Naprawdę myślałam, że wytrzymają jeszcze jeden sezon. Starcia powierzchni osiągają coraz większy rozmiar – to jeszcze mogliśmy przeboleć. Ale zapięcia trzymają się już ledwo, ledwo co, na nikłe słowo honoru.
Pojechaliśmy więc wczoraj rano. On lekko zawiedziony, że będzie bez makdonalda, ja z duszą na ramieniu, przygotowana na jakiś dziki wyprzedażowy tłum. No cóż, pomyliłam się. Ludzi ilości umiarkowane, za to trzy chętne do pomocy ekspedientki. Nie inaczej zresztą kilka dni wcześniej w wielkim spożywczaku. Bo w końcu trzeba było się zebrać, uzupełnić zapasy (a jechaliśmy niemal z wyrzutami sumienia, wiadomo: ostentacyjny konsumpcjonim). A tu prawie pusty parking– i ogromne reklamy, w sklepie zresztą też ciągle przymilne, zachęcajace piosenki. Kontrast. Może nie ta pora? W każdym razie pustawo. My trochę zagubieni, próbujący się połapać w promocyjnych nalepkach.
I tak sobie myślę… Sztucznawy entuzjazm, którym karmią nas reklamy, szyderczy śmiech okazji, „mieć” kosztem „być” – to może nie jest cała prawda o nas? To wszystko jest realne, trzeba ostrzegać. A jednak jest w nas teżcoś szlachetnego, co nie? Może nie zawsze to zagrożenia duchowe pchają nas do sklepów, ale to, co zwyczajne, konieczne? I może jesteśmy już trochę zmęczeni tą gonitwą, może to pierwsze znaki nadziei?
Wiele z domów, które mogłam przez lata w okołoświątecznym czasie odwiedzić, wcale nie miały zapchanych ponad miarę lodówek – tyle wiem. Domy różne przecież, bogatsze i biedniejsze. Jakaś zaradność, myślenie do przdu – owszem. Nawet to słynne – zjedzmy, bo się zepsuje – też. Ale jeśli akurat lodówka miałaby być wskaźnikiem poziomu konsumpcjonizmu, czy nie bliżej jej jednak do równowagi niż duchowej klęski?
Jest w nas wszystkich zapewne jakaś potrzeba uogólniania, porządkowania świata, jakiś system wczesnego ostrzegania, prorocki duch, który umie zobaczyć, do czego nas konkretne wybory doprowadzą. I dobrze, że tak jest. To pomaga. Czasem jednak taka ogólnikowość sądów pomija to, co szczegółowe. Równie ważne.
Choćby spracowane ręce lepiące 200 pierogów. Gościnność. Dumę w głosie: jedzcie, mamy jeszcze w zamrażarce. Radość nastolatki z modnej kurtki kupionej na wyprzedaży. Czy naprawdę tego wszystkiego nie potrzebujemy?
Skoro Bóg się objawia w naszym małym Betlejem, niech to właśnie doda nam otuchy. Że nie jest tutaj tak źle, jakby się wydawało. Nawet jeśli polowaliśmy na okazje. I staliśmy w długaśnej kolejce. I byliśmy zachłanni na co tylko się dało: czas, środki, obecność.
Byle z Nim.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
"Podziały, które narosły między Kościołami w toku dziejów, są na tyle głębokie".
"W życiu najważniejsze jest samo życie. A zaraz potem miłość" - mówił.
Okazją do przypomnienia postaci Ignacego Daszyńskiego stały się dwie związane z nim rocznice.
Może się okazać, że obecna mobilizacja sił bezpieczeństwa będzie nie do utrzymania