Pocztówka z klasztoru

Co robię ja – mąż i ojciec dwójki dzieci – w klasztorze? Oddycham pełną piersią.

Przyjeżdżam tu najczęściej wtedy, gdy świat, tak jak teraz, staje na głowie. Zaraz po zamknięciu za sobą drzwi do pokoju stoję przez dłuższą chwilę i nie mogę się ruszyć. Zatem jestem tu; przyjechałem, jak w każde wakacje, ferie, dłuższy weekend. Nie dla mnie egzotyczne piękno, nie pragnę nowych potraw i nie pożądam kolejnej kolekcji zdjęć do pokazywania w towarzystwie. Wyruszam bowiem w podróż najbardziej ekstremalną: od teraz, przez kilka dni, będę żył ciszą, samotnym sam na Sam, wstawał i kładł się zgodnie z rytmem liturgii godzin. Jestem w klasztorze klauzurowym i to od lat jest najważniejszy punkt moich wakacji.

Nie pamiętam już, kiedy ta myśl do mnie dotarła: żeby odnaleźć samego siebie, muszę wyruszyć na pustynię. Bez internetu, social mediów, bez kolejnych odcinków pasjonujących seriali. Kilka dni samotności w klasztorze klauzurowym. Pozornie nie dzieje się nic. Tak samo wyglądają dni: modlitwa, praca (w moim przypadku pisanie przy biurku), lektura. Posiłki o tej samej porze. W tych samych godzinach cisza nocna i pobudka. W klasztorze to codzienność, a dla mnie coś niezwykłego. Szybko jednak wchodzę w rytm dni i nocy, poddaję się powtarzalności. Pozornie nie dzieje się nic. Codzienność, czyli najtrudniejsza wyprawa. Właśnie w niej, w dniu za dniem, dokonuje się największa przygoda.

Cela

Jeden ze starożytnych apoftegmatów ojców pustyni mówi: „Twoja cela nauczy cię wszystkiego”. Pokoje dla gości są oddzielone od cel zakonnic. Przestrzeń jest wydzielona bardzo jasno, granicą nieprzekraczalną jest klauzura. Dotąd mogę przebywać, dalej już nie. W klasztorze klauzurowym jest to nad wyraz widoczne: kraty i większość zamkniętych drzwi. Do dyspozycji gości oddana jest jadalnia, kaplica oraz fragment ogrodu. To wszystko, czego potrzebuję. W pokoju dla gości na półce nad biurkiem znajduje się tylko kilka książek, same „musisz mieć” w klasztorze: Biblia, dzieła Jana od Krzyża, Teresy z Ávila. Nic więcej. Więcej nie potrzeba. Ale nie dla mnie. Dokładam książki, które przywiozłem ze sobą. Trochę poezji (Adam Zagajewski i Jan Kasper), grube tomy dziennika Sandora Maraia, jakieś bardzo ważne i odkrywcze książki z historii… Szybko okazuje się, że półka jest za krótka, a ja przywiozłem ze sobą zwyczajnie za dużo książek. Stoję osłupiały i przyjmuję tę pierwszą lekcję mojego pokoju.

Cisza

Czuję się jak mysz w klatce. Za głośno, za dużo mnie. Rozpakowywanie plecaka, przesuwanie krzesła, moje stukanie w klawiaturę – wszystko to odbija się od ścian i wraca do mnie. Produkuję wokół siebie hałas, to jeszcze porzucony świat stara się mówić przeze mnie. Co za ironia: uciekłem, aby odzyskać własną mowę, a jedynym mi znanym językiem, mową pierwotną jest gwar, zamęt, hałas. Przyjechałem tu, aby uciec od świata, a przywiozłem go ze sobą. Wyłazi ze mnie świat. Mówię, piszę, pocę się światem. Zmywanie naczyń, parzenie herbaty, spuszczanie wody w toalecie wywołuje odgłosy, które odbijają się echem po bryle klasztoru. Wieczorem zapada cisza. Gęsta. Takiej, której od dawna już nie słyszałem. Odruchowo, ja – dziecko hałasu i pośpiechu – zagłuszam ją. Coś tam mi się wypsnie i nagle okazuje się, że mówię do siebie. Myję zęby głośniej niż powinienem, zaszuram krzesłem zupełnie niepotrzebnie. Tak, robię wokół siebie hałas. Dziurawię ciszę, bo jeśli tego nie zrobię, zacznę słyszeć. To, co jest we mnie, a czemu nie pozwalam wyjść, wreszcie przemówi. Do tej pory skutecznie zagłuszałem siebie, nosząc słuchawki w uszach, goniąc za wiadomościami w internecie, jeżdżąc na rowerze.

Pokój wewnętrzny

Mam pokój jednoosobowy, ale w jakimś sensie jest nas tu dwóch. Ja i tamten ja. Niby się znamy, ale dopiero teraz dostrzegam, jak bardzo powierzchownie. To nie jest tak, że ci dwaj się nie znoszą, kłócą ze sobą albo toczą walkę na śmierć i życie. Nic z tych rzeczy. Oni po prostu żyją obok siebie. I nawet nie to, że jeden jest pobożny, a drugi, napiszmy to uprzejmie, nieco mniej. Ci dwaj – ja i tamten ja – nieustannie się oskarżają, rozczarowują wzajemnie i skarżą na siebie. Pobyt w klasztorze dosyć szybko pokazuje wszelki fałsz, który nagromadziło się w sobie samym. Cisza, milczenie, samotność wyciągają z człowieka wszystkie pozy, które przyjęło się w życiu towarzyskim, wszystkie strategie stosowane w pracy… Tu zwyczajnie to nie działa. Zostaje się sam na sam ze sobą. I trzeba to napisać wprost: trudno siebie znieść. Ten sam rytm dnia, codzienna liturgia godzin, wreszcie samotność we własnym pokoju wyciąga z człowieka wszystko złe. Przypominają się rzeczy, które wydawało się, że zostały zapomniane. Stare urazy wciąż pieką jak nowe. Nie zapomniało się, jak się okazuje, przykrych słów. Pobyt w klasztorze to mierzenie się ze swoją przeszłością. Mogę zatrzymać się jedynie na rozdrapywaniu starych spraw, ciągłym analizowaniu, jak powinienem postąpić. Ktoś, kto patrzy nieustannie wstecz, nie zdoła uczynić kroku do przodu. Mam tak za każdym razem: pobyt w klasztorze zawiera w sobie również element bólu, jakiś etap oczyszczenia. Z biegiem lat i częstszych przyjazdów tutaj dostrzegam, że właśnie to jest najcenniejsze. Nie duchowy masochizm, czyli ciągłe oglądanie się za siebie, ale raz jeszcze, w zasadzie raz po raz, powierzanie swojego życia Jemu. I wiecie co? Przeszłość po pewnym czasie odpuszcza. Pozostaje miłosierdzie, bowiem ostatnie zdanie należy do Pana Boga.

Wracam, aby wrócić

Zamknięcie się w klasztorze na parę dni to nie są lody na patyku ani wata cukrowa. Z tego nie ma zdjęć, nie będzie też pamiątek. Opowieściami i anegdotami w towarzystwie też nie błysnę. Ale czego doświadczyłem, tego mi nie zabierze nikt. I nie oszukujmy się, że będzie to nazbyt popularne, że zaraz klasztory zaczną być oblegane chętnymi na dni wyciszenia (choć przezornie nie podaję nazwy „mojego” klasztoru). Przyjechać tu nie jest trudno. Klasztory, o czym nie każdy wie, stoją otworem dla wszystkich, którzy pragną skorzystać z własnych dni ciszy, wyjścia na pustynię. Wystarczy zadzwonić lub napisać odpowiednio wcześniej, a jeśli miejsce się znajdzie, zaproszenie niebawem nadejdzie. Współczesne zakonnice i zakonnicy są też dziećmi swoich czasów i bardziej niż kiedyś rozumieją tęsknotę człowieka za ciszą, samotnością i milczeniem. Gdy znajomi pytają mnie, gdzie byłem, odpowiadam szczerze. Najczęściej mówią wtedy zdania, w których pojawiają się słowa: zazdroszczę, też bym tak chciał, myślałem o tym. I nigdy nie podejmują dalszego kroku. Nie muszą, bo zamknięcie się w ciszy i samotności, zawieszenie swojego wyścigu w światowym biegu o wszystko i nic, nie jest dla wszystkich. Rozumiem to tym bardziej, ponieważ spędzam część moich wakacji w klasztorze, właśnie po to, aby z niego wrócić. Potrzebuję tych kilku dni, aby siebie na powrót usłyszeć. Scalić się z porozbijanych kawałków w jedną – swoją – całość. A to znaczy, że po tych kilku dniach wracam do swojego życia.

Pobyt w klasztorze nie jest udawaniem mnicha, nie jest też żadnym życiem na próbę. Przeciwnie: dobrze wiem, po której stronie stoję. Wracam, aby być lepszym. Mężem, ojcem. I przez następne tygodnie i miesiące rozgryzać to, czego się o sobie dowiedziałem z tych kilku klasztornych dni. Aż do następnego razu. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
14°C Środa
wieczór
13°C Czwartek
noc
13°C Czwartek
rano
12°C Czwartek
dzień
wiecej »