pytaniami na temat życia ich mistrza. »Pamiętam jedno − odpowiedziała − w ciągu tygodnia w kuchni trwały nieprzerwane kłótnie między służącymi, tak jak to się dzieje w każdym domu, ale w wigilię szabasu wszyscyśmy się całowali i prosili wzajemnie o wybaczenie wszystkiego, co nas poróżniło w ciągu tygodnia«”.

Widziałem ich dwukrotnie w Lelowie. Tańcząc przez długie godziny, przemienili ponurą salę GS-u w pełen światła przedsionek nieba. Szeptali modlitwy nad grobem cadyka Dawida Bidermana, wierząc, że ma zdolność przekazania ich Temu, którego imienia nie odważają się wymawiać. Podobnie czynią w Leżajsku. Przylatują do Eleazara Lipmanna zwanego Elimelechem z Leżajska (1717–1787). Czytają dewizę cadyka: „Dobrze jest, kiedy człowiek sprawia, że Bóg w nim śpiewa”.

Leżajsk, Przysucha, Góra Kalwaria. Miejsca, które Polakom kojarzą się jedynie z browarami lub zakładami Hortexu, były duchowymi centrami chasydyzmu. Na macewach kamienie zamiast kwiatów, a przy ohelu cadyka sporo kwitłech – karteczek z prośbami do Elimelecha.

Co on wyprawia? – zapyta ktoś. Miał przyjechać do Matki Boskiej Pocieszenia, a włóczy się po kirkucie? Nie da się zrozumieć Podkarpacia, Rzeczpospolitej bez opisania jej wielokulturowości. Przed stu laty w mieście żyło 1575 Żydów (jedna trzecia mieszkańców), a z okien drewnianych chałup w piątkowe wieczory płynął kobiecy głos: „Bądź pochwalony, Wiekuisty Boże nasz, Królu wszechświata, który nakazałeś nam zapalać świece w szabat”. Mężczyźni, wracając z synagog, pozdrawiali aniołów, którzy obecni byli tego dnia w każdym żydowskim domu. Dziś po Żydach nie ma śladu. Pozostali aniołowie. I, jak zawsze, mają ręce pełne roboty.

Cisza dzwoni w uszach

Schodek po schodku wdrapujemy się na szczyt baszty św. Jana z Dukli. Imponujące wielokondygnacyjne muzeum otwarto w 1971 roku. Czego tu nie ma? I rzeźby, i naczynia liturgiczne, i katafalki z czterema parami lwów i orłów (pamiątka po Annie i Franciszku Potockich), i sarmackie portrety, i inkrustowane meble, i obrazy Maryi w typie sokalskim i leżajskim, i pamiątki z misji, i sutanna Jana Pawła II, i…

− Leżajsk nie jest przereklamowany – podsumowuje o. Rufin. − To miejsce ciszy, tu naprawdę można się skryć. Trafiłem tu z Warszawy. Początek był bolesny. W stolicy ludzie pędzą, nawet po ruchomych schodach w Złotych Tarasach. Tętniąca życiem dwunastotysięczna parafia, szybkie życie. I nagle przeskok. Cisza dzwoniła w uszach, kłuła. To było jak odtrutka, detoks. Potężna przestrzeń, ptaki, świerszcze. Jak w reklamie tutejszego browaru: „Wolno, wolno”. Ten rozmach bazyliki, godzien Wiecznego Miasta, jest dla mnie dowodem na to, że to wszystko jest „z Niego”. Gdyby to było ludzkie, nie przetrwałoby próby czasu. To spełnione marzenie Maryi. Każdy może poczuć się tu u siebie. Tak było przez wieki: na kolana padały tu wszystkie stany: i szlachta, i prosty lud. Każdy, kto tu pielgrzymuje, może powiedzieć: „To moje miejsce”.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 1
2 3 4 5 6 7 8
5°C Środa
wieczór
4°C Czwartek
noc
2°C Czwartek
rano
2°C Czwartek
dzień
wiecej »