Jeden rzut kamieniem

Jak wygląda życie na Podlasiu? Co czują, myślą, jak żyją zwykli ludzie ze wschodu kraju?

Jakby co najmniej kilka równoległych rzeczywistości, równoległych światów. I jakby kilka rozdzielonych, niezbyt rozumiejących się wzajemnie stron. A w jednym kraju. Gdy na wschodzie od tygodni wojsko, policja i straż graniczna, gdy na granicy wrze i robi się coraz bardziej niepokojąco, Polska gada. Jednak w tej narracji zapomina się o zwykłych mieszkańcach, którzy jeszcze tak niedawno żyli „jak u Pana Boga za piecem”. Oni w przekazie publicznym niemal nie istnieją. Jakby ich doświadczenie i codzienne zmagania z sytuacją ważne nie były. Ich do głosu za bardzo się nie dopuszcza.

W Warszawie, Krakowie i Gdańsku, im dalej na zachód, im dalej od Podlasia, tym życie toczy się wygodniej. Tak jak wygodnie pokazywać palcem, wyszydzać i ośmieszać. Jednocześnie żyć (ot, paradoks) u Pana Boga za piecem i na strzeżonych osiedlach. A w internecie? Tam świat już zupełnie równoległy, jeśli nie wykreowany i zinterpretowany przez blogerów, youtuberów i wszelkiej maści znawców oraz radosnych marzycieli. Sytuacja na Podlasiu (i w reszcie kraju), jak mało kiedy w naszej historii pokazuje, jak jesteśmy podzieleni, jak różne też jest doświadczenie historii w zależności od regionu zamieszkania. I jak łatwo narzucić własną retorykę – z perspektywy wygodnego salonu i internetowych dyskusji.

Im dalej od Warszawy

Łosice, sto kilometrów na wschód od Warszawy. Od granicy – jakieś trzydzieści. Chociaż tu stanu wyjątkowego nie ma, bo granica przebiega przez niebezpieczny fragment Bugu, bliżej tu do ostrożnych obaw niż teoretycznych dywagacji. – Sytuacja jest u nas dość napięta. To się czuje na ulicach, w rozmowach prywatnych – mówi wójt Łosic Mariusz Kucewicz. – Mieliśmy tu niedawno ćwiczenia Wojsk Obrony Terytorialnej, mieszkańcy obserwowali transfery wojska z centralnej Polski na wschód. Ruch pojazdów wojskowych, ciężarówek robi wrażenie. Ludzie pilnie śledzą media, to, co dzieje się bezpośrednio na granicy. A że większość ma przyjaciół czy rodzinę mieszkających jeszcze bardziej na wschód, na terenach bezpośrednio objętych stanem wyjątkowym, to czują wszystko inaczej. Pan Bronisław pracuje w jednym z miejscowych punktów usługowych. Codziennie przychodzą do niego tłumy mieszkańców. Wciąż i wciąż dyskusje o jednym: co dalej? Z Podlasiem, ale i z całą Polską? – My tu wiemy swoje. Migranci – cóż, biedni ludzie. Ale to przykrywka. Tak naprawdę o nich tu nie chodzi, to żywe tarcze, ofiary Łukaszenki, żeby nie powiedzieć Putina – mówi, wzruszając ramionami. – Przecież doktryna rosyjska o zajęciu „ich” terenów aż do Wisły, to nie jest jakiś wymysł. To konkret, znany od stuleci, o którym zapominają tylko naiwniacy. Warto obejrzeć filmik z Łukaszenką w roli głównej, w którym wprost mówi, że Białostocczyzna i Wileńszczyzna to ich ziemie! Sytuacja na granicy? To uwertura do większej, międzynarodowej rozróby. Ludzie tu nie boją się migrantów, chociaż mają do nich zrozumiały dystans. Ale boją się zamarzniętego Bugu, który może być jak autostrada, i mocno boją się o bliskich, starszych, którzy żyją gdzieś na koloniach. Miasto nawet nie wie, co to kolonia i jak się tam żyje. To co im opowiadać?

Wyjaśnienie: kolonie to odległe części wsi. Z dala od głównych miejscowości, często bardzo oddalone od głównych dróg. W lesie, bywa że bez zasięgu telefonii komórkowej, a nawet i telefonu stacjonarnego, żyją ludzie w pojedynczych, drewnianych domach. Sami. Witamy na Podlasiu. A przynajmniej w sporej jego części.

Granica na Bugu

Most na Bugu w kierunku Siemiatycz. Mundurowi sprawdzają każdy samochód jadący w stronę Łosic. Spokojni, profesjonalni. Ludzie w większości podchodzą do konieczności zatrzymania auta i otwarcia bagażnika ze zrozumieniem. W drodze do Hajnówki takich patroli mija się jeszcze kilka. Miejscowych to nie dziwi. Tu już doskonale znają metody przemytników (nie mylić z „kurierami”): ludzi wozili w ciężarówkach, większych osobówkach, a nawet autem przypominającym do złudzenia karetkę. Teraz, od wprowadzenia stanu wyjątkowego, przedrzeć się trudniej, ale nadal – nikt tu nie ma wątpliwości – część migrantów przechodzi przez zieloną granicę. – U nas do niedawna było tak, że migranci koczowali gdzieś w lesie, starali się nie wychylać i nie dać złapać naszym służbom. I od naszych stronili, bo się bali, że zadzwonimy po mundurowych. Szybko dawali znać swoim, wysyłali „pinezkę” przemytnikom. Podjeżdżało auto i zabierało ludzi. Odjeżdżali na zachód – opowiada (przez telefon) jeden z mieszkańców Połowców. To miejscowość położona na północny wschód od Siemiatycz. Wprowadzono tu stan wyjątkowy, więc obowiązuje zakaz poruszania się dla mieszkańców spoza terenu i dla dziennikarzy.

Mieszkanka Białowieży (też przez telefon): – U nas w miejscowości teraz spokój. Jeśli w ogóle można mówić o spokoju, bo jednak jest to sytuacja ekstremalna. Część mieszkańców ma dość, części puszczają w dyskusjach nerwy. Zasadniczo jednak obecność mundurowych uspokaja ludzi, którzy przecież od miesięcy żyli w niepokoju. Warszawa nie zrozumie, że mamy prawo obawiać się o własne dzieci, o ich bezpieczny powrót ze szkoły, o domostwa. Od niedawna jest u nas caritasowski Namiot Nadziei – dla tych migrantów, którzy będą potrzebować pomocy. I dobrze, że jest, bo potrzebującym trzeba pomagać. Na razie jednak namiot stoi pusty. Migranci nie chcą korzystać z takich miejsc, bo to oznacza tak naprawdę zablokowanie dalszej podróży do Niemiec. Koczują więc w lesie, a jest coraz zimniej. Modlę się, by jednak polskim służbom udawało się ich wyłapywać. Ja sama, gdybym zobaczyła taką grupę, zadzwoniłabym natychmiast po Straż Graniczną. Dla dobra tych ludzi...

Zdarza się (co prawda dość rzadko), że migranci – wygłodzeni i wyziębieni – podchodzą do domostw. Wybierają domy na uboczu, poza głównymi szlakami i miejscowościami. Proszą o jedzenie, które dostają. – Nie słyszałam, by ktoś odmówił. Nie wiem, czy z serca, czy ze strachu, ale ludzie ich karmią, zanim jeszcze powiadamiają służby. No jak człowieka nie nakarmić, pani? – ze śpiewnym, podlaskim akcentem opowiada mieszkaniec miejscowości pod Hajnówką.

– U nas ludzie dobre. Każdego rozumieją. Tylko i nas trzeba zrozumieć: my nie wiemy, kto to jest. Kobiet i dzieci to tam mało. Głównie młodzi mężczyźni. Mówią zresztą, że jak któraś kobieta czy dzieciak słabnie w drodze, to ich zostawiają w lesie. Nie wiem, czy to może być prawda... – zastanawia się 65-latka spod Narwi. – I pytamy ciągle: skąd oni są? Czy wszyscy mają dobre zamiary? Wnuczka do mnie niedawno dzwoniła i wyśmiała, że my jesteśmy „zacofani”, a tłumaczyła, że „uchodźców trzeba wpuścić”, bo wszyscy ludzie „są legalni”. No wszyscy są legalni, ale dobrze by było, gdyby nie naruszali naszych legalnych granic i przechodzili przez nie w sposób cywilizowany. To nie jest sprawiedliwe, że traktuje się nas jak dzikusów, którzy nie mają odruchów miłosierdzia. To taki niesprawiedliwy szantaż emocjonalny. Ja to bym chciała, żeby wpuścić do nas (przyzwoitych) dziennikarzy. Może trochę by i o nas, o zwykłym życiu, opowiedzieli...

À propos karmienia migrantów po okolicach krąży anegdota. Jeszcze przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego do jednej z wiosek podchodzili regularnie migranci, oczekujący na przewoźników. Tereny leśne, dość dzikie. Ciepło jeszcze było, więc przybysze pilnowali się, by nie przejęły ich polskie służby. Jedna z mieszkanek, z kolonii właśnie, bojąc się najścia w nocy, wystawiła przed dom garnek z ugotowanym makaronem z sosem pomidorowym. Makaron z sosem lubią wszyscy. Faktycznie. Następnego ranka makaron zniknął, razem z garnkiem. W zamian kobieta znalazła... sto dolarów.

Dla mundurowych

W rejonach przygranicznych miejscowi mocno wspierają też służby mundurowe. – Teraz to już jest modne, bo jest akcja #muremzapolskimmundurem – i dobrze, bo żołnierze, policja i straż graniczna zapewniają nam wszystkim bezpieczeństwo – opowiada pani Olga z miejscowości objętej stanem wyjątkowym. – A my to robiliśmy od samego początku, bo mundurowi zasługują na szacunek i trzeba ich wspierać. Ludzie pozdrawiają ich, gdy widzą patrole, zapraszają na kawę. Wiem, że u jednego z gospodarzy mają otwartą, oddaną do użytku zewnętrzną... toaletę z wygodami. Ludzkie potrzeby – ludzka sprawa.

Parafia Podwyższenia Krzyża Świętego i św. Stanisława Biskupa w Hajnówce zorganizowała akcję „Ciasto dla policjantów”. Parafia Świętych Cyryla i Metodego zbierała słodkości dla wojska i straży granicznej. – Mundurowi przyjeżdżają na służbę z całej Polski. To dla nich sytuacja wyjątkowa: zjawiają się na granicy, robią wszystko, co w ich mocy, by profesjonalnie działać na korzyść kraju. A czasem słyszą lub czytają niewybredne komentarze na swój temat – opowiada ks. Zbigniew Niemyjski, proboszcz parafii Podwyższenia Krzyża, dziekan. – Chcemy, by poczuli się tu akceptowani, szanowani. I dlatego zbieramy ciasta, którymi częstujemy mundurowych. A dzieci z Przedszkola Integracyjnego nr 3 robią dla nich laurki. Większość rodziców i parafian chętnie włącza się w obie akcje. A mundurowi z serca dziękują. To dla nich ważne.Proboszcz podkreśla, że trzeba znać Podlasie, by wypowiadać się na temat mieszkańców, ich roli w przyjmowaniu zarówno mundurowych, jak i migrantów. – To jest Podlasie. Kraina wielu kultur i religii. My tu nie dyskryminujemy nikogo. Migranci, którzy się przedostają, otrzymują pomoc. Dostają jedzenie, ubrania, leki, a niektórzy kierowani są też do szpitali, gdzie personel opiekuje się nimi z oddaniem. Nie wolno natomiast zapominać o naszych obywatelach, oskarżać ich o małoduszność czy zaściankowość. I nie wolno obrażać polskiego żołnierza, który musi stać na straży granic – tłumaczy ks. Niemyjski.

Na terenie parafii lada chwila zacznie działać punkt pomocy migrantom. Znajdą się tam potrzebne rzeczy pierwszej pomocy: ubrania, leki, środki czystości, podstawowa żywność. Tak by (jak bywało dotychczas) prywatne osoby z miasta nie musiały z własnej kieszeni kupować migrantom na przykład ubrań dla dzieci. – Na razie czujemy się bezpiecznie. Robimy, co w naszej mocy, by sytuację przeżyć godnie. I modlimy się, by konflikt jak najszybciej się zakończył. Dla dobra Polski i migrantów – tłumaczy ks. Niemyjski.

Nie nakręcać się!

I w końcu Kuźnica. Tu zwracają się oczy całej Europy, a widzą głównie dramatyczne sceny na samym przejściu granicznym. Komentowane i interpretowane skrajnie.

Wójt Kuźnicy Paweł Mikłasz od tygodni nie tylko zarządza terenem, ale też cierpliwie rozmawia z mediami. – Grunt to zachować spokój i umiar. U nas, zaręczam, żyje się zwyczajnie. Oczywiście, obawa jest, bo to ludzki odruch. Jednak służby mundurowe działają wzorcowo i to daje nam siłę – mówi wójt Mikłasz. – Boli, że za bohaterstwo i działanie na rzecz kraju spotykają mundurowych internetowy hejt czy negatywna ocena od jakichś aktorów czy innych celebrytów. Inni potem naczytają się takich wypowiedzi i bezmyślnie je powtarzają. Na szczęście u nas ludzie myślą racjonalnie i logicznie. Wiedzą, że granica i prawo to świętość. Nie ma u nas pseudoorganizacji, które biegają po granicy, nie rozumiejąc podstawowych spraw, obowiązku, jakim jest strzeżenie kraju. To ich „selfie” na granicy jest symbolem bezmyślności i braku instynktu samozachowawczego. Wójt jest zdania, że dziennikarzy na granicy być nie powinno. Już i tak część mediów wywołała duże zamieszanie i bałagan. A tu po prostu trzeba żelaznych nerwów, pracy i spokoju, nie medialnego rozgardiaszu. – Zapewniam, że na naszym terenie działa Caritas, jest wielu ludzi dobrej woli. Jeśli zdarza się, że migranci przechodzą przez granicę, są otaczani opieką. Ale zbiorowej histerii dziennikarzy i celebrytów nam tu nie trzeba – mówi.

Wójt opowiada też o drugiej stronie medalu: o tym, że w lesie pełno jest porzuconego jedzenia i darów, o ogromnej roszczeniowości tych, którzy trafiają do ośrodków. – To są ludzie innej kultury, również oszukani, straumatyzowani i zmęczeni. I nawet trudno mieć do nich pretensje, że zachowują się agresywnie czy wykazują względem nas brak szacunku. Jednak przestrzegam przed idealizacją tych ludzi, brakiem zdrowego rozsądku i naiwnością – mówi Paweł Mikłasz, który z grupą mieszkańców przygotowuje gorące posiłki. Zarówno dla migrantów, jak i dla mundurowych. – Jesteśmy chrześcijanami i naszym obowiązkiem jest miłosierdzie. Przestrzegam jednak przed powielaniem propagandy z Mińska, którą podchwycili polscy celebryci: według niej Polacy nie pomagają biednym dzieciom z granicy, są bezduszni i brutalni. Nie! To reżim białoruski jest brutalny i jest winny sytuacji. To reżim skazuje tych ludzi na poniewierkę, a awantura wokół tej sytuacji osłabia państwo polskie. Nie odwracajmy proporcji i pojęć.

Jakub Gilewski, naczelnik OSP Kuźnica, również przygotowuje posiłki dla obu stron: – Gotujemy zupy, smażymy naleśniki. Pomagamy całą rodziną: mama, tata i brat, wszyscy gotują. I proboszcz wspiera. Wozimy też chusteczki nawilżane, środki higieny, bo to potrzebne. Mundurowi mówią, że takie wsparcie cieszy. I co chcę podkreślić: żołnierze, policja i straż graniczna mają co jeść! Jakieś bzdury w internecie piszą, że karmimy ich, bo są głodni. To nieprawda. Oni mają normalne wojskowe racje żywnościowe. Ale co swojskie, to swojskie. A podlaska gościnność zobowiązuje. Po prostu tak chcemy się odwdzięczyć za ich pracę.

W pomoc włączają się też inne jednostki OSP, a także panie z wielu kół gospodyń wiejskich. Zbierane są kubki termiczne, ogrzewacze do rąk. Nic tak nie osłabia czujności, ale i nie wpływa na osłabienie morale, jak zimno... Mieszkańcy miejscowości nadgranicznych, chociażby Sokółki, wieszają na swoich domach banery z napisem: „Murem za polskim mundurem”. Bywa, że „nieznani sprawcy” nocą je niszczą...

Mundurowi na granicy

Tak, przyjeżdżają z całej Polski. Tak, chcą i służą, najlepiej jak potrafią. Tak, w Polsce nie zawsze spotykają się ze zrozumieniem i szacunkiem. Na Podlasiu jest na odwrót: rzadko doświadczają niechęci. Podporucznik Patryk – oficer 2 Lubelskiej Brygady OT – jest żołnierzem zawodowym i szkoli tzw. terytorialsów. Wraz z żołnierzami, którymi dowodzi, niedawno wrócił ze służby na granicy. – Nasze motto brzmi: „Zawsze gotowi i zawsze blisko”. Więc gdy zaszła potrzeba, stawiliśmy się z oddziałem w wyznaczonym miejscu. O wyjeździe dowiedzieliśmy się z dnia na dzień. Wszyscy stawili się z własnej woli, z chęci. Po to wstępowaliśmy do terytorialsów, by w czasie zagrożenia kraju działać. Obecnie potrzebne było wsparcie służb – policji i Straży Granicznej, które strzegą granic – mówi oficer. Służba łatwa nie jest. Przebiega w terenach leśnych, dzikich, przy coraz większym zimnie. Z jednej strony to patrolowanie terenu, zabezpieczanie powierzonych punktów. Z drugiej – jeśli patrol napotyka nielegalnych imigrantów, którym udało się przedrzeć przez granicę, terytorialsi mają za zadanie zabezpieczyć odnalezionych ludzi i we właściwy sposób ich wesprzeć. – Każdy człowiek, którego spotykamy, a który potrzebuje pomocy, otrzymuje ją od nas. W naszych patrolach są osoby przeszkolone medycznie. Udzielają pierwszej pomocy, jeśli taka jest potrzeba. Powiadamiamy też służby, Straż Graniczną, i pilnujemy migrantów do czasu ich przybycia. Bywa, że trzeba ich natychmiast napoić i nakarmić, dać suche ubrania.

Przy granicy regularnie zdarzają się prowokacje ze strony białoruskich służb. Wystrzały. Oślepianie laserami. Ale nie to jest, paradoksalnie, najtrudniejsze... – Nie wszyscy Polacy mają świadomość, jak wygląda nasza praca, powtarzają fałszywe informacje na przykład o naszej rzekomej brutalności wobec migrantów czy obojętności. Szykanowanie polskiego żołnierza to niespotykane w historii zachowanie. Jednak trudno: trzeba robić swoje. I to, co jest właściwe, robimy.

Podporucznik Patryk chwali natomiast miejscowych. Mieszkańcy terenów przygranicznych w ogromnej większości przyjmują żołnierzy z radością i wdzięcznością. Wspierają ciepłą, domową zupą, a furorę robi... kiszka ziemniaczana. Mundurowi spoza Podlasia nazywają ją „ciastem z ziemniaków”. – Wiem, że żołnierze, którzy wracają ze służby, wspominają dobrze mieszkańców, którzy są dla nich prawdziwym wsparciem – mówi oficer.

Mieszkanka Kuźnicy: – Mam siedemdziesiąt lat i wiele widziałam. Tu do niedawna żyliśmy jak w filmie, jak u Pana Boga za piecem. Była cisza, własne radości i własna bieda. Celebrytów polska bieda zresztą mało obchodziła. Teraz to się zmieniło. Patrzy na nas świat i nie rozumie, że jesteśmy rzut beretem od niebezpieczeństwa. O przepraszam: rzut kamieniem od niebezpieczeństwa. Jeśli białoruskie i rosyjskie wojska wejdą, Białostocczyzna będzie ich. Ale i do Warszawy droga krótka. Europa się o nas nie upomni. My to rozumiemy, bo widzimy nie tylko w telewizorach, ale i na żywo. Niech i cała Polska, i te wszystkie naiwne celebrytki też w końcu zrozumieją. Oby tylko nie było za późno.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
26 27 28 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31 1 2 3 4 5
2°C Piątek
rano
1°C Piątek
dzień
1°C Piątek
wieczór
1°C Sobota
noc
wiecej »