Trzeba wrócić do modlitwy

O tym, czy jest kryzys w Kościele, o odnajdowaniu się katolików w nowych warunkach, o celibacie, odejściach z kapłaństwa – i jak na to odpowiedzieć – mówi znany duszpasterz o. Józef Augustyn w wywiadzie z KAI.

Dziś dużo mówi się o kryzysie w Kościele, jednak gdy przeczyta się listy św. Jana do Kościołów, jest oczywiste, że kryzys w Kościele był zawsze. Czy obecna sytuacja jest wyjątkowa?

O. Józef Augustyn SJ: Popularne dziś pojęcia „kryzysu” najczęściej kojarzy nam się z obszarem ekonomii, polityki, socjologii i psychologii. Pojęcie to przeniesione dosłownie na grunt rozważań o Kościele nie bardzo przystaje do jego rzeczywistości. Trzeba więc wróci do jego duchowych korzeni. Termin „kryzys” pochodzi z greckiego krisis i oznacza rozeznanie, wybór, decydowanie, zmaganie się, wewnętrzną walkę. Kościół założony został, aby Boga chwalił, oddawał cześć Synowi Bożemu, prowadził ludzi do Pana. Kryzys w Kościele ma więc przede wszystkim charakter duchowy, mistyczny; kryzys to nieustanne dokonywanie rozeznania i wyboru między tym, czego Bóg pragnie od nas, a do czego popycha nas nasza zraniona natura. Kościół jest więc w stanie permanentnego kryzysu, to jego naturalny stan.

Bieda w Kościele zaczyna się nie wtedy, gdy mniej ludzi przychodzi na Msze św. niedzielne. (Ci, którzy dziś nie przychodzą, kiedyś przychodzili być może przede wszystkim z powodów społecznych czy konwencjonalnych). Problem jest wtedy, gdy Kościół zajmuje się jedynie sobą i nie oddaje chwały Bogu; gdy zapiera się Ewangelii; kiedy bogaci się materialnie i przestaje wychodzić do ubogich. To wówczas jest wielki kryzys – by użyć tego pojęcia. Aby zmierzyć kryzys w Kościele, potrzebne są inne kryteria niż te stosowane w ekonomii, socjologii czy też w psychologii.

Rezygnacja z pełnienia funkcji kapłańskiej pewnych księży to też nie jest miara kryzysu w Kościele. Czasami dobrze się dzieje, że pewni duchowni odchodzą, gdyż większą szkodę ponosiłaby wspólnota Kościoła, gdyby dalej uprawiali swoją podwójną grę. Porzucenie sutanny jest zawsze bardzo bolesne, ale nie jest ono największą tragedią. Tragedią jest podwójne, nieuczciwe życie. Aby stwierdzić kryzys we wspólnocie Kościoła, konieczny staje się rachunek sumienia z rzeczywistego życia Ewangelią. Biorąc pod uwagę wymienione kryteria, nie odważyłbym się powiedzieć, że mamy kryzys w Kościele – w znaczeniu używanym przez media, gdyż takie stwierdzenie nie może być oparte na indywidualnym rozeznaniu. Konieczne jest szersze odwołanie się do „zmysłu wiary” wiernych.

Nieraz słyszy się opinię: Kościół wyprowadził ludzi z komuny, ale w nowej rzeczywistości nie pomaga wiernym w odnalezieniu się.

Upajaliśmy się zwycięstwem nad komuną. Po ludzku rzecz biorąc, mieliśmy do tego prawo. Byliśmy zbyt zmęczeni arogancją systemu, bezczelnością władzy, podwójną miarą, którą nam narzucono, zakłamaniem ideologicznym. Teczki IPN pokazują, że nasze zwycięstwo było w wielu wypadkach pyrrusowe. W Polce to trudniej dostrzec, ponieważ społeczna struktura Kościoła (silnie powiązana z narodem, w dużym stopniu także z polityką) była bardzo mocna. To był dla komunistów twardy orzech do zgryzienia. De facto nie rozgryźli go. Połamali sobie zęby. Ale udało się to w Czechach, w NRD, na Węgrzech pozwolili sobie zmiażdżyć kardynała Mindszenty’ego, gdyż stało za nim niewielu. U nas nie odważyli się, ponieważ za Kościołem stał naród.

Sytuacja Kościoła prześladowanego za komuny była klarowna. Wiadomo było, kto przyjaciel, a kto wróg. Cel był jasny. Wymagania wobec ludzi Kościoła były wysokie, ale też skuteczność oporu przeciw jednoznacznemu złu była ewidentna, widoczna gołym okiem. Natomiast dziś nie stawia się tak wysokich standardów i wymagań, więc skuteczność też wydaje się skromniejsza. Bo z kim tu dzisiaj walczyć? Kto lub co nam tak naprawdę zagraża? Jaki jest nasz cel? Nie ma tutaj już jednoznacznej odpowiedzi. Tylko sportowcy, którzy wiedzą, o co walczą, potrafią zmobilizować się maksymalnie. Natomiast człowiek, który chodzi sobie spokojnie po ulicach, często nie ma jasno określonego celu, nie będzie biegł jak szalony, bo i po co? Mobilizacja za komuny była ważna, ale jej źródła miały nie tylko religijne i duchowe korzenie. Gdy teatry, uniwersytety, instytucje państwowe po 1989 roku stały się wolne, wielu twórców, aktorów, opozycjonistów z ulgą opuściło kościoły, salki katechetyczne i zakrystie. Nie idealizowałbym wygranej nad komuną, ale też nie demonizowałbym „przegrywanej” dzisiaj.

Obecnie zło jest pojęciem nieostrym i nie jest już tylko u „onych”.

Tamto zło było jednoznacznie zdefiniowane: struktury polityczne były brutalne, stosowały przemoc. I to do samego końca. Morderstwo ks. Popiełuszki zdemaskowało w drobnej części metody, jakimi kierowało się państwo i partia od 1944 roku. To był przecież jeden i ten sam diabeł. Komunistyczne bezprawie – w naszym uproszczonym postrzeganiu tamtego świata – miało odpowiadać za wszystkie nasze nieszczęścia. Wszystkiemu winni byli komuniści. Taki płaski obraz przedstawialiśmy nieraz na ambonach. Kiedy komuniści w końcu zostali wyrzuceni (oni sami przecież nie odeszli), zaczął się problem. Więcej nawet, komuniści swoją działalnością kryli nieraz nasze grzechy, na przykład chronili swoich obywateli przed pornografią, tak jak dziś rodzice chronią przed nią swoje dzieci. Nie ma czarno-białych klisz. Dzisiaj natomiast szerzy się arogancja w atakowaniu religii, podstawowych ludzkich wartości, np. małżeństwa i rodziny, cynizm moralny.

Jednym z największych zagrożeń moralnych dla młodych ludzi dzisiaj jest – w moim odczuciu – anonimowość, jaką posługują się w Internecie. Nastolatek zakłada kominiarkę – to znaczy chowa się za pseudonimem, i uzurpuje sobie prawo, aby poniżać innych, wyzywać, upokarzać, bluźnić. To jest czyste zło. Jest w tym coś demonicznego. Nie bierze się żadnej odpowiedzialności za słowo. Zapomina się o prostym fakcie, że nie jest to gra komputerowa, ponieważ na „drugim końcu kabla” jest żywa istota – człowiek. I to, co młodzi wypisują w Internecie, także nie jest wirtualne. To są konkretne ludzkie dążenia, myśli, słowa, które mają swoją destrukcyjną moc oddziaływania.

Jak Kościół odnalazł się w tych nowych, „nieostrych” warunkach?

Struktury kościelne w Polsce, które w przeszłości podtrzymywały społeczeństwo, naród, są dzisiaj również bardzo silne. W mojej rodzinnej parafii w diecezji tarnowskiej pięćdziesiąt lat temu do kościoła chodziło 99 procent mieszkańców, dziś chodzi 85 procent, więc ta struktura powoli słabnie, także na Podkarpaciu. Zaprzyjaźniony proboszcz pewnej parafii mówił mi, że gdy pada deszcz, w kościele jest mniej ludzi. Widać to gołym okiem. Co robić? – Budować większą osobistą świadomość każdego wierzącego, ponieważ dziś jest mniej zewnętrznych punktów oparcia. Trzeba powrócić do gorliwej codziennej modlitwy, do duchowości, do radykalizmu ewangelicznego, do bezinteresownej służby ubogim.

Kościół sprawdza się zwłaszcza w służbie ubogim, a także w rezygnacji z przywilejów. Dziś nie chodzi już o to, by ksiądz był pierwszym we wsi, kimś ważnym społecznie, politycznie. Konieczna jest rezygnacja duchownych z żądzy władzy, z przywilejów społecznych. Jeżeli my ich sami nie oddamy, zabiorą je nam siłą i będzie to upokorzenie.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Kalendarz do archiwum

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
19°C Sobota
wieczór
19°C Niedziela
noc
18°C Niedziela
rano
22°C Niedziela
dzień
wiecej »