Czas chrześcijan?

O odpowiedzialności chrześcijan za kształt polityki europejskiej z europosłem Konradem Szymańskim
 rozmawia
 Andrzej Grajewskii

Andrzej Grajewski: W ocenie nie tylko prezesa Kaczyńskiego jest Pan jednym z najlepszych posłów do Parlamentu Europejskiego, a tymczasem rezygnuje Pan z ubiegania się o kolejny mandat do Brukseli. Jakie są tego powody?


Konrad Szymański: Chcę się zajmować polityką europejską od strony krajowej. To była wspólna decyzja, podjęta przeze mnie i prezesa Kaczyńskiego.


Wydawało mi się, że polityką europejską najlepiej zajmować się w Brukseli bądź Strasburgu. 


Niekoniecznie, polityka europejska to nie tylko Parlament Europejski (PE), ale także Rada Unii Europejskiej, która w nowych warunkach odgrywać będzie coraz większą rolę, podobnie jak inne instytucje na poziomie międzyrządowym. Problem sprowadzał się do tego, czy nadal działać w PE, czy spróbować się zmierzyć z tą problematyką z nieco innej perspektywy. Wybrałem tę drugą możliwość.


Jak zmieniał się PE podczas dwóch Pana kadencji?


Formalnie zmienił się bardzo, gdyż uzyskał nowe kompetencje. W niektórych obszarach bardzo wyraźne, np. w handlu międzynarodowym. Tak głośny swego czasu projekt traktatu ACTA został odrzucony nie na poziomie rządowym, ale właśnie w PE. Jednak kryzys spowodował, że państwa członkowskie, zwłaszcza na Północy, zaczęły znacznie uważniej trzymać się za portfel i budować zabezpieczenia dla swych pieniędzy poza porządkiem Unii. To oczywiście stanowi zagrożenie dla jej spoistości. 


Czy można sobie wyobrazić rozpad UE?


Rozpad nie jest konieczny, wystarczy obumieranie. Można sobie wyobrazić, że Unia trwa, ale jej efektywność polityczna się osłabia. Symptomem takiego zjawiska jest przenoszenie instrumentów zarządzania kryzysem poza UE. Obrazowo powiedziałbym, że mamy do czynienia z praktyką wynoszenia co bardziej cennych mebli z budynku, który się chwieje, do stojącej obok stabilnej nieruchomości. 


Jak układała się współpraca w Brukseli polskich parlamentarzystów rozproszonych w różnych tzw. rodzinach partyjnych?


Myślę, że zaskakująco dobrze współpracowaliśmy ze sobą w sprawach, które mają dla Polski strategiczne znaczenie w Unii. Mam na myśli przede wszystkim politykę wschodnią – ona zawsze była przestrzenią, w której mówiliśmy jednym głosem. W Brukseli nie było powodu, abyśmy spierali się między sobą. Spieraliśmy się z tymi, którzy chcieliby, aby polityka wschodnia w Unii nie odgrywała większej roli. Dzisiaj, paradoksalnie, bardzo nam pomogła polityka rosyjska. Nie pozostawia ona pola manewru nawet dla tych, którzy chcieliby uniknąć konfrontacji. A jeszcze niedawno powtarzano naczelną zasadę w unijnej polityce wobec Rosji, że im głębsze są wzajemne związki ekonomiczne, tym bardziej łagodna i demokratyczna będzie Rosja. Końcowym efektem tych działań miała być wspólna architektura bezpieczeństwa, w której Bruksela z Moskwą ustala i pilnuje porządku w naszej części Europy. Był to bardzo popularny pogląd we Włoszech, we Francji, także po części w Niemczech. Dzisiaj skompromitował się, choć był on fundamentem europejskiej polityki wobec Rosji przez wiele lat. 


Jedną z konsekwencji takiego myślenia jest zależność Zachodu od dostaw surowców energetycznych, zwłaszcza gazu, z Rosji. 


Uznawano wtedy, i był to oczywisty błąd, że współzależność ekonomiczna będzie przynosiła pozytywne efekty obu stronom. Zwłaszcza że w krajach, gdzie rosyjskie dostawy gazu nie przekraczają 30 proc., Gazprom zachowywał się racjonalnie. Skłonność do wykorzystania broni gazowej przez Rosję rosła wraz ze wzrostem pozycji na rynku danego kraju. Im większy był jej monopol, tym większe naciski. 


Nie widzę jednak w tej chwili alternatywy dla gazociągów Północnego i Południowego. 


Zmiana wymaga czasu, gdyż Rosja dobrze wykorzystała wieloletnie zaćmienia po stronie zachodnich partnerów. Przecież tę infrastrukturę budują spółki europejskie, z udziałem sporych pieniędzy niemieckich, francuskich, włoskich. Uważano, że są to bezpieczne inwestycje. Dzisiaj widać, że nie są one ani bezpieczne, ani specjalnie mądre. Teraz to jest dostrzegane, ale potrzeba jeszcze silnej woli zmiany tego stanu rzeczy. To jest możliwe. Nie tylko my jesteśmy zależni od rosyjskiego gazu, ale także Rosja jest zależna od europejskich pieniędzy. Nigdzie nie uzyskuje takich cen jak w kontraktach z Europą, a znaczna część rosyjskiego budżetu oparta jest na dochodach uzyskiwanych w handlu gazem i ropą naftową. Rosja potrzebuje także europejskich technologii, ponieważ jej przemysł wydobywczy jest przestarzały i bardzo nieefektywny. Więc te zależności działają w dwie strony. Tylko czy Europa chce z tego skorzystać? Rosja powinna otrzymać z Brukseli jasny sygnał, że jest o krok od wygaszenia zachodnich inwestycji w rosyjski przemysł oraz ograniczania rynku europejskiego dla surowców z Rosji. Głównym problem jest wiarygodność tej deklaracji. 


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Kalendarz do archiwum

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    1 2 3 4 5 6 7
    15°C Niedziela
    dzień
    17°C Niedziela
    wieczór
    15°C Poniedziałek
    noc
    12°C Poniedziałek
    rano
    wiecej »